Niska temperatura podraznila zatoki Dylana i u wylotu lewego nozdrza uformowal mu sie miniaturowy sopel.
W ciagu paru sekund po zniknieciu Shepherd zlozyl sie z powrotem, juz bez naukowca.
– Ciasto.
– Gdzie go zostawiles, skarbie? – Ciasto.
– Gdzies tu na lodzie? – Ciasto.
– Zamarznie na smierc, bracie – odezwal sie Dylan. – Ciasto.
– Musimy zrobic to, co nalezy, skarbie – powiedziala Jilly.
– Shep, nie – odrzekl Shepherd.
– Ty tez, skarbie. To, co nalezy. Shepherd pokrecil glowa i powiedzial:
– Shep moze byc troche zly.
– Nie sadze, bracie. Pozniej przezywalbys prawdziwe meczarnie.
– Nie bedzie ciasta?
– Tu nie chodzi o ciasto, skarbie.
– Shep moze byc tylko troche zly. Jilly wymienila spojrzenia z Dylanem i powiedziala do Shepa:
– Mozesz byc zly, skarbie?
– Tylko troche.
– Tylko troche?
– Tylko troche.
Na rzesach Lanterna srebrzyla sie skorupa zamarznietych lez. Oczu lzawily mu nieprzerwanie, mimo to jednak Jilly wyczytala w nich ogromne poczucie winy, kiedy powiedzial:
– Jesli ktos potrafi byc troche zly, to sie moze przydac. Czasem, kiedy mamy do czynienia z bardzo duzym zlem, nalezy zdecydowanie polozyc mu kres.
– W porzadku – powiedzial Shep. Zapadlo milczenie.
– W porzadku? – spytal Shep.
– Mysle – odrzekl Dylan.
Z bezwietrznego nieba sypnal snieg. Snieg, jakiego Jilly nigdy w zyciu nie widziala. Nie byly to puszyste biale platki, ale ostre jak igly drobiny, granulki lodu.
– Za duzo – powiedzial Shep.
– Czego za duzo, skarbie?
– Za duzo.
– Czego za duzo?
– Myslenia – odparl Shep, po czym oswiadczyl:
– Zimno – i zlozyl ich z powrotem nad jezioro Tahoe, juz bez Proctora.
49
Stojac wokol wyspy posrodku kuchni w domu Parisha Lanterna, jedli ciasto czekoladowo-wisniowe z ciemna czekoladowa polewa, w nagrode i na pocieszenie, ale Jilly odniosla wrazenie, jakby to byl chleb dzielony w dziwnej komunii. Jedli w milczeniu, patrzac w talerze, dostosowujac sie do etykiety Shepherda O'Connera.
Odniosla wrazenie, ze wszystko jest tak, jak ma byc.
Dom okazal sie jeszcze wiekszy, niz wydawal sie z zewnatrz. Kiedy Parish zaprowadzil ich do rozleglego skrzydla goscinnego, do dwoch przygotowanych na ich przyjecie sypialni, pomyslala, ze mogloby sie tu zmiescic co najmniej dwudziestu niezapowiedzianych gosci.
Mimo ze po powrocie z bieguna polnocnego Jilly byla wykonczona i spodziewala sie, ze przespi reszte popoludnia i wczesny wieczor, po porcji ciasta czula sie rzeska i wypoczeta. Zastanawiala sie, czy jednym ze skutkow zmian, jakie w niej nastepowaly, bedzie mniejsza potrzeba snu.
Obydwie sypialnie mialy oddzielne, wielkie i urzadzone z przepychem lazienki z marmurowymi podlogami i blatami oraz zlocona armatura, wyposazone w prysznic i wanne przeznaczona do blogiego wylegiwania sie w kapieli, a takze ogrzewane wieszaki, dzieki ktorym mozna sie bylo otulic w cieplutkie reczniki. Jilly wziela prysznic, dlugo rozkoszowala sie ciepla
woda, a potem, z luboscia i leniwym, kocim narcyzmem, zajela sie wlasna uroda.
Parish staral sie przewidziec jej gust w najdrobniejszych szczegolach, od szamponu po kosmetyki do makijazu i kredke do oczu. Czasem jego wybor okazywal sie udany, czasem nie, ale na ogol byl trafny. Jilly oczarowala jego troskliwosc.
Odswiezona, umalowana i przebrana, odnalazla droge do salonu. Podczas wedrowki ze oskrzydla goscinnego przekonywala sie coraz bardziej, ze cieplo i przytulnosc domu odwracaly uwage gosci od jego prawdziwego ogromu. Pod miekkoscia i romantyzmem stylu Wrighta, mimo wielu okien i podworzy wywolujacych wrazenie scislego kontaktu z natura, budowla wydawala sie niezwykle tajemnicza i odizolowana od reszty swiata, skrywajac sekrety tam, gdzie na pozor calkowicie sie odslaniala.
Tu takze wszystko bylo tak, jak mialo byc.
Z salonu Jilly wyszla na taras ustawiony na wspornikach, ktory architekt w magiczny sposob zawiesil nad pachnacymi sosnami, skad rozposcieral sie zapierajacy dech w piersiach widok na bajkowe jezioro.
Po chwili przy balustradzie obok niej zjawil sie Dylan. Stali w milczeniu, zauroczeni panorama, ktora w blasku poznego popoludnia zdawala sie mienic zywymi barwami jak na obrazie Maxfielda Parisha. Pora na rozmowe minela i jeszcze nie nadeszla.
Parish przepraszal ich z gory, ze nie moze zapewnic takiej opieki, jaka zwykle mieli jego goscie. Od razu, gdy sie zorientowal, ze nanomaszyny dokonaja w nim bardzo glebokich zmian, dal calej sluzbie tydzien wakacji, aby przezyc metamorfoze samotnie.
Pozostal tylko Ling, majordomus. Zjawil sie dwie minuty po tym, jak Dylan i Jilly wyszli na taras. Przyniosl drinki na malej, czarno lakierowanej tacy ozdobionej inkrustacja z macicy perlowej, ktora przedstawiala lilie wodna. W kieliszkach bylo idealnie przyrzadzone wytrawne martini-zamieszane, nie wstrzasniete. Ling byl szczuply, lecz w dobrej kondycji, poruszal sie z gracja baletmistrza i spokojna pewnoscia, jaka musiala cechowac posiadacza czarnego pasa w taekwondo. Mogl miec trzydziesci piec lat, ale z jego hebanowych oczu wyzierala kwintesencja madrosci starozytnych. Gdy Jilly, a potem Dylan brali martini z ozdobionej lilia wodna tacy, Ling lekko sklanial glowe i z milym usmiechem wypowiadal do kazdego z nich to samo chinskie slowo, ktore, jak Jilly sie domyslila, oznaczalo „prosze' i rownoczesnie bylo zyczeniem pomyslnosci. Nastepnie Ling wyszedl
prawie tak dyskretnie jak ulatniajacy sie duch; gdyby byla zima, a taras pokrywalaby warstewka sniegu, byc moze w ogole nie pozostawilby po sobie sladow.
Znow wszystko bylo tak, jak mialo byc.
Podczas gdy Jilly i Dylan delektowali sie martini i cudownym widokiem, Shepherd zostal w salonie. Znalazl sobie kat, w ktorym mogl stac godzine lub dwie, ograniczajac wrazenia zmyslowe do kontemplacji linii laczenia scian.
Francuzi powiadaja: Plus ea change, plus c'est le meme chose, – Im bardziej cos sie zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo. Stojac w kacie, Shepherd byl ucielesnieniem komizmu i tragizmu tej prawdy. Uosabial rozczarowanie i taktowna akceptacje, ktore kryly sie w tych slowach, ale takze ich melancholijne piekno.
Program radiowy Parisha kupowali nadawcy w calym kraju i szesc razy w tygodniu, od poniedzialku do soboty, nadawalo go ponad piecset stacji, dlatego zwykle Lantern zaczynal prace, gdy tylko zmierzch zarzucal fioletowa zaslone w poprzek jeziora. Siedzac w ultranowoczesnym studiu w piwnicy, odbieral telefony od sluchaczy, ktorych mial dziesiec milionow, i rowniez przez telefon przeprowadzal wywiady ze swoimi goscmi. W prowadzeniu programu pomagal mu Ling i inzynier. Wlasciwe centrum produkcyjne znajdowalo sie w San Francisco, gdzie wybierano telefony od sluchaczy i laczono z domem Lanterna, a takze filtrowano i wzmacniano sygnal, ktory niemal natychmiast retransmitowano.
W ten sobotni wieczor, podobnie jak w dniu, gdy Proctor zaaplikowal mu swoja szpryce, Parish zrezygnowal z programu na zywo i nadawal najlepsze fragmenty audycji archiwalnych.
Krotko przed kolacja, na ktora zaprosil ich gospodarz, Jilly powiedziala do Dylana:
– Zadzwonie do mamy. Zaraz wracam.