o, tutaj… „O 18.40 drugi powracający z ruin patrol gąsienicowy dostał się w lokalną burzę piaskową, o znacznej aktywności wyładowań atmosferycznych. Kontakt radiowy nawiązany, mimo zakłóceń. Patrol donosi o odkryciu znacznej ilości muszek, zalegających…”
Astrogator urwał i odłożył książkę.
— A dalej? Czemu pan nie kończy?
— To jest właśnie koniec. Na tym urywa się ostatni zapis.
— I więcej nie ma nic?
— Resztę może pan zobaczyć.
Podsunął mu otwartą stronę. Pokryta była nieczytelnymi gryzmołami. Rohan rozszerzonymi oczyma wpatrywał się w chaos przecinających się linii.
— Tu jest jakby litera „b”… — powiedział cicho.
— Tak. A tu „G”. Duże „G”. Zupełnie jakby pisało małe dziecko… Nie uważa pan?
Rohan milczał z pustą szklanką w ręku. Zapomniał ją odstawić. Pomyślał o niedawnych swoich ambicjach: marzył o tym, by samemu poprowadzić „Niezwyciężonego”. Teraz wdzięczny był losowi, że nie on musi rozstrzygać o dalszych losach wyprawy.
— Proszę wezwać kierowników grup specjalistycznych. Rohan! Zbudź się pan!
— Przepraszam. Narada, panie astrogatorze?
— Tak. Niech wszyscy przyjdą do biblioteki.
Po kwadransie wszyscy siedzieli już w wielkiej, kwadratowej sali, o ścianach powleczonych barwną emalią; kryły w sobie książki i mikrofilmy. Najwstrętniejsze chyba było niesamowite podobieństwo pomieszczeń „Kondora” i „Niezwyciężonego”. Zrozumiałe, były to statki bliźniacze — ale Rohan, patrząc w byle kąt, nie mógł odeprzeć obrazów szaleństwa, które wżarły mu się w pamięć.
Każdy człowiek miał tu ustalone swoje miejsce. Biolog, lekarz, planetolog, inżynierowie elektronicy i łącznościowcy, cybernetycy i fizycy siedzieli w ustawionych półkręgiem fotelach. Tych dziewiętnastu ludzi stanowiło mózg strategiczny statku. Astrogator stał samotny, pod opuszczonym do połowy białym ekranem.
— Czy wszyscy obecni zaznajomili się z sytuacją wykrytą na pokładzie „Kondora”?
Odpowiedzią był wielogłosy pomruk przytaknięć.
— Do tej chwili — powiedział Horpach — ekipy pracujące w perymetrze „Kondora” odnalazły dwadzieścia dziewięć ciał. Na samym statku znaleziono ich trzydzieści cztery, w tym jedno zachowane doskonale dzięki zamrożeniu w hibernatorze. Doktor Nygren, który właśnie wrócił stamtąd, zda nam relację ogólną…
— Nie mam wiele do powiedzenia — rzekł, wstając, mały doktor. Powoli podszedł do astrogatora. Był od niego niższy o głowę. — Znaleźliśmy tylko dziewięć ciał zmumifikowanych. Poza tym, o którym wspomniał dowódca, a które będzie badane osobno. Są to właściwie szkielety lub części szkieletów, wydobyte z piasku. Mumifikacja zachodziła wewnątrz statku, gdzie były sprzyjające ku temu warunki: bardzo mała wilgotność powietrza, praktyczny brak bakterii gnilnych i niezbyt wysoka temperatura. Ciała, które znajdowały się na wolnej przestrzeni, ulegały rozkładowi, wzmagającemu się w okresach deszczów, bo piasek zawiera tu znaczny procent tlenków i siarczków żelaza, reagujących ze słabymi kwasami. Zresztą myślę, że te szczegóły nie są istotne. Gdyby dokładne przedstawienie zachodzących reakcji było wskazane, sprawę tę można przekazać kolegom chemikom. W każdym razie w warunkach przestrzeni zewnętrznej mumifikacja tym bardziej nie mogła zachodzić, że dołączało się tu działanie wody i rozpuszczonych w niej substancji, a także działanie piasku, trwające przez szereg lat. Tym ostatnim tłumaczy się też wypolerowanie powierzchni kostnych.
— Przepraszam — przerwał mu astrogator. — Najważniejsza jest w tej chwili przyczyna zgonu tych ludzi, doktorze…
— Żadnych oznak gwałtownej śmierci, przynajmniej na ciałach najlepiej zachowanych — wyjaśnił natychmiast lekarz. Nie patrzał na nikogo, wyglądało, jakby obserwował coś niewidzialnego w uniesionej ku twarzy ręce. — Obraz jest taki, jakby zmarli w sposób naturalny.
— To znaczy?
— Bez zewnętrznych, gwałtownych działań. Niektóre kości, długie, znalezione oddzielnie, są połamane, ale uszkodzenia takie mogły nastąpić później. Ustalenie tego wymaga dłuższych badań. Ci, którzy mieli na sobie ubrania, mają zarówno powłoki skórne, jak i szkielety nie uszkodzone. Żadnych ran, jeśli nie liczyć drobnych zadraśnięć, które na pewno nie mogły być przyczyną śmierci.
— Więc w jaki sposób zginęli?
— Tego nie wiem. Można sądzić, że z głodu lub z pragnienia…
— Zapasy wody i żywności są tam nie zużyte — zauważył ze swojego miejsca Gaarb.
— Wiem o tym.
Przez chwilę panowało milczenie.
— Mumifikacja jest przede wszystkim pozbawieniem organizmu wody — wyjaśnił Nygren. Wciąż nie patrzał na nikogo z obecnych. — Tkanki tłuszczowe ulegają przemianom, ale można je wykryć. Otóż… ci ludzie praktycznie byli ich pozbawieni. Właśnie jak po długotrwałym głodowaniu.
— Ale ten zachowany w hibernatorze nie — rzucił stojący za ostatnim rzędem foteli Rohan.
— To prawda. Ale on zmarł prawdopodobnie wskutek zamrożenia. Musiał dostać się w niewiadomy sposób do hibernatora; być może usnął po prostu, podczas gdy temperatura spadała.
— Czy dopuszcza pan możliwość zbiorowego zatrucia? — spytał Horpach.
— Nie.
— Ależ, doktorze… nie może pan tak kategorycznie…
— Mogę to powiedzieć — odparł lekarz. — Zatrucie w warunkach planetarnych może nastąpić albo przez płuca, wdychanymi gazami, albo przez przewód pokarmowy, albo przez skórę. Jedne z najlepiej zachowanych zwłok miały nałożony aparat tlenowy. W butli był tlen. Starczyłoby go jeszcze na kilkanaście godzin…
To prawda — pomyślał Rohan.
Przypomniał sobie tego człowieka, obciągniętą skórę czaszki z resztkami zbrunatniałych plam na kościach policzkowych, oczodoły, z których wysypywał się piasek.
— Ludzie ci nie mogli zjeść nic zatrutego, bo tu w ogóle nie ma nic do jedzenia. To znaczy na lądzie. A żadnych połowów w oceanie nie podejmowali. Katastrofa