na niego to praktycznie przemowienie.

— W porzadku — stwierdzila Rita. — Jesli naprawde myslisz…

— Prawie nigdy nie mysle. To przeszkadza w procesie myslowym.

— Bez sensu — skomentowala Astor.

— Z sensem czy bez, taka jest prawda — ja na to.

Cody pokrecil glowa.

— Chowanego — powiedzial.

I zamiast przerywac jego slowotok, po prostu wyszedlem za nim na podworko.

2

Oczywiscie, choc przewspaniale plany Rity nabieraly coraz wyrazniejszych ksztaltow, nie znaczy to, ze zycie stalo sie rajem. Byla jeszcze praca, taka prawdziwa. Czego jak czego, ale braku sumiennosci Dexterowi zarzucic nie mozna, totez obowiazkow nie zaniedbalem. Przez dwa tygodnie zajmowalem sie nanoszeniem ostatnich pociagniec pedzla na zupelnie nowe plotno. Natchnal mnie do tego pewien mlody dzentelmen, ktory odziedziczyl duzo pieniedzy i wydawal je na przerazajace mordercze eskapady; kiedy slysze o takich, az zaluje, ze nie jestem bogaty. Nazywal sie Alexander Macauley, choc sam o sobie mowil „Zander”, co jak dla mnie brzmialo troche gogusiowato, no ale moze wlasnie o to chodzilo. Ostatecznie byl czystej krwi hipisem z funduszem powierniczym, kims, kto nie przepracowal jednego dnia w zyciu i oddal sie lekkiej rozrywce tego rodzaju, przy ktorej zadrzaloby i moje puste serduszko, gdyby tylko Zander z odrobine lepszym wyczuciem dobieral swoje ofiary.

Zrodlem fortuny Macauleyow byly nieprzeliczone stada bydla, niekonczace sie gaje cytrusowe i nawozy sztuczne wrzucane do jeziora Okeechobee. Zander regularnie nawiedzal biedne dzielnice, by obsypywac bezdomnych hojnymi darami. A nielicznych szczesliwcow, ktorych naprawde chcial podniesc na duchu, podobno zatrudnial na rodzinnym ranczo, jak dowiedzialem sie z lzawego panegiryku w jednej z gazet.

Dexter, rzecz jasna, przyklaskuje dobroczynnosci. Prawde mowiac, jestem jej goracym zwolennikiem dlatego, iz prawie zawsze stanowi ona sygnal ostrzegawczy, ze pod maska Matki Teresy kryje sie cos niegodziwego, podlego i rozdokazywanego. Nie zebym watpil, iz gdzies w glebi ludzkiego serca naprawde zamieszkuje duch zyczliwego i troskliwego milosierdzia, nakazujacy kochac blizniego swego jak siebie samego. Gdziezbym smial. To znaczy, jestem pewien, ze gdzies tam musi byc. Po prostu nigdy go nie widzialem. A poniewaz brak mi i czlowieczenstwa, i prawdziwego serca, zmuszony jestem bazowac na osobistych doswiadczeniach, z ktorych wynika, ze swoj swojemu chetnie pomoze, ale obcemu — niekoniecznie.

Dlatego kiedy widze zamoznego, przystojnego i z wygladu normalnego mlodego czlowieka, ktory rozdaje swoje dobra najokrutniej sponiewieranym przez los, jakos trudno mi przyjac taki altruizm za dobra monete, bez wzgledu na to, jak piekna ma forme. Sam jestem calkiem dobry w ukazywaniu swiatu czarujacego, niewinnego oblicza, a wszyscy wiemy, na ile jest autentyczne, prawda?

Szczesliwie dla mojego spojnego swiatopogladu, Zander nie byl inny — tylko duzo bogatszy. A otrzymane w spadku pieniadze sprawily, ze stal sie troche niechlujny. Ze skrupulatnie wypelnianych PIT — ow, ktore wyszperalem, wynikalo bowiem, ze rodzinne ranczo jest niezamieszkane i nieuzywane, co moglo znaczyc tylko jedno: dokadkolwiek zabieral swoich drogich, brudnych przyjaciol, nie zyli tam zdrowo i szczesliwie, pracujac na swiezym powietrzu.

Jeszcze lepsze dla moich celow bylo to, ze na wedrowke z nowym przyjacielem Zanderem udawali sie boso. Tak sie bowiem zlozylo, ze w specjalnym pokoju w jego pieknym domu w Coral Gables, wyposazonym w kilka bardzo przemyslnych i kosztownych zamkow, ktorych otwarcie zajelo mi prawie cale piec minut, Zander trzymal troche pamiatek. Glupio podejmowac takie ryzyko, gdy jest sie potworem; wiem o tym doskonale, bo sam to robie. Jednak jesli pewnego dnia jakis sumienny sledczy odszuka moja skrzyneczke wspomnien, nie znajdzie w niej nic procz szkielek mikroskopowych z pojedyncza kropla krwi w kazdym i nie zdola udowodnic, ze to cos zlowieszczego.

Zander az tak cwany nie byl. Zachowal po jednym bucie kazdej z ofiar i liczyl, ze nadmiar pieniedzy i zamkniete drzwi wystarcza, by jego sekrety nigdy nie ujrzaly swiatla dziennego.

No nie. Nic dziwnego, iz potwory maja tak fatalna reputacje. Naiwnosc, ze slow brak. I jeszcze buty? Powaznie, buty, na wszystko, co wyklete? Staram sie byc tolerancyjny i wyrozumialy dla slabostek bliznich, ale to juz lekka przesada. Co moze byc interesujacego w przepoconym, oblepionym skorupa blota, dwudziestoletnim trampku? I zeby jeszcze zostawiac je tak na widoku. To wrecz obraza.

Oczywiscie, Zander pewnie kombinowal, ze w razie wpadki stac go na najlepszych adwokatow i sprawa skonczy sie tak, ze najwyzej bedzie musial troche popracowac spolecznie — co zakrawalo na ironie, zwazywszy, ze od tego wlasnie wszystko sie zaczelo. Tyle ze w swoich rachubach nie uwzglednil jednego: ze wpadnie w rece Dextera, nie policji. I ze jego proces odbedzie sie w Dwudziestoczterogodzinnym Sadzie Mrocznego Pasazera, w ktorym nie ma prawnikow — choc oczywiscie licze, ze wkrotce jakiegos dopadne — a wyrok nie podlega apelacji.

Czy jednak but to wystarczajacy dowod? Nie mialem watpliwosci, ze Zander jest winny. Nawet gdyby Mroczny Pasazer nie wyspiewywal arii przez caly czas, kiedy patrzylem na te buty, doskonale wiedzialbym, w czym rzecz — pozostawiony samemu sobie Zander wzbogacilby kolekcje o nastepne eksponaty. Bylem prawie pewien, ze jest zlym czlowiekiem, i mialem straszna ochote pogadac z nim przy blasku ksiezyca i poslac kilka cietych uwag. Musialem jednak zyskac pewnosc absolutna — do tego zobowiazywal Kodeks Harry'ego.

Zawsze przestrzegalem niewzruszonych zasad ustanowionych przez Harry'ego, mojego przybranego ojca, policjanta, ktory nauczyl mnie, jak ze skromnoscia i precyzja byc tym, czym jestem. To on mi pokazal, jak oczyscic miejsce zbrodni tak, jak tylko glina potrafi, i jak z taka sama starannoscia dobierac sobie partnerow do tanca. Jesli istnial choc cien watpliwosci, nie moglem zaprosic Zandera do zabawy.

A teraz? Na podstawie samej wystawy obuwia kazdy sad na swiecie uznalby Zandera za winnego co najwyzej niehigienicznego fetyszyzmu; ale zaden sad na swiecie nie dysponowal zeznaniami eksperta, takiego jak Mroczny Pasazer; ten cichy, naglacy glos wewnetrzny popychal do czynu i rzadko sie mylil. A im bardziej napieral, tym trudniej bylo o spokoj i bezstronnosc. Chcialem puscic sie w Ostatni Taniec z Zanderem, potrzebowalem tego jak powietrza.

Chcialem, jasne — ale nietrudno sie domyslic, co powiedzialby Harry. To nie wystarczalo. Nauczyl mnie, ze aby miec pewnosc, dobrze jest zobaczyc ciala, a Zander zdolal je ukryc na tyle dobrze, ze ich nie znalazlem. Jesli nie ma zwlok, chciec — niewazne jak bardzo — to za malo.

Wrocilem do zebranych materialow, zeby zobaczyc, gdzie Zander moze przechowywac marynaty z trupow. Dom odpadal. Przeszukalem go i oprocz muzeum butow nie znalazlem nic podejrzanego, a Mroczny Pasazer zazwyczaj bez trudu wywachuje kolekcje zwlok. Poza tym w domu nie byloby ich gdzie trzymac — na Florydzie nie ma piwnic, a w swojej dzielnicy Zander nie moglby niezauwazony kopac w ogrodku ani taszczyc nieboszczykow. Krotka konsultacja z Pasazerem przekonala mnie, ze ktos, kto mocuje pamiatki na plytkach z orzecha, na pewno starannie pozbywa sie resztek.

Ranczo nadawaloby sie doskonale, ale w czasie krotkiej wizyty nie znalazlem tam zadnych sladow. Wygladalo, ze dawno zostalo opuszczone; nawet podjazd zarosl zielskiem.

Grzebalem glebiej: Zander kupil apartament na Maui, ale to o wiele za daleko. Mial kilka akrow ziemi w Karolinie Polnocnej — mozliwe, lecz malo prawdopodobne, bo musialby tam jechac dwanascie godzin z trupem w samochodzie. Byl udzialowcem spolki, ktora chciala zagospodarowac Toro Key, mala wyspe na poludnie od Cape Florida. Jednak wlasnosc firmy z pewnoscia nie wchodzila w gre — zbyt wiele osob moglo tam wejsc i myszkowac. Tak czy inaczej, przypomnialem sobie, ze kiedy za mlodu chcialem przybic do brzegu Toro Key, krecili sie tam uzbrojeni straznicy, ktorzy wszystkich przeganiali. Nie, to musialo byc gdzie indziej.

Wsrod jego licznych inwestycji i aktywow jedyne, co wygladalo obiecujaco, to lodz Zandera, pietnastometrowy cigarette. Od jednego z potworow, z ktorymi mialem do czynienia, nauczylem sie, ze lodz daje znakomite mozliwosci pozbycia sie resztek. Prosta sprawa: przywiazuje sie cialo drutem do czegos ciezkiego, przerzuca przez reling i mozna zrobic denatowi pa, pa! Czysto, schludnie, porzadnie; bez halasu, bez balaganu, bez sladu.

I bez szansy na to, zebym zdobyl nieodzowny dowod. Zander trzymal lodz na najbardziej ekskluzywnej przystani w Coconut Grove, Royal Bay Yacht Club. Ochrone mieli tam bardzo dobra, tak dobra, ze wytrych i

Вы читаете Dylematy Dextera
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату