– To byl gruby wsciekly socjopata – powiedzial Proctor. – W ogole nie powinienem go przyjmowac jako kandydata do eksperymentu. W ciagu kilku godzin od zastrzyku rozwinal w sobie umiejetnosc wzniecania ognia sila woli. Niestety za bardzo mu sie spodobalo palenie roznych rzeczy. Rzeczy i ludzi. Zanim go unieszkodliwiono, zdazyl narobic mnostwo szkod.
Dylanowi zrobilo sie slabo. Zrobil krok w kierunku fotela, ale przypomnial sobie matke i nie usiadl.
– Skad na litosc boska brales kandydatow do takich eksperymentow? – spytala Jilly.
Kacik jego ust uniosl sie w sennym usmieszku. – Ochotnicy.
– Co za idiota zglosilby sie na ochotnika, zeby mu naszprycowac mozg nanomaszynami?
– Widze, ze udalo wam sie zebrac nieco informacji. Nie wiecie jednak, ze rozpoczelismy badania na ludziach w pewnym osrodku w Meksyku. Nadal bardzo latwo przekupic tam urzednikow.
– Wychodzi taniej niz naszych najlepszych senatorow – dorzucil cierpko Latern.
Proctor usiadl na brzegu fotela, ale wciaz trzymal wycelowany w nich pistolet. Wygladal na zupelnie wyczerpanego. Musial przyjechac tu wczoraj prosto z Arizony i mial niewiele czasu na odpoczynek lub wcale go nie mial. Jego zwykle rozowa twarz byla szara i zmieta.
– Zglaszali sie skazancy z dozywociem. Najgorsi z najgorszych. Gdybyscie mieli spedzic reszte zycia w smierdzacym meksykanskim wiezieniu, ale dostalibyscie szanse zarobienia na luksusy albo nawet skrocenia wyroku, zglosilibyscie sie do wszystkiego. To byli zatwardziali przestepcy, ale to, co im zrobilem, bylo nieludzkie…
– Bardzo, bardzo podle – powiedzial Lantern tonem matki strofujacej niegrzeczne dziecko.
– Owszem. Przyznaje. To bylo podle. Bylem…
– Czyli -przerwal mu zniecierpliwiony Dylan-kiedy iloraz inteligencji niektorych wiezniow spadl o szescdziesiat punktow, twoich wspolnikow zaczely dreczyc koszmary o hordach adwokatow jak stada karaluchow.
– Nie. Nie przejmowalismy sie tymi, ktorzy stracili sprawnosc intelektualna albo w jakis inny sposob dokonali autodestrukcji. Urzednicy wiezienni wpisywali im nieprawdziwe informacje do aktow zgonu i nikt nie mogl ich skojarzyc z nami.
– Jeszcze jedna bardzo podla rzecz – rzekl Lantern, cmokajac z dezaprobata. – Podlym rzeczom nie ma konca.
– Gdyby jednak ktos taki jak Manuel, nasz podpalacz, znalazl sie na wolnosci, ogniem utorowal sobie droge przez kontrole graniczna, dostal sie do San Diego i zaczal tam szalec, palac w miescie dom za domem, zabijajac setki ludzi… wtedy byc moze nie moglibysmy sie od niego zdystansowac. Moze powiedzialby komus o nas. Wtedy… czekalyby nas pozwy o odszkodowania do konca wieku.
– Wysmienite chardonnay – oswiadczyl Lantern – jesli ktos chcialby zmienic zdanie. Nie? Wobec tego zostanie wiecej dla mnie. A teraz zblizamy sie do smutnej czesci tej opowiesci. Smutnej i frustrujacej. Rewelacji niemal tragicznej. Powiedz im o tym, Lincoln.
Irytujacy usmieszek Proctora pojawial sie i bladl. Teraz zniknal.
– Zanim zamkneli moje laboratoria i zaczeli probowac sie mnie pozbyc, opracowalem nowa generacje nanobotow.
– Nowa i udoskonalona – dodal Lantern. – Jak nowy rodzaj coca-coli albo nowy kolor w palecie czekoladek M &M. – Owszem, znacznie udoskonalona – przytaknal Proctor, albo nie wyczuwajac sarkazmu gospodarza, albo postanawiajac go zignorowac. – Usunalem defekty. Dowodem na to jestes ty, Dylan i panna Jackson. Ty takze, Shepherd, prawda? Shep stal ze spuszczona glowa i milczal.
– Musicie mi opowiedziec wszystko o skutkach, jakie wywolal u was moj wynalazek – rzekl Lincoln Proctor, znow przywolujac na twarz swoj usmieszek. – Tym razem jakosc osob poddanych eksperymentowi jest taka, jaka powinna byc zawsze. Jestescie z o wiele lepszej gliny. Praca z osobowoscia kryminalistow byla skazana na katastrofe. Powinienem o tym wiedziec od poczatku. Moja wina. I moja glupota. Ale jak to bylo z wami, jakiego rodzaju udoskonalenia nastapily? Nie moge sie doczekac, aby o tym posluchac. Jaki byl efekt?
Zamiast odpowiedziec Proctorowi, Jilly zwrocila sie do Parisha Lanterna:
– A jaka jest twoja rola? Byles jednym z inwestorow?
– Nie jestem ani miliarderem, ani idiota-zapewnil ja Lantern. – Kilka razy wystapil w moim programie, bo uwazalem go za zabawnego stuknietego egocentryka.
Usmiech Proctora stezal. Gdyby spojrzenia mogly ciskac
plomienie, Proctor zmienilby Parisha Lanterna w garsc popiolu, tak jak Manuel czynil podobno z innymi.
– Nigdy nie bylem dla niego nieuprzejmy – ciagnal Lantern. – Nie dawalem mu do zrozumienia, co naprawde mysle o szalonym pomysle wymuszonej ewolucji ludzkiego mozgu. To nie w moim stylu. Jesli gosc jest geniuszem, pozwalam, aby sam zdobywal przyjaciol i wywieral wplyw na ludzi, a jezeli jest szalencem, ciesze sie, ze moze robic z siebie durnia bez mojego udzialu.
Slyszac te zniewage, Proctor zarumienil sie, jednak mimo to nie wygladal wcale zdrowiej. Podniosl sie z fotela i zamiast w Dylana, wymierzyl pistolet w Lanterna.
– Zawsze uwazalem cie za czlowieka, ktory ma wizje. Dlatego z moja nowa generacja przyszedlem najpierw do ciebie. I tak mi odplacasz?
Parish Lantern wychylil z kieliszka resztke wina, posmakowal i przelknal. Nie zwracajac uwagi na Proctora, zwrocil sie do Dylana i Jilly:
– Nigdy przedtem nie spotkalem naszego poczciwego doktora osobiscie. Zawsze rozmawialem z nim na zywo przez telefon. Piec dni temu stanal na moim progu, a ja bylem zbyt uprzejmy, zeby kopniakiem wyrzucic go na ulice. Powiedzial, ze chce ze mna porozmawiac o czyms bardzo waznym, co bede mogl wykorzystac w programie. Uprzejmie zaprosilem go do gabinetu, a on odplacil mi za grzecznosc chloroformem i potworna… konska strzykawka.
– Tez to znamy – powiedzial Dylan.
Odstawiajac pusty kieliszek, Lantern wstal z fotela.
– Potem wyszedl, zostawiajac mi na pozegnanie ostrzezenie, ze jego wspolnicy, przerazeni perspektywa procesow, sa zdecydowani go zabic, a takze kazdego, komu zrobi zastrzyk, wiec lepiej bedzie, jesli nie zglosze tego na policji. W ciagu paru godzin przeszedlem przerazajace zmiany. Pierwszym przeklenstwem byla prekognicja.
– My tez nazywamy to przeklenstwem – rzekla Jilly.
– Juz w srode zaczalem przewidywac niektore z dzisiejszych wydarzen. Dowiedzialem sie, ze nasz Frankenstein wroci, zeby zobaczyc, jak sie czuje, i bedzie oczekiwal pochwal i podziekowan. Ten skonczony duren spodziewal sie, ze bede mu wdzieczny, przyjme go jak bohatera i udziele schronienia.
Bladoniebieskie oczy Proctora spogladaly twardo i zimno jak tamtego wieczoru w 1992 roku, gdy zabil matke Dylana.
– Mam mnostwo wad, bardzo powaznych wad. Ale nigdy bez potrzeby nie obrazam ludzi, ktorzy maja wobec mnie dobre zamiary. Nie rozumiem twojej postawy.
– Kiedy mu powiedzialem, ze przewiduje wasza wizyte jeszcze tego samego dnia – ciagnal Lantern – strasznie sie podniecil. Spodziewal sie, ze wszyscy bedziemy przed nim kleczec i calowac go w pierscien.
– Wiedziales, ze tu przyjdziemy, zanim dopadl nas w Arizonie i zrobil nam zastrzyk – zdumiala sie Jilly.
– Tak, mimo ze z poczatku nie wiedzialem, kim jestescie. Nie potrafie wam za dobrze wyjasnic, jak to mozliwe – przyznal Lantern. – Ale we wszystkim istnieje pewna harmonia…
– Cala zupelnosc wszystkiego – powiedziala Jilly. Parish Lantern uniosl brwi.
– Tak. Mozna to tak nazwac. Sa rzeczy, ktore moga sie wydarzyc, rzeczy, ktore musza sie wydarzyc, i czujac cala zupelnosc wszystkiego, mozna poznac przynajmniej mala czesc tego, co sie stanie. Oczywiscie, jezeli jest sie dotknietym przeklenstwem takiej wizji.
– Ciasto – powiedzial Shepherd.
– Juz niedlugo, chlopcze. Po pierwsze, musimy postanowic, co zrobimy z tym cuchnacym workiem gowna.
– Kupka, kaka, lajno.
– Tak, chlopcze – potwierdzil ekspert od zmian polozenia biegunow planetarnych i spiskow kosmitow. – Tego rowniez. – Ruszyl w kierunku Lincolna Proctora.
Naukowiec nagle dzgnal lufa powietrze, podnoszac bron. – Nie zblizaj sie do mnie.
– Powiedzialem ci, ze moje nowe umiejetnosci to tylko zdolnosc prekognicji – rzekl Lantern, idac przez salon w strone Proctora. – Ale sklamalem.