Odstawila pusty kieliszek po martini na balustrade tarasu i zlozyla sie do cienistego zakatka ogrodu z tylu Hotelu Peninsula w Beverly Hills. Nikt nie zauwazyl jej przybycia.

Mogla sie zlozyc dokadkolwiek, aby zadzwonic, ale podobalo sie jej w Peninsula. Byl to pieciogwiazdkowy hotel i miala nadzieje, ze pewnego dnia bedzie ja na niego stac, gdy zrobi zawrotna kariere komika.

W hallu znalazla automat, wrzucila kilka monet i wystukala dobrze znany numer.

Matka odebrala po trzecim dzwonku. Poznajac Jilly po glosie, wybuchnela:

– Dziecko, dobrze sie czujesz, nic ci sie nie stalo, co sie z toba dzialo, skarbie – niech cie Bog strzeze – gdzie jestes?

– Uspokoj sie, mamo. U mnie wszystko w porzadku. Chcialam ci powiedziec, ze przez tydzien czy dwa nie bede sie mogla z toba zobaczyc, ale cos wykombinuje, zebysmy sie spotkaly.

– Jilly, dziecko, od tych wydarzen w kosciele byli tu ludzie z telewizji, z gazet, wszyscy niegrzeczni jak ci biurokraci z opieki spolecznej na suchej diecie. Sa teraz na ulicy z tymi wozami satelitarnymi, halasuja, smieca tymi paskudnymi papierosami i opakowaniami po batonach. Niegrzeczni, bardzo niegrzeczni.

– Nie rozmawiaj z zadnym z nich, mamo. Gdyby ktos cie pytal, nie zyje.

– Nie mow takich okropnych rzeczy!

– Po prostu nikomu nie mow, ze dzwonilam. Pozniej ci wszystko wyjasnie. Posluchaj, mamo, niedlugo zjawia sie u ciebie ponure draby o wygladzie twardzieli. Beda mowili, ze sa z FBI czy cos w tym rodzaju, ale to klamstwo. Udawaj przed nimi glupia. Badz slodka jak miod, udawaj, ze umierasz ze strachu o mnie, ale nie puszczaj pary z ust.

– Przeciez jestem tylko jednooka, kulawa, biedna i niedouczona prostaczka o wielkim tylku. Kto by w ogole pomyslal, ze moge cos wiedziec`?

– Strasznie cie kocham, mamo. Jeszcze jedno. Jestem pewna, ze nie zalozyli ci jeszcze podsluchu w telefonie, ale w koncu znajda na to sposob. Tak wiec kiedy wpadne zobaczyc sie z toba, nie bede wczesniej dzwonila.

– Dziecko, boje sie jak jeszcze nigdy od dnia, w ktorym twoj przeokropny ojciec byl tak dobry, ze dal sie zastrzelic.

– Nie boj sie, mamo. Nic mi sie nie stanie. Szykuje ci pare niespodzianek.

– Jest u mnie ojciec Francorelli. Chce z toba rozmawiac. Ciagle jest bardzo przejety tym, co sie zdarzylo na slubie. Jilly, dziecko, co tam sie wlasciwie zdarzylo? To znaczy, wiem, opowiadali mi, ale nic z tego nie rozumiem.

– Nie chce rozmawiac z ojcem Francorellim, mamo. Powiedz mu tylko, ze bardzo mi przykro, ze zepsulam uroczystosc. – Zepsulas? Uratowalas ich. Uratowalas ich wszystkich.

– Moglam to zrobic o wiele dyskretniej. Sluchaj, mamo, kiedy za pare tygodni sie spotkamy, moze mialabys ochote na kolacje w Paryzu?

– W Paryzu, we Francji? A co u licha mialabym jesc w Paryzu?

– To moze w Rzymie? Albo w Wenecji? Albo w Hongkongu?

– Dziecko, wiem, ze przenigdy nie zaczelabys brac narkotykow, ale zaczynasz mnie martwic.

Jilly zasmiala sie.

– Wiec moze Wenecja? W jakiejs pieciogwiazdkowej restauracji. Wiem, ze lubisz wloska kuchnie.

– Uwielbiam lasagne. Jakim cudem bedzie cie stac na pieciogwiazdkowy lokal, i to jeszcze w Wenecji?

– Zobaczysz. Mamo…

– Co takiego, dziecko?

– Nigdy nie potrafilabym uratowac wlasnego tylka, ze nie wspomne o tych wszystkich ludziach, gdybys mnie nie wychowala i nie pokazala mi, jak nie dac sie zjesc zywcem strachowi. – Niech cie Bog blogoslawi, dziecko. Bardzo cie kocham.

Jilly odlozyla sluchawke, dluzsza chwile dochodzila do siebie. Potem, wrzuciwszy do aparatu garsc cwiercdolarowek, zadzwonila pod zamiejscowy numer, ktory dostala od Dylana. Gdy po pierwszym dzwonku odezwala sie kobieta, Jilly powiedziala:

– Chcialabym rozmawiac z Vonetta Beesley.

– Wlasnie z nia pani rozmawia. Czym moge sluzyc?

– Dylan O'Conner prosil, zebym zadzwonila i spytala, czy u pani wszystko w porzadku.

– Kto moglby mi zrobic cos zlego, czego natura w koncu i tak w koncu nie pogorszy? Prosze powiedziec Dylanowi, ze nic mi nie jest. Milo slyszec, ze zyje. Zdrow i caly?

– Wlos mu nie spadl z glowy.

– A maly Shep?

– Stoi teraz w kacie, ale wczesniej dostal wielki kawal ciasta i do kolacji wszystko bedzie w porzadku.

– Jest kochany.

– To prawda – odparla Jilly. – Dylan prosil mnie, zebym pani powiedziala, ze nie beda juz potrzebowali gosposi.

– Slyszalam, co sie stalo, w ich domu, i przypuszczam, ze i tak nie da sie tam posprzatac bez buldozera. Powiedz mi cos, zlotko. Sadzisz, ze potrafisz sie nimi zaopiekowac?

– Chyba tak – odrzekla Jilly.

– Zasluguja na dobra opieke.

– Zasluguja – zgodzila sie.

Zakonczywszy druga rozmowe, miala ochote wypasc z kabiny telefonicznej w pelerynie i trykocie i efektownie wzbic sie w powietrze. Oczywiscie, nie miala ani peleryny, ani trykotu, poza tym nie umiala latac. Rozejrzala sie wiec, sprawdzajac, czy

korytarz jest pusty i bez akompaniamentu trabek, bez teatralnych gestow, zlozyla sie na taras, ktory wychodzil na jezioro, gdzie w ostatnich promieniach zmierzchu czekal na nia Dylan.

Na dlugo przed poznym o tej porze roku zachodem slonca wzeszedl ksiezyc. Na zachodzie noc scalowywala resztki rozu z policzka dnia, a na wschodzie wisial juz wysoko ksiezyc w pelni, jak romantyczna latarnia.

Dokladnie o zmierzchu zjawil sie Ling, aby poprowadzic ich dwoje i Shepa przez korytarze i komnaty, ktorych jeszcze nie widzieli, a potem wszyscy wyszli z domu i ruszyli na przystan. Zwykle swiatla oswietlajace przystan byly zgaszone. Droge rozjasnialy im urocze rzedy cieniutkich swiec unoszacych sie w powietrzu osiem stop nad deskami.

Widocznie Parishowi spodobalo sie wynajdywanie innych zastosowan mocy, dzieki ktorej odbijal wystrzelone w siebie pociski. Wielki dom stal wsrod dziesieciu akrow lasu, odgrodzony od nieproszonych gosci, a drzewa zapewnialy cisze i spokoj. Nawet z oddalonego przeciwleglego brzegu jeziora, obserwujac swiece przez lornetke, zaden ciekawski nie wiedzialby, co wlasciwie widzi. Zabawa wydawala sie warta ryzyka.

Ling, jak gdyby sam unosil sie ulamek cala nad deskami przystani, prowadzil ich miedzy pelgajacymi plomykami, pod lewitujacymi swiecami, az do trapu. Dzwiek, z jakim woda omywala pale, brzmial niemal jak muzyka.

Ling nie dal po sobie poznac, czy zdumial go widok lewitujacych swiec. Wszystko wskazywalo na to, ze nic nie moglo naruszyc jego spokoju umyslu ani opanowania tancerza. Nie ulegalo watpliwosci, ze jest wyjatkowo dyskretny i lojalny wobec pracodawcy w stopniu, jaki wydawal sie niemal nadprzyrodzony.

Bylo tak, jak mialo byc.

Na koncu trapu przy nabrzezu stala czterdziestopieciostopowa lodz motorowa z kabina z czasow, gdy statkow wycieczkowych nie robilo sie z plastiku, aluminium i wlokna szklanego. Malowane na bialo drewno, wykonczenie pokladu i listwa wzdluz burt z polerowanego mahoniu oraz blyszczace jak klejnoty mosiezne elementy sprawialy, ze nie byla to zwykla lodz motorowa, ale okret, ktory przyplynal tu prosto ze snu.

Gdy wszyscy znalezli sie na pokladzie, swiece na przystani jedna po drugiej pogasly i spadly na deski.

Parish wyprowadzil lodz z przystani i wyplynal na jezioro. Woda wszedzie bylaby czarna jak farba anilinowa, gdyby szczodry ksiezyc nie sypal na fale srebrnych monet. Parish rzucil

kotwice daleko od brzegu, zapalone bursztynowe latarnie mialy ostrzec innych nocnych zeglarzy o ich obecnosci.

Na przestronnym pokladzie rufowym bylo dosc miejsca na stolik dla czterech osob oraz dla Linga, ktory urzadzal im kolacje przy swiecach.

Ravioli z grzybami podane na przystawke mialy ladny kwadratowy ksztalt. Potem zjawilo sie danie glowne: cukinia, ktora przed usmazeniem pokrojono w kostke; porcja ziemniakow duszonych z cebula rowniez miala kanciasty ksztalt; z medalionow cielecych rowniez troskliwie uformowano kwadraty, nie tylko dla Shepherda, ale

Вы читаете Przy Blasku Ksiezyca
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату