Gunny Pappas zsunal sie do okopu i rozejrzal. Przed soba mial do polowy wykopana jame; celna hiperszybka rakieta zabila kopiacego ja zolnierza. Jego pancerz byl gdzies z tylu, na stosie zbroi pozostalych pechowcow, ktorzy tego dnia zginali.
Pappas nie sadzil, zeby udalo mu sie dobiec do jamy.
— Batalion, ogien ciagly.
Posleeni wciaz przelewali sie przez waska szczeline, ale juz wolniej, a batalion zmniejszyl natezenie ognia, zeby oszczedzac amunicje i energie. Teraz jednak wszystkie karabiny odezwaly sie pelnym glosem, wypelniajac waskie przejscie strugami srebra.
Posleeni usypali juz wal z cial swoich zabitych, gdzieniegdzie wysokosci czlowieka. Od czasu do czasu wyciagali z niego dzialajaca bron i wydzierali strzepy ciala jako racje polowe. Kiedy stalo sie jasne, ze cos ma sie wydarzyc, ruszyli w strone okopow piechoty, wdrapujac sie na stos trupow.
A zolnierze nie czekali z zalozonymi rekami. Smugi srebra najpierw wytropily Wszechwladcow, a potem przeoraly mase Posleenow, powiekszajac gore trupow.
Kiedy natarcie znow sie zatrzymalo. Pappas uslyszal kolejna komende.
— Wszyscy sprawni, wycofac sie i przegrupowac.
Wcisnal kolejny magazynek w gniazdo karabinu i kontynuowal ogien, a tymczasem zielone kropki na ekranie taktycznym zaczely sie wycofywac. Zolnierze poruszali sie szybko; wyskakiwali z okopow i biegli, nisko schyleni. Mimo ognia pietnastu zolnierzy, ktorzy pozostali w okopach, Pappas zobaczyl, ze ikona jednego pancerza — potem dwoch, pieciu — robi sie czerwona. Reszta batalionu na szczescie dobiegla do zalomu gory i zniknela z jego ekranu.
Posleeni nie czekali. Slyszac okrzyk, ze pancerze sie wycofuja, sily zebrane za walem trupow podwoily wysilki, gramolac sie na sterte cial i biegnac naprzod.
Ogien, ktory ich przywital, nie byl jednak wystarczajacy; niektorym Posleenom udalo sie przedrzec blizej, potem pojawili sie nastepni i nastepni.
— Hmmm… — zamruczal Pappas, wyciagajac nastepny magazynek i wciskajac go w gniazdo karabinu, kiedy poprzedni, pusty, wypadl na ziemie. — „Jesli Armia i Marynarka kiedykolwiek spojrza na kraine Niebios… „.
Posleeni ostro nacierali. Wiekszosc z nich odrzucila strzelby, dzialka i wyrzutnie rakiet i wyciagnela miecze borna, choc ogien pancerzy wciaz ich kosil dziesiatkami. Ale kazdy kolejny skoszony lan byl coraz blizej. Piecdziesiat metrow, trzydziesci, dziesiec, piec…
— „Jesli Armia i Marynarka kiedykolwiek spojrza na kraine Niebios…” — zanucil sierzant, kiedy pierwszy normals dobiegl do jego okopu. Rozwalil go struga srebrnego ognia, ale za nim biegl nastepny
Poniewaz przygotowania do przetransportowania sprzetu na Black Rock Mountain szly dobrze, Tommy mogl sobie pozwolic na chwile czasu dla siebie i zabrac Wendy na spacer.
Kiedy zbocze zrobilo sie prawie pionowe, korzystajac z tego, ze ma zapas mocy, wlaczyl na full swoj system antygrawitacyjny i po prostu przelecial nad iglica.
— To bylo bardzo podniecajace — powiedziala Wendy, kiedy wyladowali na waskiej granitowej polce porosnietej rzadkim mchem i wyrastajacymi wprost z kamienia poskrecanymi mlodymi drzewkami. W swietle wschodzacego ksiezyca miejsce to nie wygladalo zbyt goscinnie; wiatr szeptal o sylfach i zywiolakach, a porosty desperacko szukaly oparcia w szarym podlozu.
— Dobra, Supermanie, co to za tajemnica?
— Wlasciwie to nie jest tajemnica — powiedzial Tommy, zdejmujac helm. — Po prostu… nie zostalo nam wiele czasu.
Przerwal i spojrzal na poludnie. Mimo szumu mocnej, zimnej bryzy co jakis czas slychac bylo, jak w Gap przewalaja sie posleenskie hordy.
— Kiedy wrocimy… wlasciwie nie bedziemy mogli wiele zrobic. Tylko… okopac sie i trzymac.
— Chcesz powiedziec, ze kiedy pojdziesz, juz nie wrocisz? — spytala Wendy, zakladajac wlosy za ucho. Powiew wiatru chwycil jasne wlosy dziewczyny, ktore bezskutecznie ukladala, i rozwial je.
— Chyba… chyba tak, kochanie. — Tommy wlaczyl jarzeniowke i spojrzal Wendy w oczy. Byly magnetyzujaco niebieskie. Tak dawno ich nie widzial, ze niemal juz zapomnial, jak bardzo sa niebieskie. — Juz wczesniej bywalo zle. Zawsze byla szansa, ze sie zarobi kulke. Ale teraz…
— A wiec przyprowadziles mnie tutaj, zeby mi powiedziec, ze mnie zostawiasz? — Wendy poglaskala go po twarzy. Zelowa wysciolka pancerza wykonywala wszystkie zabiegi higieniczne, w tym rowniez golenie. Tommy musial sie golic dwa razy dziennie, ale pod opieka pancerza twarz mial gladka jak niemowle.
— Chyba tak — odparl. — I… wiesz, nam sie spieszy. Nie mamy duzo czasu, ale…
— Tommy — powiedziala, sciagajac przez glowe koszule i rozpinajac stanik. — Zamknij sie i wyskakuj z tej cholernej skorupy.
Mosovich staral sie zachowac powaga, kiedy porucznik i jego pani dolaczyli do nich na szczycie wzgorza; gdyby mial okazje, prawdopodobnie tez by ja wykorzystal.
— Milo znow was widziec, poruczniku — zachichotal Mueller.
Tommy mial dosc przyzwoitosci, zeby troche sie zawstydzic, ale Wendy tylko usmiechnela sie leniwie.
— Pewnie pora sie zbierac, co? Mam nadzieje, ze to sie da tak zalozyc, zebym sobie nie zrobil wiecej siniakow — powiedzial porucznik.
Mueller zakaszlal, a Shari zlosliwie zachichotala.
— Mnie to wyglada na samookaleczenie.
— Alez skad, sam sobie tego nie zrobil — powiedziala Wendy i mrugnela.
— Jesli jestescie gotowi — powiedzial Sunday, patrzac na skrzynie, a potem na McEvoya — pora ladowac.
Podniosl jedna skrzynie i przymocowal ja klamra grawitacyjna do boku pancerza Kosiarza, potem dolozyl druga z drugiej strony. Po chwili znalazl jeszcze miejsce na trzecia. Potem zrobil to samo z Pickersgillem, po czym kazal im zaladowac na niego jeden power pack, skrzynie z amunicja i skrzynie z bronia, teraz owinieta w brezent. W koncu trzy pancerze byly gotowe; wygladaly jak jakies wielkie robaki, ktore probuja sie ukryc pod skrzyniami.
Potem z pewnym trudem Tommy i Kosiarze pomogli pozostalym zarzucic ladunek na plecy. Skrzynie byly