Byc moze przypominajac sobie Manuela podpalacza, Proctor strzelil z bliska do swego przeciwnika, ale Lantern nawet sie nie skrzywil na dzwiek wystrzalu ani nie drgnal, gdy trafila w niego kula. Pocisk jak gdyby odbil sie od piersi gospodarza i utkwil z glosnym trzaskiem w suficie salonu.
Proctor desperacko strzelil jeszcze dwa razy do podchodzacego coraz blizej Lanterna, lecz obydwa pociski rowniez odbily sie, trafiajac w sufit i z pierwsza kula tworzac idealny trojkat.
Dylan przyzwyczail sie do widoku cudow, wiec obserwowal to fascynujace przedstawienie w stanie, ktoremu bardziej odpowiadalo okreslenie „zdumienie' niz „oslupienie'.
Parish Lantern nie musial uzywac sily, by wyjac bron z reki oszolomionego naukowca. Oczy Proctora wypelnily sie lzami, jak gdyby dostal obuchem w glowe, ale szalony doktor nie upadl.
Dylan, Jilly i powloczacy nogami Shep podeszli do Lanterna i przystaneli jak sedziowie zbierajacy sie na narade przed wydaniem wyroku.
– Ma jeszcze jedna pelna strzykawke – powiedzial Lantern. – Jezeli podoba mu sie to, co nowa generacja nanopaskudztwa z nami zrobila, na pewno zdobedzie sie na odwage i zrobi sobie zastrzyk. Dylan, sadzisz, ze to dobry pomysl?
– Nie.
– A ty, Jilly? Sadzisz, ze to dobry pomysl?
– Do diabla, nie – odrzekla. – Na pewno nie jest z lepszej gliny. Bedzie tak samo jak z Manuelem.
– Niewdzieczna dziwka – powiedzial Proctor.
Dylan zrobil krok w jego strone, szykujac sie do zadania mu ciosu, lecz Jilly chwycila go za koszule na piersi.
– Mnie nazwal gorzej.
– Macie jakis pomysl, co z nim zrobic? – zapytal Lantern. – Lepiej nie oddawac go w rece policji -rzekla Jilly.
– Ani wspolnikow – dodal Dylan. – Ciasto.
– Twoj upor jest godny podziwu, chlopcze. Ale najpierw musimy sie zajac nim, a potem zjemy ciasto.
– Lod – powiedzial Shep i zlozyl tu w tam.
48
Byc moze wtedy w kuchni domu na samotnym wybrzezu, na polnoc od Santa Barbara, zagladajac do lodowki, Shep wcale nie wyrazal ochoty na zimny napoj, ale przewidzial okolicznosci ich ostatniego spotkania z Lincolnem Proctorem. Istotnie, Jilly przypomniala sobie, ze Shep nie lubi lodu w napojach.
„Gdzie jest lod?' – pytal, probujac zidentyfikowac krajobraz, ktory ujrzal w swej proroczej wizji.
„Na biegunie polnocnym jest duzo lodu' – odpowiedziala mu Jilly.
I rzeczywiscie.
Pod niskim niebem przypominajacym pokrywke zelaznego czajnika, od horyzontu po horyzont rozciagaly sie posepne biale rowniny, niknac w polzmierzchu i szarej mgle. Jedyne wzniesienia stanowily poszarpane grzbiety zwalow lodu oraz lodowe plyty – niektore wielkosci trumien, inne wieksze od calych domow pogrzebowych – ktore odlamaly sie od czapy lodowej i staly pionowo niczym cmentarne nagrobki na innej planecie. „Zimno' – mowil Shepherd. i mial racje.
Nie byli odpowiednio ubrani na wycieczke na czubek swiata i mimo ze slynne polarne wiatry poszly spac, przenikliwie powietrze kasalo ich, jakby dostalo wilczych zebow. Szok spowodowany nagla zmiana temperatury wprawil serce Jilly w bolesne, nierytmiczne kolatanie, a ona omal nie osunela sie na kolana.
Parish Lantern wygladal na oszolomionego magiczna podroza znad jeziora Tahoe wprost do nieprzyjaznej krainy nieszczesliwych przygod i bozonarodzeniowych legend, ale przystosowal sie do sytuacji z wyjatkowa pewnoscia siebie.
– Robi wrazenie.
Tylko Proctor rzucal sie w panice, krecac sie w kolko i wymachujac ramionami, jakby lodowa panorama byla iluzja, ktora mozna zerwac i odslonic ukryty pod spodem zielony krajobraz jeziora Tahoe. Moze probowal nawet krzyczec, lecz przerazliwe zimno odebralo mu glos, zmieniajac go w piskliwe rzezenie.
– Shepherd – powiedziala Jilly, stwierdzajac, ze od zimnego powietrza pali ja w gardle i boli w plucach.
– Dlaczego tu?
– Ciasto – odparl Shepherd.
Paralizujacy ziab wolno zmienial panike Proctora w stan odretwialej dezorientacji, a Parish Lantern przyciagnal do siebie Dylana, Jilly i Shepa i wszyscy przytulili sie do siebie, ogrzewajac sie nawzajem cieplem cial i parujacych oddechow.
– Zabojczy mroz. Dlugo tu nie wytrzymamy. – Dlaczego tutaj? – spytal Shepa Dylan.
– Ciasto.
– Chyba chlopiec chce zostawic tu tego lajdaka, a potem wrocic na ciasto.
– Nie mozemy – rzekl Dylan. – Mozemy – powiedzial Shep. – Nie – odezwala sie Jilly. – Tego nie nalezy robic.
Lantern nie wyrazil zdziwienia, slyszac jej slowa i Jilly domyslila sie, ze on tez zna ten wywolany przez nanomaszyny przymus, aby zawsze robic tylko to, co nalezy. Jego autorytatywny zwykle glos drzal teraz z zimna.
– Ale gdybysmy to zrobili, rozwiazalibysmy wiele spraw. Policja nie znalazlaby ciala.
– Nie byloby ryzyka, ze przyprowadzi do nas swoich wspolnikow – powiedziala Jilly.
– Nie mialby okazji zaaplikowac sobie zastrzyku – dodal Dylan.
– I nie cierpialby dlugo – argumentowal Lantern. – W ciagu dziesieciu minut zdretwialby z zimna i przestal odczuwac bol. To niemal akt milosierdzia.
Zaniepokojona Jilly wyczula jezykiem, ze jej zeby pokryly sie warstewka lodu.
– Ale gdybysmy to zrobili – powiedziala – dreczylibysmy sie tym przez dlugi czas, bo to nie jest rzecz, ktora nalezy zrobic. – Jest – odezwal sie Shep.
– Nie. – Jest.
– Bracie – rzekl Dylan. – Naprawde nie. – Zimno.
– Zabierz nas z powrotem nad Tahoe. – Ciasto.
Proctor chwycil Jilly za wlosy, szarpnal, odciagnal od towarzyszy i zacisnal ramie wokol jej szyi.
Wczepila sie palcami w jego reke, drapiac ja, i zdala sobie sprawe, ze dran bedzie zaciskal morderczy uchwyt, dopoki ona nie straci tchu i nie zemdleje. Musiala sie uwolnic od Proctora i to jak najpredzej, co oznaczalo koniecznosc zlozenia.
Miala swiezo w pamieci swoje niedawne wpadki w kosciele. Gdyby rzad wydawal tymczasowe zezwolenia dla adeptow skladania, Jilly musialaby sie o takie wystarac. Nie chciala skladac sie z chwytu Proctora, by potem stwierdzic, ze zapomniala glowy, ale gdy zamglil sie jej wzrok i w oczy zaczely zasnuwac sie ciemnoscia, przeniosla sie „stadtam', a „tam' oznaczalo miejsce kilka stop za plecami Proctora.
Stajac za nim z glowa na swoim miejscu, Jilly znalazla sie w idealnej pozycji, by kopnac Proctora w tylek, na co miala ochote od chwili, gdy poprzedniego wieczoru w motelu zamroczyl ja chloroformem.
Zanim jednak Jilly zdazyla wymierzyc mu saznistego kopniaka, Dylan zaatakowal naukowca cialem. Proctor posliznal sie i upadl, walac glowa w lod. Zwijajac sie w klebek i dygoczac z zimna, rzezacym glosem blagal ich o litosc, jak zwykle belkoczac, ze jest slabym, zlym i podlym czlowiekiem.
Choc odzyskala juz ostrosc wzroku, arktyczny ziab szczypal ja w oczy, wyciskajac z nich lzy, ktore zamarzaly na rzesach.
– Skarbie – powiedziala do Shepherda. – Musimy sie stad wydostac. Zabierz nas z powrotem nad Tahoe.
Powloczac nogami, Shep podszedl do Proctora, przycupnal przy nim – i obaj sie zlozyli.
– Bracie! – krzyknal Dylan, jak gdyby w ten sposob mogl sprowadzic go z powrotem.
Okrzyk nie odbil sie echem od lodowego krajobrazu, ale utonal w bieli jak w miekkiej poduszce.
– Teraz zaczynam sie naprawde niepokoic – powiedzial Parish Lantern, tupiac energicznie, aby pobudzic krazenie, zabijajac rece i rozgladajac sie po czapie lodowej, jak gdyby krylo sie tu wiecej niebezpieczenstw niz w rzeczywistosci alternatywnej zamieszkiwanej przez pijawki mozgowe.