Загрузка...

Jerzy Pilch

Pod mocnym aniolem

Ewie – Ewelinie

1. Zolta sukienka.

Zanim pojawili sie w moim mieszkaniu mafiosi w towarzystwie sniadolicej poetki Alberty Lulaj, zanim wyrwali mnie z pijackiego snu i zanim jeli sie domagac – wpierw obludnymi prosbami, potem bezpardonowymi pogrozkami – bym ulatwil druk wierszy Alberty Lulaj na lamach “Tygodnika Powszechnego”, zanim nastapily burzliwe wydarzenia, o ktorych pragne opowiedziec, byla wigilia wydarzen, byl zaranek i byl wieczor dnia poprzedzajacego, i ja od zaranka do wieczora dnia poprzedzajacego popijalem brzoskwiniowke. Tak jest, pilem brzoskwiniowke, zwierzeco tesknilem za ostatnia, przedsmiertna miloscia i po uszy tkwilem w zyciu rozpustnym.

Jeszcze przed poludniem nic sie nie dzialo, panowala powsciagliwosc, a nawet umiarkowana asceza. Przed poludniem wylegiwalem sie na kozetce, czytalem gazety i sluchalem plyty z nagraniami czeskiego saksofonisty tenorowego Feliksa Slovacka. Kolo poludnia wszakze z calego szeregu melodii wykonywanych przez Slovacka do swiadomosci mojej jal docierac jeden tylko kawalek, byla to kompozycja Karela Svobody pt. Where've you got your nest, little bird? Sluchalem i kombinowalem, jak to brzmi w czeskim oryginale: “Kde je tvoje hnizdo, ptacatko?”, a moze “Kde je tvoje hnizdo, ptacku?” Nie bylem jednak w stanie rozstrzygnac, ktore ze zdrobnien: slabsze – ptacku, czy silniejsze – ptacatko, brzmi lepiej i adekwatnie, totez w poczuciu lingwistycznej bezradnosci (choc dalej w zachwycie) raz po raz wstawalem z kozetki, podchodzilem do adapteru i puszczalem wkolo ten poruszajacy mnie do glebi utwor.

Byl piekny lipcowy dzien, z dwunastego pietra wyraznie widzialem krawedzie otaczajacych miasto wzgorz, dalej rowniny, pola, slupy trakcyjne, tory kolejowe, toczaca jasne wody rzeka ukojenia, gory na horyzoncie, Wisla jak bialy kamyk na dnie iglastej doliny, gospoda “Piast” i pachnacy jak pierwszy pokos ogrod przy gospodzie, roje pszczol i motyli nad kuflami piwa. Posiwialy wilczur doktora Swobodziczki chlepcze swoj deputat z blaszanego garnka – doktor od roku nie zyje, ale pies, wierny nawykowi, codziennie zachodzi do gospody, ci, co jeszcze zyja, napelniaja jego garnek beczkowym Zywcem sprawiedliwie odlewanym z kufli.

Widzialem wszystko wyraznie, jakbym tam byl, i tu, gdzie bylem, tez wszystko widzialem: okna w domach byly otwarte, pojedyncze samochody o starozytnie oplywowych ksztaltach sunely ulicami, pod bankomatem stala kobieta w zoltej sukience na ramiaczkach. Z wysokosci wydala mi sie madra i piekna. Nagle nabralem pewnosci, ze to ona jest ostatnia miloscia mego zycia. Byla to pewnosc wszechogarniajaca, nie tylko moja pijana czesc, ale i moja trzezwa czesc, a takze wszystkie niesprecyzowane, wszystkie niedocieczone pod wzgledem trzezwosci czesci duszy mojej zdawaly sie miec pewnosc. Natychmiast powinienem sie blyskawicznie ubrac, skropic woda kolonska i nie czekajac na winde zbiec na dol i ruszyc jej tropem. Przez chwile calkiem na serio wahalem sie, czy tak nie postapic, ale bankomat, bankomat przekreslal te milosc. Gdybym istotnie zbiegl na dol i ruszyl jej tropem, dzialalbym tak, jak zawsze dzialalem: szedlbym za nia sprezystym i nieublaganym krokiem seryjnego mordercy, szedlbym za nia przebiegle i wytrwale, szedlbym tak dlugo, az by mnie dostrzegla, az by nabrala pelnej poplochu pewnosci, ze ktos nieustepliwie podaza jej sladem. Potem jeszcze przez chwile, juz przez nia widziany i zauwazony, dalej z desperacja zdemaskowanego zloczyncy kontynuowalbym uliczna pogon, az do chwili, gdy jej niepokoj, lek i zaciekawienie zaczelyby sie laczyc w wybuchowa substancje… Wowczas – nie dopuszczajac do eksplozji – przyspieszylbym zdecydowanie i zrownawszy sie z nia, sklonilbym sie szarmancko i rzeklbym samczo obnizonym glosem:

– Najmocniej pania przepraszam, najmocniej przepraszam, ale tak dlugo (tu moj samczo obnizony glos zalamalby sie, niby z niesmialosci), ale tak dlugo, juz tak dlugo ide pani sladem, ze postanowilem sie do tego przyznac.

Wtedy ona niezawodnie wybuchnelaby perlistym smiechem, w ktorym sucza sytosc laczylaby sie z ulga, ze ten, co ja sciga, nie jest okrutnym zboczencem, co sciga ja dla zaspokojenia zadzy, ale wytrawnym koneserem, co sciga ja dla piekna.

– Z jakiegoz to powodu, ach, z jakiegoz to powodu tak pan za mna pedzi? – Zapytalaby usmiechajac sie uroczo, choc slychac by bylo jeszcze w jej glosie nerwowe echa.

– Doprawdy, doprawdy, czyz to tak trudno zrozumiec? – Odparlbym ze swada i z wielkim wigorem jalbym do niej mowic, i gadanie moje byloby jak obezwladniajacy sila rytmu i metafor poemat milosny, spiewalbym dla niej piesn przekonujaca i juz po paru zwrotkach w pelni przekonana, gotowa, ulegla, smiertelnie zakochana, juz moja, moja na zawsze, wiodlbym ja jasna sciezka naszego wspolnego zywota.

Ale, niestety, nie moglem tak postapic, nie moglem w danym momencie zastosowac klasycznego zestawu chwytow. Jakze isc krok w krok za kobieta, ktora przed chwila podjela gotowke z bankomatu? Jak potem wytlumaczyc wezwanym przez nia policjantom, ze nie bandycka zadza grosza, ale milosc od pierwszego wejrzenia kierowala moimi poczynaniami? Szkoda gadac, szkoda probowac, machnalem reka, skapitulowalem i smetnie spogladalem z dwunastego pietra, jak kobieta, ktora powinna zostac moja zona i matka moich dzieci – odchodzi. Z wielkim zalem sledzilem, jak ostatnia milosc mojego zycia odchodzi od bankomatu, jeszcze kawalek idzie Jana Pawla i na zawsze, na zawsze skreca w Panska. Kolejny raz w dziejach wielkie uczucie przegrywalo z pieniedzmi. Nagle ogarnela mnie potworna zlosc, bylem zly na bankomaty, ktorych jeszcze pare lat temu nie bylo. Ogarnela mnie furia, przypomnialem sobie o upadku muru berlinskiego i bylem przeciwko upadkowi muru berlinskiego, wszyscy entuzjasci rozbijajacy murarskimi mlotami mur berlinski zabierali mi brunetke w zoltej sukience, i bylem przeciwko “Solidarnosci”, bo “Solidarnosc” zabierala mi brunetke w zoltej sukience, i Lech Walesa zabieral mi brunetke w zoltej sukience, i Jan Pawel II wolajacy: zstap, Duchu Swiety, zabieral mi brunetke w zoltej sukience, i zstepujacy i odmieniajacy oblicze ziemi Duch Swiety zabieral mi brunetke w zoltej sukience. Boze moj, Duchu Swiety – pomyslalem – gdyby wszystko bylo po staremu, gdyby komunizm nie upadl, gdyby nie bylo wolnego rynku, gdyby w tej czesci Europy, w ktorej sie urodzilem, nie nastapily rozliczne przemiany, nie byloby tu teraz bankomatow, a jakby nie bylo bankomatow, wszystko pomiedzy mna a ciemnowlosa pieknoscia w zoltej sukience ulozyloby sie jak trzeba.

Nikt wszakze, nawet Duch Swiety, nie zawroci biegu dziejow, nikt i nic nie zawroci brunetki dochodzacej juz najpewniej do rogu Panskiej i Zelaznej – pozostaje cierpienie, bol i gorycz rozstania ze smaglym cialem spowitym w zolta sukienke. Ale przeciez nie moglem nie zauwazyc: bol i gorycz rozstania wzmagaly dookolne piekno. Dalej dotkliwie i rzewnie, a nawet jeszcze dotkliwiej i jeszcze rzewniej brzmial saksofon tenorowy Feliksa Slovacka. Unioslem wzrok, tramwaj jechal przez trawy tak wysokie, ze skrylby sie w nich wierzchowiec razem z jezdzcem, blizej w imponujacych biurowcach otaczajacych rondo ONZ dwaj umundurowani straznicy szli od pomieszczenia do pomieszczenia, zapalali i gasili swiatla, spogladali na mnie przez weneckie szyby, ponad dachami i ponad antenami sunal jasny oblok, byl wielki dzien w srodku lata. Byl dzien, na jaki czeka sie caly rok, a moze caly szereg lat, byl dzien, w ktorym czlowiek w kazdej chwili moze przestac pic.

Odwrocilem sie od okna i spojrzalem na wypelniony dzwiekami saksofonu pokoj, w stojacej na stole butelce bylo jeszcze wiele brzoskwiniowki, zblizylem sie, nalalem, wypilem i doznalem iluminacji. Boze moj, ale jakiej ja doznalem iluminacji, jakze pasujacej do wyjatkowosci dnia! Trzewia moje rozblysly rownym i przyjaznym swiatlem, mysli moje natychmiast przekladaly sie na kunsztowne frazy, gesty moje byly niezawodne. Bralem prysznic, mylem glowe, ubieralem sie, skrapialem woda kolonska i nie czekajac na winde zbiegalem na dol i ruszalem tropem pieknej i madrej brunetki w zoltej sukience na ramiaczkach. Bylem gotow przemierzac Panska, Zelazna, Zlota, Sienna, wszystkie ulice, bylem gotow przetrzasnac cale miasto, zagladac do wszystkich bram, dzwonic do wszystkich mieszkan – wiedzialem, ze ja znajde. Wiedzialem, ze ja znajde na ziemi – nie w niebie, za

Вы читаете Pod mocnym aniolem
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату