takim stanie, polecilem mojemu sluzacemu, Lingowi, by kupil wam wszystkim nowe ubrania, odpowiadajace – jak mniemam – waszym gustom. Nie lada sztuka bylo zdobycie w tak krotkim czasie T -shirtow z kojotem. Ling musial w srode leciec do Los Angeles gdzie w sklepie pamiatkowym Warner Brothers udalo mu sie kupic tuzin takich koszulek w rozmiarze Shepherda.
– W srode? – powtorzyl Dylan, ktorego mine mozna bylo okreslic jako zbaraniala.
– Poznalam Dylana i Shepherda dopiero wczoraj – powie dziala Jilly. – W piatek wieczorem. Niecale osiemnascie godzin temu.
Kiwajac z usmiechem glowa, Lantern rzekl:
– I pewnie bylo to bardzo ekscytujace osiemnascie godzin prawda? Bedziecie mi musieli opowiedziec. Ale wszystko po kolei – Ciasto – powiedzial Shep.
– Tak – zapewnil go Lantern – mam dla ciebie ciasto, Shepherd. Ale wszystko po kolei.
– Ciasto.
– Jestes bardzo zdecydowanym mlodym czlowiekiem, prawda? – zauwazyl Lantern. – To dobrze, podoba mi sie zdecydowanie.
– Ciasto.
– Wielkie nieba, chlopcze, mozna by podejrzewac, ze twoj mozg opanowala uwielbiajaca ciasto pijawka mozgowa z rzeczywistosci alternatywnej. Gdyby oczywiscie istnialo cos takiego jak pijawki mozgowe z rzeczywistosci alternatywnej.
– Nigdy w to nie wierzylam – zapewnila go Jilly.
– Ale miliony wierza, moja droga – odrzekl Lantern.
– Ciasto.
– Dostaniesz wielki kwadratowy kawalek ciasta – obiecal Shepowi Lantern. – Za jakis czas. Ale wszystko po kolei. Chodzcie ze mna, prosze.
Gdy wszyscy troje opuscili hall, podazajac za autorem radiowego talk-show przez biblioteke, w ktorej bylo wiecej ksiazek niz w niejednej bibliotece malego miasta, Dylan zapytal Jilly: – Wiedzialas o tym`?
Zdumiona pytaniem, odparla: – Skad mialabym wiedziec?
– No, jestes przeciez fanka Parisha Lanterna. Wielka Stopa, teorie o spisku istot pozaziemskich i tak dalej.
– Watpie, zeby Wielka Stopa mial z tym cokolwiek wspolnego. Nie jestem tez spiskowcem z kosmosu.
– Tak wlasnie powiedzialby spiskowiec z kosmosu.
– Na litosc boska, nie jestem spiskowcem z kosmosu. Jestem komikiem wystepujacym solo.
– Jedno nie wyklucza drugiego – odrzekl. – Ciasto – powtorzyl z uporem Shep.
Na koncu biblioteki Lantern zatrzymal sie i odwrocil do nich.
– U mnie nie macie cie czego bac.
– Nie, nie – wyjasnil Dylan. – Wyglupiamy sie tylko. To taki nasz prywatny zart z czegos, co zdarzylo sie dawno temu.
– Prawie osiemnascie godzin – dodala Jilly.
– Caly czas pamietajcie – powiedzial Lantern tajemniczo, lecz z dobrotliwoscia kochajacego wujka – ze bez wzgledu na to, co sie stanie, nie macie sie czego bac.
– Ciasto.
– W swoim czasie, chlopcze.
Lantern zaprowadzil ich z biblioteki do ogromnego salonu, ktory byl umeblowany wspolczesnymi kanapami i fotelami obitymi bladozlotym jedwabiem oraz ozdobiony eklektyczna, lecz calkiem ladna mieszanka przedmiotow w stylu art deco i chinskich antykow.
Przez poludniowa sciane, skladajaca sie niemal w calosci z szesciu ogromnych okien, roztaczala sie wspaniala panorama na kolorowe jezioro widoczne miedzy galezmi dwoch gigantycznych sosen cukrowych.
Pejzaz byl tak malowniczy, ze Jilly wykrzyknela spontanicznie: – Cudowne!
Dopiero po chwili zorientowala sie, ze w pokoju stoi Lincoln Proctor, czekajac na nich z pistoletem w dloni.
47
Lincoln Proctor, jakiego ujrzeli, nie byl zweglonym kawalem miesa i kosci, choc Dylan z ochota doprowadzilby go takiego stanu, gdyby mial okazje. Nie przypalil mu sie ani jeden wlos i nie pozostala na nim najmniejsza drobina popiolu, ktore moglyby swiadczyc o tym, ze spalil sie w cadillacu Jilly. Nie zmienil sie nawet senny usmieszek na jego twarzy. – Usiadzcie – rzekl Proctor. – Porozmawiamy o tym.
Jilly odpowiedziala mu bardzo brzydko, a Dylan dorzucil do jej sugestii jeszcze brzydsze slowa.
– Tak, macie powody mnie nienawidzic – powiedzial ze skrucha Proctor. – Wyrzadzilem wam okropne, niewybaczalne krzywdy. Nie bede probowal sie usprawiedliwiac. Ale ta sprawa laczy nas wszystkich.
– Nic nas z toba nie laczy – wybuchnal Dylan. – Nie jestesmy twoimi przyjaciolmi ani wspolnikami, ani nawet krolikami doswiadczalnymi. Jestesmy twoimi ofiarami i wrogami. Przy najblizszej okazji wyprujemy ci flaki.
– Napijecie sie czegos? – spytal Parish Lantern.
– Jestem wam winien przynajmniej wyjasnienie – rzekl Proctor. – I jestem pewien, ze kiedy mnie wysluchacie, zrozumiecie, ze ze wzgledu na wspolny interes musimy zostac sojusznikami, nawet jesli to mialoby byc trudne.
– Koktajl, brandy, piwo, wino, moze cos bez alkoholu?
– Kto spalil sie w moim samochodzie? – spytala ostro Jilly. – Pewien pechowy gosc motelu, ktory wszedl mi w droge – powiedzial Proctor. – Byl mniej wiecej mojego wzrostu. Zabilem
go, podrzucilem moje dokumenty, zegarek, pare innych rzeczy. Od tygodnia, kiedy zaczalem uciekac, nosilem ze soba bombe walizkowa – maly ladunek wybuchowy i napalm – wlasnie w tym celu. Zdetonowalem ja pilotem.
– Skoro nikt nie ma ochoty na drinka – odezwal sie Lantern – usiade i dokoncze swoj.
Podszedl do fotela, z ktorego widzial ich wszystkich, usiadl i z niskiego stolika podniosl kieliszek bialego wina.
Reszta wciaz stala.
– Sekcja wykaze, ze ten biedny sukinsyn to nie ty – powiedziala do Proctora Jilly.
Wzruszyl ramionami.
– Oczywiscie. Ale gdy otoczyli mnie dzentelmeni w czarnych chevroletach, wielki wybuch odwrocil ich uwage, prawda? Dzieki temu zyskalem kilka godzin, moglem sie wymknac. Och, wiem, to podle, poswiecic zycie niewinnego czlowieka, zeby kupic sobie kilka godzin czy dni, ale robilem juz w zyciu gorsze rzeczy. Zdarzalo sie…
Przerywajac mu te nuzaca litanie samooskarzenia, Jilly zapytala:
– A kim w ogole sa ci faceci w chevroletach?
– To najemnicy. Czesc z rosyjskiego Specnazu, czesc to czlonkowie amerykanskiej Delta Force, ktorzy zeszli na zla droge, wszyscy byli kiedys w oddzialach specjalnych w tym czy innym kraju. Wynajmuja sie tam, gdzie lepiej placa.
– Dla kogo teraz pracuja?
– Dla moich wspolnikow – odparl Proctor. Parish Lantern odezwal sie ze swojego fotela:
– Kiedy im tak zalezy na czlowieku, ze tworza cala armie, by go zabic, to spore osiagniecie.
– Moi wspolnicy to wyjatkowo majetne osoby, miliarderzy, ktorzy kontroluja kilka najwiekszych bankow i korporacji. Kiedy zaczalem odnosic pewne sukcesy w eksperymentach, moi wspolnicy nagle zorientowali sie, ze ich fortuny i majatek ich firm moga byc zagrozone w obliczu niekonczacych sie pozwow o odszkodowania, ze beda musieli przeznaczyc miliardy na ugody, gdyby… cos poszlo nie tak. Przy takich odszkodowaniach miliardy wyciskane z przemyslu tytoniowego beda smiesznie mala suma. Chcieli wszystko pozamykac, zniszczyc owoce moich badan.
– Gdyby cos poszlo nie tak? – spytal Dylan.
– Daruj sobie liste tych okropnosci, ktora mi wyliczales. Powiedz im tylko o Manuelu-poradzil Lantern.