Odwrocil sie i spojrzal na pozostawiony za plecami Hogwart. Cicho sypiacy snieg bezszelestnie zasypywal jego slady. W oddali widzial plonace w niektorych oknach swiatla. Plonely rowniez we wschodniej wiezy. Wiezy Gryffindoru.
Nigdy wiecej juz go nie zobaczy.
To ostatnie pol roku, ktore z nim spedzil... bylo jak powiew wolnosci wsrod murow, ktore przez cale zycie byly dla niego wiezieniem. Przypominalo... szczescie. Gdyby Severus wiedzial, jak ono smakuje...
Na jego ustach pojawil sie pelen goryczy grymas. Niewielki, tlacy sie resztkami sil blask w jego oczach zgasl calkowicie.
Jakiz sie zrobiles sentymentalny...
Nie pozostalo juz nic. Nic oprocz ciemnosci.
Ale to wlasnie ona byla jego domena. Wkroczy w nia z taka sama duma, z jaka nosil ja przez cale zycie. Tylko, ze tym razem... juz z niej nie wroci.
Ale to przynajmniej jego wlasny wybor. Nie Czarnego Pana, nie Dumbledore'a, nie jakiegos przypadkowego scierwa. Jego. Tylko jego.
Przynajmniej tyle kontroli nad swym zyciem mogl zachowac...
Oderwal spojrzenie od swiatel wiezy i powoli odwrocil sie w strone rozciagajacego sie przed nim mroku.
Juz czas.
Przymknal powieki i... aportowal sie.
***
Juz pierwsza klatwa zwalila go z nog. Przetoczyla sie przez jego cialo niczym chlasniecie batem, porazajac wszystkie nerwy. Druga byla jeszcze gorsza. Nie slyszal niczego, poza wlasnym krzykiem. Nie dostrzegal niczego, poza rozblyskujaca potwornym bolem ciemnoscia. Jego rzucane drgawkami cialo trawila goraczka, jakby zywcem wyrywano z niego wnetrznosci i wbijano szpile, ktore siegaly az do kosci i przebijaly je na wylot. Czul swad spalonej skory. Wlasnej skory.
Jego umysl skamlal, niezdolny do jakiejkolwiek obrony. Ale Czarny Pan nie probowal go przeszukiwac. Pragnal go po prostu unicestwic. Jego gniew nie znal granic. Kasal i uderzal, dusil i rozrywal. Skore, cialo, zmysly. Dusze.
Klatwa za klatwa. Klatwa za klatwa.
Ale Severus ich nie slyszal. Nie widzial. Lezal na dnie otchlani, zywcem rozszarpywany przez zyjace w niej stworzenia, i tylko gdzies u samej gory, daleko poza jego zasiegiem, tam, gdzie powinno istniec swiatlo... widzial cos, co przypominalo dwie, lsniace w mroku, zielone iskry.
Az w koncu nadeszla ciemnosc.
*
Wynurzenie sie z niej przypominalo wynurzenie sie z oceanu lawy. Wszystko w nim plonelo, szarpalo sie i pulsowalo.
Z trudem uniosl powieki i do ciemnosci wdarla sie odrobina swiatla. I twarz pochylonego nad nim Czarnego Pana, wykrzywiona nieludzka wsciekloscia. Jego pozbawione warg usta poruszaly sie, ale Severus nie slyszal wypowiadanych przez niego slow. Byl zbyt zamroczony.
Przymknal ociezale powieki, nie bedac w stanie utrzymac ich otwartych, i wtedy poczul rozrywajace zmysly chlasniecie na policzku, ktore z powrotem wtracilo go na dno otchlani wypelnionej jedynie wrzaskiem i agonia. I kolejna klatwa. I kolejna.
