Wlad wyszedl.

I dopiero na schodach dolecialo go ciche mamine:

– Wlad...

Obejrzal sie.

– Szukalam tej administratorki – powiedziala mama, patrzac mu w oczy. – Tej samej, ktora namawiala mnie, zebym ciebie nie zabierala. Zebym wybrala sobie jakies inne dziecko. Chcialam ja odszukac... Ale, niestety, juz nie zyje.

5. Egzamin

Poczatek dnia zapowiadal sie nad rzeka szary, ponury i pochmurny, zupelnie nie odpowiadajacy swojemu wielkiemu przeznaczeniu – oddzielaniu dziecinstwa od mlodosci.

– Poczatek nowego zycia – ochryple powiedziala Marta Czysta.

– Jest jaki jest – zakaszlal Wlad. Zabawa na koniec szkoly dobiegala konca. Stali nad rzeka, na tarasie widokowym, a poranny wiatr szelescil pod ich nogami papierkami po cukierkach i plastikowymi kubeczkami.

Dziewczyny pozakladaly swetry na szkolne mundurki.

Wszyscy wygladali, jak potargany konferansjer po nocnym wystepie – w zmietych ubraniach, przepoconych, krochmalonych koszulach, z przekrzywionymi na bok muszkami.

– Najwyzszy czas przespac sie troche – powiedziala Marta.

– Cale zycie chcesz przespac – wesolo zauwazyl Dymek.

Byl dzisiaj w dobrym humorze. Po prostu fontanna tryskajaca energia, niewyczerpalne zrodlo bystrosci umyslu, jeszcze troche i zacznie byc dusza towarzystwa – zagarnie miejsce, od dwoch lat z powodzeniem zajmowane przez Wlada...

– Wygladasz, jakbys byl z czegos zadowolony – powiedzial Wlad, kiedy osobnymi grupkami wracali na autobus.

Dymek spojrzal przez ramie:

– Nie, nie jestem zadowolony. Ale kiedy czlowiek w koncu sie zdecyduje... jest mu o wiele lepiej.

Wlad zawstydzil sie.

Nie spieszyli sie, zeby wsiasc do autobusu. Nadmuchiwali papierowe torebki i smiali sie do rozpuku za kazdym razem, kiedy pekaly. Podpisywali sie sobie na rekawach. Dziewczyny przekladaly z reki do reki zwiedle przez noc kwiaty. Niektorzy przysypiali na tylnych siedzeniach. Kierowca zaczynal sie denerwowac.

– Moze pojdziemy pieszo – zaproponowal Wlad.

Po cichu oderwali sie od reszty i stracajac rose z ciemnozielonej parkowej trawy, pobiegli na przelaj.

Bylo juz calkiem jasno. Budzily sie pierwsze ptaki.

– Wcale sie nie ciesze – powtorzyl Dymek.

Bylo mu do twarzy w bordowej, zamszowej marynarce, z cienkim jak zaskroniec krawatem na szyi. Wladowi zdawalo sie, ze wyglada na wiecej lat, niz ma w rzeczywistosci. I, ze on przy Dymku czuje sie, jakby byl malym chlopcem.

– Wszystko ma swoj czas – ciagnal dalej Dymek. – Duzo sie wydarzylo... bedziemy mieli co wspominac. Lza sie w oku zakreci. Kiedys.

– A moze to wszystko nie ma sensu? – z rezygnacja spytal Wlad.

Dymek pokrecil glowa:

– Nie... Wczesniej czy pozniej... to musialo sie wydarzyc. Tylko nie mow mi, ze bolacy zab powinno sie wyrywac po cichu, stopniowo, powoli...

– Ja jestem dla ciebie – jak bolacy zab?

Dymek zatrzymal sie. Wlad mimowolnie zrobil jeszcze dwa kroki i tez sie zatrzymal.

– Jestes moim przyjacielem – cicho powiedzial Dymek. – I zawsze nim pozostaniesz. Chce, zebys o tym wiedzial.

Wlad kiwnal glowa i ruszyli dalej.

W miescie bylo pusto i mokro. Dozorcy jeszcze spali. Mlodzi, pijani wolnoscia, zataczali sie, idac parami, trojkami, wracajac do domow po burzliwie spedzonej nocy.

Wlad z Dymkiem szli, milczac. Wszystko, co mozna bylo powiedziec, zostalo juz wczoraj, przedwczoraj, tydzien temu powiedziane.

„Przysiegnij, ze nie zdradzisz ani mi, ani moim rodzicom, ani nikomu z klasy, dokad pojechales”.

Minal ich autobus. Znajomi z klasy w podnieceniu machali do nich rekami, rozplaszczali nosy na szybach, a mimo to, kierowca nie zatrzymywal sie.

„Przysiegnij, ze nikt w miescie nie dowie sie dokad pojechales”. „A mama? Jezeli ona komus powie?” „Postaraj sie, zeby nie powiedziala. To juz twoja sprawa”.

Szli znajomymi ulicami. Gdzieniegdzie poswistywaly miotly, pomiedzy kublami na smieci majaczyly szare cienie porannych kotow.

„Ale chyba zobaczymy sie jeszcze kiedys?” „Oczywiscie. Kiedys na pewno”.

W bramie naprzeciwko, ktos rozpijal cos z butelek po oranzadzie. Byla szosta rano...

„W szkole pewnie tez sie zrobi szum. Jak wtedy na obozie... Dlatego najlepiej by bylo, gdybys wyjechal w lipcu, zebysmy zdazyli wszystko zalatwic do sierpnia, do egzaminow wstepnych.” „Zadzwonie do ciebie...” „Nie, nie dzwon, lepiej przyslij kartke. I, Wlad, jezeli wrocisz, jezeli ty... wtedy – nie chce cie znac. Rozumiesz?”

Rozstali sie, jak zwykle, na przystanku autobusowym. W tym rytuale bylo cos przemyslanego. Wlad szedl do domu i wydawalo mu sie, ze unosi sie w kosmos. Na dlugo. Na zawsze. Tyle razy przedeptana ulica okazala sie pokladem statku kosmicznego. Gorycz straty mieszala sie teraz z przeczuciem nie wiadomo czego, ale czegos przyjemnego i, bez watpienia, nowego.

Teraz wszystko sie odmieni. Nie powtorzy wczesniejszych bledow. Zabierze sie za wszystko od poczatku, bedzie samodzielnie podejmowal decyzje i realizowal je, jak przystoi kazdemu mezczyznie. Dymek jeszcze uslyszy o Wladzie Palaczu...

Na asfalcie, przy koszu na smieci, lezal plastikowy samochodzik z jednym kolem. Dlugi sznurek trzepotal na wietrze. Nie namyslajac sie dluzej, Wlad pochylil sie, zlapal sznurek za twardy wezelek na koncu i pociagnal za soba.

Samochodzik jechal pokornie za nim, wycierajac brzuchem bruk. Narysowany na szybce kierowca usmiechal sie od niechcenia.

Wszyscy jeszcze uslysza. Do tego czasu uwolnia sie od koniecznosci patrzenia na Wlada, rozmawiania z nim... Zobacza go w telewizji, ale nie poczuja nic, oprocz dumy z jego powodu i, oczywiscie, zazdrosci. Wtedy moze wroci. Spotkaja sie z Dymkiem... Dymek nigdy mu niczego nie zazdroscil... I bedzie im sie wydawalo, jakby wczoraj widzieli sie po raz ostatni. Beda mieli o czym rozmawiac...

Wlad potknal sie. A gdyby tak pokazywac sie w telewizji codziennie? Jak prowadzacy wiadomosci, na przyklad? Stali telewidzowie przyzwyczailiby sie do niego? Ciekawe, czy to byloby mozliwe?

Mimowolnie poprawil zsunieta na bok muszke. Wyprostowal plecy. Dumnie uniosl podbrodek. Jak za dotknieciem rozdzki przemienil sie w mlodego arystokrate w trzyczesciowym garniturze, z usmiechem marzyciela, ciagnacego za soba samochodzik z jednym kolem.

Osiagnie to... moze osiagnac w zyciu wszystko, czego tylko zapragnie. Mama chce, zeby byl lekarzem... Sam niekiedy o tym mysli... Ale ostatecznej decyzji jeszcze nie podjal. Wybierze samodzielnie, bez niczyjej pomocy – nie pozwoli ani okolicznosciom, ani chwilowym slabosciom, ani mamie, wybrac za siebie. Trzeba tylko przygotowac wszystko tak, zeby zdolnosc przyciagania do siebie ludzi, jaka posiada, obrocic na swoja korzysc, a nie na szkode. I jesli uda mu sie to zrobic to ho, ho, caly swiat bedzie wlokl sie za nim, jak ten samochodzik na sznurku. Tylko nie moze sie spieszyc, musi sie zastanowic, kim, tak naprawde, bardziej chce byc: spikerem telewizyjnym, aktorem filmowym? Czy moze prezydentem?

„Rozumiesz Dymek, musze sie na cos zdecydowac, moze jeszcze nie w tym roku, ale w nastepnym na pewno. Inaczej wezma mnie do wojska... Wyobrazasz sobie, co by bylo, gdybym poszedl do wojska?!” „No tak...” „A mama... Musze znalezc takie zajecie, zeby byc gdzies w poblizu...” „Nic mi nie mow!” „Nic nie mowie... Tylko, mimo wszystko bede musial wrocic do domu, chociaz pewnie nie na dlugo...” „Dobra, ale nie wczesniej niz na jesien. Kiedy wszystko sie juz wyjasni. Kiedy wielu z nas nie bedzie juz w miescie... A mnie nie bedzie na pewno, Wlad”.

Zatrzymal sie przed drzwiami swojego domu. Spojrzal w strone zaslonietych okien – tak jak kiedys patrzyla pewnie Iza...

„Obiecaj mi, Wlad, ze znikniesz na cale lato i ani jeden zywy czlowiek w miescie nie bedzie potrafil powiedziec, gdzie jestes. Zawarlismy umowe, w ktorej zobowiazales sie mowic o sobie, a ja – o wszystkich tych, ktorzy sa ci wierni. To najlepsze, co mozesz dla nas zrobic na koniec – zmyc sie z miasta... Przysiegnij, ze to zrobisz”.

„Przysiegam”.

* * *

Pociag ruszyl. Tablica z numerem peronu zostala w tyle. Dymek stojacy z lodem przy straganie i patrzacy w bok, odwrocil glowe i spotkal sie wzrokiem z Wladem.

Niedbale podniosl reke i zamachal – jakby zegnajac sie w drodze ze szkoly.

Peron skonczyl sie. Wlad wrocil do przedzialu. Wyciagnal z torby podrecznik do chemii. Gadatliwa dziewczyna juz zaczynala wypytywac mame o miasto, do ktorego jada (do Starogrodu) i gdzie zamierza studiowac Wlad (na Akademii Medycznej), czy ma jakies znajomosci w komisji rekrutacyjnej (niestety, nie), czy chodzil na korepetycje (nie potrzebuje, bez tego dobrze sie uczy), czy ma gdzie sie zatrzymac (tak, u krewnych) i o inne jeszcze, mniej wazne rzeczy, wzbogacone licznymi wspomnieniami...

Przy oknie tez siedziala dziewczyna, chyba rowiesnica Wlada. Jakby znajoma. Byc moze widzial ja na zabawie, w parku albo gdzies jeszcze.

Dziewczyna, milczac, patrzyla w okno. Rozmowa raczej jej nie interesowala, nie docierala do niej. Kiedy Wlad usiadl naprzeciwko, mimowolnie spojrzala na okladke podrecznika. I znowu sie odwrocila.

Wlad sprobowal zrozumiec o co chodzi w ksiazce. Czytal rozdzial juz trzeci raz, potem czwarty. Przy piatym razie, glos jego sasiadek oddalil sie i zniknal, jakby miedzy Wladem, a ta cioteczka w rozowym, letnim plaszczyku, stanela dzwiekoszczelna sciana. Czytal, nie podnoszac oczu. Dziewczyna naprzeciwko zmienila pozycje – siedziala teraz na rowni z zaslonkami w oknie, wieszakami na rzeczy i walizka na polce bagazowej.

Po chwili tekst gdzies ulecial, a na jego miejscu pojawil sie waski, asfaltowy peron, stoisko z lodami i Dymek, niedbale machajacy w slad za nim. Dymek zachowywal sie bardzo powsciagliwie. Chyba juz zaczal sie odzwyczajac, pomyslal Wlad z przykroscia. Nawet sie nie usciskali przed odjazdem. Ale Wlad sam chcial, zeby tak to wygladalo. Jego najlepszy przyjaciel, chociaz twarzy mogl nie robic takiej obojetnej! Nie, Wlad i to wytrzyma... glowa go nie bedzie bolala od rozlaki... goraczki nie dostanie...

Ale to przeciez nie znaczy, ze zupelnie nic go nie zaboli? Wszyscy ci – ktorych opuszcza – beda mieli trudny okres przed soba. A on, Wlad... skazany jest teraz na samotnosc. Przez cale zycie?

Zagryzl wargi, pozbywajac sie wewnetrznego drzenia. Nic mu sie nie stanie... tam sie dopiero okaze... na najwazniejsza probe wystawiony bedzie przeciez nie on, ale...

Najpierw lipiec i sierpien. Wszystko bedzie wiadomo w lipcu, ale, niestety, Wlad nie moze pomoc ani Dymce, ani innym kolegom i kolezankom z klasy. A gdyby tak cos zmienic... Ale, zeby cos zmienic, trzeba wiedziec, na czym sie stoi. Mieszkac beda u krewnych ciotki Wiery, starej przyjaciolki mamy. Jej maz zna sie z matka Zdana... I Zdan, jezeli tylko zechce – a na pewno zechce! – dowiedziec sie, dokad wyjechal Wlad, nawet juz jutro bedzie potrafil zdobyc sekretna informacje... Czy to problem, takie sekrety w malym miescie?!

Uspokajajaco postukiwaly kola pociagu. Gadatliwa sasiadka zapragnela przebrac sie w sportowe ubranie. Wlad pokornie wyszedl na korytarz i stanal przy oknie, trzymajac sie za porecz.

Вы читаете Dolina Sumienia
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату