dla wszystkich, aby mlody pan O'Conner nie odczul, ze rozni sie od reszty towarzystwa.
Mimo to Ling czuwal w kambuzie, gotow w kazdej chwili przyrzadzic grzanke z serem.
Wszystko okazalo sie przepyszne. Podany do potraw cabernet sauvignon rowniez okazal sie pod kazdym wzgledem wyjatkowy. Szklanka zimnej coli bez kostek lodu byla jedna z najlepszych na swiecie szklanek zimnej coli. Kolacji towarzyszyl2 oczywiscie fascynujaca rozmowa, mimo ze Shepherd ogranicza w niej swoj udzial do jednego lub dwoch slow, naduzywajac przymiotnika „smaczne'.
– Bedziecie mieli skrzydlo domu do dyspozycji – mowil Parish. – A pozniej, jesli zechcecie, zbudujemy obok drugi dom.
– Jestes niezwykle szczodry – powiedziala Jilly.
– Nonsens. Moj program w radiu to kura znoszaca zlote jajka. Nie jestem zonaty, nie mam dzieci. Naturalnie zamieszkacie tu w tajemnicy. Nikt nie moze poznac waszego miejsca pobytu Media, wladze i cala ludzkosc beda was bez przerwy przesladowac, z uplywem lat coraz bezwzgledniej. Byc moze bede musial zmienic kilka osob ze sluzby, zeby miec pewnosc, ze wszyscy dochowaja tajemnicy, ale Ling ma braci i siostry.
– Zabawne – powiedzial Dylan – ze siedzimy tu i zgodnie snujemy plany, wiedzac od poczatku, co i jak nalezy zrobic. – Jestesmy z roznych pokolen – rzekla Jilly – ale wszyscy jestesmy dziecmi tej samej kultury. Przesiaklismy ta sama mitologia.
– Otoz to – przytaknal Parish. – W przyszlym tygodniu zmienie testament, czyniac was moimi spadkobiercami, chociaz; bede musial do tego celu wykorzystac szwajcarskich adwokatow i siec zagranicznych kont. Trzeba tez bedzie zamiast nazwisk uzywac numerow identyfikacyjnych. Wasze nazwiska staly sie juz zbyt dobrze znane w calym kraju, a w przyszlosc
bedziecie jeszcze slawniejsi. Gdyby cos mi sie przytrafilo albo ktoremus z was, pozostali nie powinni miec z tego powodu zadnych klopotow finansowych ani podatkowych.
Odkladajac noz i widelec, wyraznie wzruszony hojnoscia i gestem gospodarza, Dylan powiedzial:
– Nie ma takich slow, ktorymi moglbym ci za wszystko podziekowac. Jestes… wyjatkowym czlowiekiem.
– Dosc tych wyrazow wdziecznosci – odrzekl stanowczo Parish. – Nie chce tego wiecej sluchac. Ty tez jestes wyjatkowym czlowiekiem, Dylan. Ty takze, Jilly. I ty, Shepherd.
– Smaczne.
– Wszyscy stalismy sie inni niz reszta mezczyzn i kobiet i nigdy juz nie bedziemy tacy jak oni. Nie jestesmy od nich lepsi, ale zadne z nas nie ma juz swojego miejsca na swiecie poza tym, gdzie jestesmy wszyscy razem. Od dzis mamy zadanie, ktorego nie wolno nam nie wypelnic, musimy zrobic absolutnie wszystko, by wykorzystac nasza odmiennosc do dokonywania zmian.
– Musimy isc wszedzie tam, gdzie nas potrzebuja – zgodzil sie Dylan. – Bez rekawiczek, bez wahania, bez strachu.
– Z potwornym strachem – zaprotestowala Jilly. – Ktoremu nie mozemy sie nigdy poddac.
– Rzeczywiscie, to ladniej powiedziane-pochwalil ja Dylan. Gdy Ling dolewal caberneta, nad Tahoe przelecial na duzej wysokosci samolot pasazerski, zmierzajacy prawdopodobnie na lotnisko w Reno. Gdyby jezioro nie bylo takie ciche, jesli nie liczyc stukotu ksiezycowych srebrnych monet o kadlub lodzi, byc moze nie uslyszeliby slabego odglosu silnikow odrzutowych. Spogladajac w gore, Jilly dostrzegla malenka skrzydlata sylwetke, ktora przeciela tarcze ksiezyca.
– Ciesze sie tylko z jednej rzeczy – rzekl Parish. – Nie bedziemy sobie musieli zawracac glowy projektowaniem, konstruowaniem i utrzymaniem zadnego cholernego Batmobilu. Smiech dobrze im zrobil.
– Moze wcale nie bedzie tak zle w roli tragicznych postaci dzwigajacych na barkach caly swiat – uznal Dylan. – Jezeli potrafimy sie przy tym bawic.
– Bedziemy sie swietnie bawic – podchwycil Parish. – Och, tak, bardzo mi na tym zalezy. Wolalbym jednak, zebysmy nie nadawali sobie zadnych glupich, dzwiecznie bohaterskich imion, bo sam wyrzadzilem juz sobie te krzywde, ale chetnie przystane na inne pomysly.
Jilly zawahala sie z kieliszkiem przy ustach.
– Parish Lantern to nie jest twoje prawdziwe imie i nazwisko? – A kto moglby sie tak nazywac? Teraz to moje oficjalne imie i nazwisko, ale urodzilem sie jako Horace Bloogernud.
– Dobry Boze – rzekl Dylan. – Wiec od dziecka byles w pewnym sensie postacia tragiczna.
– Juz jako nastolatek pragnalem pracowac w radiu i dokladnie wiedzialem, jaki program chcialem stworzyc. Wieczorna audycje o dziwnych i niesamowitych zjawiskach. Uznalem, ze pseudonim „Parish Lantern' bedzie swietnie pasowal, poniewaz to stare angielskie okreslenie ksiezyca, blasku ksiezyca.
– Robisz swoje przy blasku ksiezyca – rzekl Shepherd, lecz tym razem glos nie drzal mu z udreki jak poprzednio, gdy wypowiadal te slowa, jakby zyskaly dla niego nowe znaczenie.
– Owszem, masz racje – odrzekl Parish. – W pewnym sensie wszyscy bedziemy robic swoje przy blasku ksiezyca, to znaczy, ze bedziemy sie starali dzialac w jak najwiekszej dyskrecji i tajemnicy. Co wiaze sie ze sprawa kamuflazu.
– Kamuflazu? – spytala Jilly.
– Na szczescie nikt poza nami nie wie, ze ja tez zostalem dotkniety tym przeklenstwem – powiedzial Parish. – Dopoki moge robic, co trzeba, i brac udzial w bohaterskich akcjach, utrzymujac to w sekrecie, moge byc lacznikiem miedzy nasza mala grupa a swiatem. Ale wy troje… wasze twarze sa znane i bez wzgledu na to, jak dyskretnie bedziemy dzialac, z biegiem czasu coraz wiecej ludzi bedzie was rozpoznawalo. Dlatego musicie zostac…
– Mistrzami kamuflazu! – rzekl z zachwytem Dylan. Jilly uznala, ze to tez jest tak, jak ma byc.
– Koniec koncow – ciagnal Parish – bedzie nam brakowac tylko glupich imion, niepraktycznych pojazdow naszpikowanych bezsensownymi gadzetami, kostiumow ze spandeksu i superprzeciwnika, ktorym musielibysmy sie przejmowac pomiedzy zwyklymi akcjami ratunkowymi i dobrymi uczynkami.
– Lod – powiedzial Shepherd.
Ling natychmiast zblizyl sie do stolu, ale Parish kilkoma chinskimi slowami zapewnil go, ze nie trzeba podawac lodu. – Shepherd ma racje. Mielismy przez krotka chwile superprzeciwnika, ale juz jest blokiem lodu.
– Lod.
Pozniej, przy kawie i ciescie cytrynowym Jilly powiedziala:
– Jezeli jakos sie nie nazwiemy, media zrobia to za nas i na pewno wymysla jakies glupie okreslenie.
– Slusznie – rzekl Dylan. – Dziennikarzom brak wyobrazni. A potem bedziemy musieli znosic jakas denerwujaca etykietke. Moze wybierzemy zbiorowa nazwe dla wszystkich jako grupy?
– Aha – przytaknela Jilly. – Badzmy przebiegli jak kiedys Horace Bloogernud. Wykorzystajmy w nazwie ksiezyc.
– Ksiezycowy Gang – podsunal Dylan.
– Bedzie dobrze wygladac w brukowcach, nie?
– Nie podoba mi sie slowo „gang' – powiedzial Parish. – Ma za duzo negatywnych konotacji.
– Ksiezycowy… cos tam. – Jilly sie zamyslila.
Mimo ze Shepherd mial na talerzu jeszcze pol porcji ciasta, odlozyl widelec. Wpatrujac sie w swoj niedojedzony deser, powiedzial:
– Oddzial, zaloga, zespol, kolo, towarzystwo…
– Prosze bardzo – rzekl Dylan.
– … stowarzyszenie, sojusz, zwiazek, druzyna, koalicja, klan, ekipa, liga, klub…
– Ksiezycowy Klub – wymowila na probe Jilly, wsluchujac sie we wspolbrzmienie slow. – Klub Ksiezycowy. Niezle.
– …bractwo, gromada, paczka, kompania, rodzina…
– To chyba chwile potrwa – powiedzial Parish, dajac znak Lingowi, aby zabral trzy z czterech talerzy deserowych i otworzyl nastepna butelke wina.
– …podroznicy, odkrywcy, poszukiwacze…
Sluchajac jednym uchem kaskady slow poczciwego Shepherda, Jilly zaczela myslec o czekajacej ich przyszlosci, o przeznaczeniu i wolnej woli, o mitologii i prawdzie, o zaleznosci i odpowiedzialnosci, o nieuchronnosci smierci i rozpaczliwej potrzebie celu zycia, o milosci, obowiazku i nadziei.
Niebo jest glebokie. Gwiazdy leza daleko. Ksiezyc, choc blizej niz Mars, i tak jest odlegly. Jezioro polyskuje czernia ozywiana rteciowym blaskiem – latarni parafialnej. Statek lekko kolysze sie na kotwicy. Klub Ksiezycowy, czy jaka w koncu przybierze nazwe, odbywa swoje pierwsze powazne spotkanie przy ciescie, wsrod wybuchow