w domu, i przepelniony tym uczuciem przebilem sie z Chutskym przez rozhisteryzowany, a nawet chwilami agresywny tlum do lotniskowego autobusu, ktory zabral nas na parking dlugoterminowy.
Na prosbe Chutsky’ego podrzucilem go do szpitala, bo chcial zobaczyc sie z Debora. Wysiadl, zawahal sie, po czym znow wsadzil glowe do srodka.
— Przykro mi, ze nic z tego nie wyszlo, stary — powiedzial.
— Mnie tez — odparlem.
— Daj znac, gdybym mogl jakos pomoc rozwiazac problem — zaproponowal. — Wiesz… jesli znajdziesz goscia i zadrzy ci reka, mozesz na mnie liczyc.
Oczywiscie, akurat w takiej sytuacji reka nie zadrzalaby mi na pewno, ale tak mnie ujal swoja gotowoscia, by nacisnac cyngiel za mnie, ze tylko mu podziekowalem. Skinal glowa, dodal: „Mowie serio”, po czym zamknal drzwi samochodu i pokustykal do szpitala.
A ja ruszylem do domu i to, mimo porannego szczytu, w calkiem niezlym tempie, ale i tak nie zdazylem na czas, by zobaczyc sie z Rita i dziecmi. Na pocieszenie wzialem wiec prysznic, przebralem sie w czyste ciuchy, wypilem kawe i zjadlem grzanke, zanim ruszylem na drugi koniec miasta do pracy.
Szczyt juz minal, ale ruch jak zawsze byl spory i w korkach na Turnpike mialem dosc czasu na niezbyt budujace przemyslenia. Weiss pozostawal na wolnosci i na razie byl praktycznie nieuchwytny. Raczej nie sadzilem, by wydarzylo sie cos, co skloniloby go do zmiany zdania na moj temat i zajecia sie kims innym. Wkrotce znajdzie inny sposob, zeby albo mnie zabic, albo doprowadzic do sytuacji, od ktorej wolalbym smierc. I z tego, co sie orientowalem, jedyne, co moglem zrobic, to czekac — albo na jego ruch, albo na to, ze jakis doskonaly pomysl spadnie mi z nieba na glowe.
Ruch zamarl. Czekalem. Poboczem przemknal trabiacy klaksonem samochod, kilka aut mu sie odszczeknelo, a z nieba wciaz nie spadaly zadne pomysly. Tkwilem w korku, usilowalem dostac sie do pracy i czekalem, az stanie sie cos zlego. Wydaje sie, ze jest to doskonaly opis ludzkiej kondycji, ale jakos zawsze myslalem, ze jestem na nia odporny.
Samochody powlekly sie naprzod. Powoli ominalem ciezarowke z platforma, stojaca z podniesiona maska na trawie. Na platformie siedzialo siedmiu albo osmiu mezczyzn w wyswiechtanych ubraniach. Tez czekali, ale byli z tego bardziej zadowoleni niz ja. Moze nie scigal ich artysta psychopata.
W koncu dobrnalem do pracy i gdybym liczyl na serdeczne powitanie i ogolna radosc na moj widok, srodze bym sie rozczarowal. W laboratorium byl Vince Masuoka. Kiedy wszedlem, zerknal na mnie.
— Gdzies byl? — spytal takim tonem, jakby zarzucal mi jakis straszliwy czyn.
— Dziekuje, dobrze — powiedzialem. — Tez sie ciesze, ze cie widze.
— Mamy tu urwanie glowy — rzucil. Chyba w ogole mnie nie uslyszal. — Sprawa tego robotnika sezonowego, a w dodatku wczoraj jakis palant zabil swoja zone i jej gacha.
— To przykre — powiedzialem.
— Uzyl mlotka i nie mysl, ze bylo fajnie.
— Pewnie nie. — W duchu dodalem: No chyba ze jemu.
— Przydalaby sie twoja pomoc.
— Milo czuc sie potrzebnym — zauwazylem, a on chwile patrzyl na mnie z niesmakiem, po czym sie odwrocil.
Potem bylo niewiele lepiej. Ostatecznie trafilem w miejsce, gdzie facet z mlotkiem urzadzil swoja imprezke. Vince mial racje — wygladalo to paskudnie, plamy zakrzeplej krwi pokrywaly dwie i pol sciany, kanape i duza czesc do niedawna bezowego dywanu. Od jednego z gliniarzy pod drzwiami dowiedzialem sie, ze sprawca jest w areszcie; przyznal sie do winy i powiedzial, ze nie wie, co go opetalo. Nie poprawilo mi to nastroju, ale milo, gdy czasem sprawiedliwosci staje sie zadosc, i praca na jakis czas pozwolila mi zapomniec o Weissie. Zawsze dobrze jest miec czym sie zajac.
Nie odpedzilo to jednak zlego przeczucia, ze Weiss zapewne tez tak uwaza.
34
Nie proznowalem i Weiss tez nie. Z pomoca Chutsky’ego ustalilem, ze polecial do Toronto samolotem, ktory opuscil Hawane mniej wiecej w tym czasie, kiedy my przyjechalismy na lotnisko. Jednak co robil potem — tego juz komputer nie potrafil mi powiedziec, choc dlugo probowalem to z niego wyciagnac. Cichy glos we mnie bakal z nadzieja, ze moze Weiss da sobie spokoj i zostanie w domu, ale wiekszosc pozostalych glosow odpowiadala na to poteznym rykiem smiechu.
Zrobilem tych kilka drobiazgow, ktore przyszly mi do glowy; sprawdzilem w Internecie pare rzeczy, do ktorych teoretycznie nie powinienem miec dostepu, i znalazlem krotka liste transakcji przy uzyciu karty kredytowej, wszystkie w Toronto. Idac tym tropem, trafilem do banku Weissa, co juz troche mnie zbulwersowalo: czy instytucje, ktore strzega naszych swietych pieniedzy, nie powinny zachowac nieco wiekszej ostroznosci? Weiss wyplacil kilka tysiecy dolarow i to wszystko. Zadnych transakcji przez nastepnych kilka dni.
Wiedzialem, ze ta wyplata nie wrozy mi nic dobrego, ale pewnosc to za malo, gdy nie mozna poznac konkretow. W desperacji wrocilem na jego strone na YouTubie. I tu doznalem szoku; caly motyw „Nowego Miami” zniknal bez sladu, wraz ze zminiaturyzowanymi kadrami z filmow. Tym razem tlo bylo matowe, szare, a na pierwszym planie widnialo dosc okropne zdjecie: brzydkie, nagie meskie cialo z czesciowo obcietymi genitaliami. Podpis glosil: „Schwarzkogler to byl dopiero poczatek. Pora pojsc krok dalej”.
Nie bardzo da sie prowadzic sensowna rozmowe z kims, kto zaczyna ja od: „Schwarzkogler to byl dopiero poczatek”. Ale nazwisko to wydalo mi sie jakby znajome, a ze, ma sie rozumiec, nie moglem pozostawic potencjalnego sladu niezbadanego, gwoli dochowania nalezytej starannosci sprawdzilem je w Google’u.
Schwarzkogler, o ktorym mowa, okazal sie Austriakiem imieniem Rudolf, ktory uwazal sie za artyste i aby to udowodnic, podobno obcinal sobie penisa kawalek po kawalku i robil zdjecia dokumentujace caly proces. Odniosl tak wielki artystyczny triumf, ze pracowal nad swoim dzielem dotad, az w koncu przyplacil je zyciem. I kiedy o tym czytalem, przypomnialo mi sie, ze Schwarzkogler byl ikona paryskiej grupy, ktorej zawdzieczamy genialna Noge Jennifer.
Na sztuce znam sie slabo, ale lubie miec swoje czesci ciala w komplecie. Jak dotad, nawet Weiss, mimo moich usilnych staran, zazdrosnie strzegl swoich czlonkow. Moglem jednak zrozumiec, ze ten kierunek w sztuce, zwlaszcza gdyby pojsc w nim o krok dalej — a Weiss twierdzil, ze to wlasnie robi — na pewno przypadlby mu do gustu. Mialo to sens; po co tworzyc dziela sztuki z wlasnego ciala, gdy mozna w tym celu wykorzystac cudze i oszczedzic sobie bolu? No i kariera wtedy potrwa dluzej. Pogratulowalem mu w duchu zdrowego rozsadku i ogarnelo mnie silne przeczucie, ze wkrotce obejrze nastepny krok w jego karierze artystycznej i ze nastapi on zdecydowanie za blisko Profana Dextera.
Przez nastepny tydzien jeszcze kilka razy zagladalem na jego strone na YouTube, ale nie zmienilo sie nic, a ze wkrotce wpadlem w kierat pracy, wszystko to zaczelo sie wydawac tylko nieprzyjemnym wspomnieniem.
W domu nie bylo ani troche lzej; kiedy dzieci wracaly ze szkoly, pod drzwiami czekal taki czy inny glina, i choc w wiekszosci byli to sympatyczni goscie, ich obecnosc wzmagala napiecie. Rita zrobila sie troche nieobecna duchem i rozkojarzona, jakby bezustannie czekala na wazny telefon zamiejscowy, i ucierpialy na tym jej zazwyczaj wybitne umiejetnosci kulinarne. Dwa razy w ciagu jednego tygodnia jedlismy resztki z poprzedniej kolacji — co do tej pory w naszym domu bylo nie do pomyslenia. A ta dziwna atmosfera udzielila sie Astor, ktora pierwszy raz odkad ja znalem, zrobila sie stosunkowo malomowna i tylko siedziala z Codym przed telewizorem, w kolko ogladala swoje ulubione DVD, nam zas miala do powiedzenia nie wiecej niz dwa albo trzy slowa za jednym zamachem.
O dziwo, tylko Cody wykazywal jakie takie ozywienie. Juz nie mogl sie doczekac nastepnej zbiorki zuchow, mimo ze oznaczalo to koniecznosc wlozenia znienawidzonych szortow od mundurka. Kiedy jednak spytalem go, skad ta zmiana nastawienia, przyznal, ze po prostu liczy, iz moze nowego druzynowego tez znajda martwego, a jemu tym razem uda sie cos zobaczyc.
Tydzien wlokl sie wiec niemilosiernie, weekend nie przyniosl najmniejszej ulgi, no i znow, jak to zwykle bywa, nieublaganie nastal poniedzialkowy poranek. I choc przynioslem do pracy duze pudelko paczkow, poniedzialek odwdzieczyl mi sie tylko nawalem roboty. Z powodu zabojstwa na ulicy w Liberty City niepotrzebnie spedzilem kilka godzin w prazacym sloncu. Zginal szesnastoletni chlopak i jeden rzut oka na slady krwi wystarczyl,
