– Wypusc mnie – poprosilam.
– Vee powiedziala mi cos ciekawego na twoj temat. Masz lek wysokosci. – Spojrzal na krokwie pod sufitem. Jego twarz rozjasnila sie.
Powietrze w sali wypelniala duszna won potu i lakieru do drewna. Na ferie wylaczyli ogrzewanie i bylo potwornie zimno. Na lakierowana podloge tu i tam padaly cienie wedrujacych chmur. Jules stal tylem do trybuny. Nagle za jego plecami przemknal Patch.
– To ty napadles Marcie Millar? – Staralam sie nie reagowac na obecnosc Patcha, zeby go nie zdradzic.
– Wiem od Elliota, ze nie przepadacie za soba. Nie chcialem, zeby kto inny dreczyl moja dziewczyne.
– A okno? Zagladales do mnie, gdy spalam?
– Nie bierz tego az tak do siebie.
Jules zesztywnial. Zblizyl sie, chwycil mnie za nadgarstek i okrecil przed soba. Przystawil mi do karku rewolwer.
– Zdejmij czapke – nakazal Patchowi. – Chce widziec twoja twarz, kiedy ja zabije. Nie uda ci sie nic zrobic. Jestes tak bezradny, jak ja po zlozeniu ci przysiegi.
Patch podszedl blizej. Spokojnie, ale ostroznie. Skrzywilam sie pod silnym pchnieciem lufy rewolweru.
– Jeszcze krok, a zginie – ostrzegl Jules.
Patch mierzyl wzrokiem odleglosc miedzy nami. Jules tez to zauwazyl.
– Nie probuj – powiedzial.
– Nie zastrzelisz jej, Chauncey.
– Nie? – Nacisnal cyngiel.
Rozlegl sie trzask i gdy otworzylam usta, by krzyknac, wydalam drzacy jek.
– Rewolwer – wyjasnil Jules. – Mam jeszcze piec zaladowanych komor.
– Gotowa do bokserskich akcji, ktorymi tak sie szczycisz? – przemowil w mojej glowie Patch.
Z walacym sercem ledwie trzymalam sie na nogach. Raptem poczulam przyplyw nieznanej sily. Uleglam mu bez reszty.
Nim zdazylam poczuc przerazenie calkowita utrata kontroli nad wlasnym cialem – dlon przeszyl klujacy bol. Uzmyslowilam sobie, ze Patch uderzyl Julesa moja piescia. Wytracony z reki rewolwer zniknal w ciemnosciach na podlodze.
Sluchajac nakazu Patcha, skierowalam Julesa ciosami do trybuny i gdy tylko sie potknal i osunal, scisnelam go za gardlo. Z calych sil przyparlam mu glowe do kanciastego fotela, az chrupnelo! Wpilam sie palcami w jego szyje. Wybaluszyl oczy i zaczal cos mamrotac, ale Patch nie ustepowal.
– Musze natychmiast opuscic twoje cialo – uslyszalam. -To nie cheszwan, nie wolno mi nikogo nawiedzac. Uciekaj, gdy tylko z ciebie wyjde. Rozumiesz? Jak najszybciej. Chauncey jest zbyt oslabiony, zeby toba zawladnac. Uciekaj, biegiem!
Po chwili z przeszywajacym swistem Patch zaczal mnie opuszczac.
Jules, nie mogac zniesc uscisku, bezwladnie zwiesil glowe.
– O wlasnie – uslyszalam Patcha. – Zemdlej… zemdlej! Ulotnil sie z mojego ciala. Tak nagle, ze zakrecilo mi sie w glowie.
Odzyskawszy panowanie nad rekami, instynktownie puscilam gardlo Julesa. Lapiac powietrze, spojrzal na mnie. Patch lezal bez ruchu pare krokow dalej.
Przypomnialo mi sie, co powiedzial i pognalam przez sale. Rzucilam sie do drzwi, ale nie ustapily, tak jakbym zderzyla sie ze sciana. Pchnelam je. Piec minut temu byly otwarte; sama przez nie weszlam! Naparlam calym ciezarem, ale sie nie otworzyly.
Odwrocilam sie. W naglym odplywie adrenaliny zadrzaly mi kolana.
– Wynocha z moich mysli! – wrzasnelam na Julesa. Podniosl sie i przysiadlszy na podescie trybuny, rozmasowal gardlo.
– Nie licz na to – odpowiedzial.
Znow pchnelam drzwi. Unioslam noge i kopnelam uchwyt. Grzmotnelam w okienko.
– Pomocy! Slyszy mnie ktos? Ratunku!
Kiedy sie obejrzalam – Jules szedl w moja strone. Ranny, co chwila sie potykal. Przymknelam oczy, by ogarnac mysli. Drzwi puszcza w momencie, gdy wymiote z siebie jego glos. Przeszukalam najdalsze zakamarki mozgu, ale bezskutecznie. Schowal sie gdzies gleboko. Otworzylam oczy. Jules byl coraz blizej. Stwierdzilam, ze musze znalezc jakies inne wyjscie.
Do sciany nad trybuna na drugim koncu sali byla przytwierdzona zelazna drabina, siegajaca krokwi pod sufitem, a nade mna znajdowal sie szyb wentylacyjny. Gdybym do niego jakos weszla, kto wie, moze w koncu wydostalabym sie z budynku.
Jak opetana pognalam na trybune, mijajac Julesa. Buty tak glosno stukaly o drewniane deski, ze nie wiedzialam, czy mnie goni. Wreszcie postawilam stope na pierwszym szczeblu drabiny i zaczelam wspinac sie w gore. Katem oka dostrzeglam w dole dystrybutor wody pitnej. Malenki -a wiec bylam juz bardzo wysoko.
Nie patrz w dol. Skoncentruj sie na wspinaczce – pomyslalam.
Kiedy stawialam noge na kolejnym szczeblu, zle umocowana drabina zachwiala sie niebezpiecznie.
Ze skupienia wyrwal mnie smiech Julesa.
Przez glowe przemknely mi wizje upadku. Rzecz jasna, to on je we mnie zasial. W oszolomieniu nagle stracilam orientacje, gdzie jest dol, a gdzie gora. Nie moglam sie polapac, ktore mysli sa moje.
Ze strachu wszystko mi sie zamazalo. Nie wiedzialam, gdzie stoje. Czy stopy sa obok siebie, czy za chwile spadne? Chwytajac szczebel oburacz, przycisnelam czolo do napietych dloni. Oddychaj – upomnialam sie. – Oddychaj!
Rozlegl sie zlowrogi szczek. Zamknelam oczy, by stlumic zawrot glowy.
Puscily wsporniki mocujace od gory drabine do sciany. Metaliczny grzechot przeszedl w piskliwy jek, gdy zerwaly sie nastepne… Z krzykiem uwiezlym w krtani patrzylam, jak drabina odchyla sie do tylu. Gotowa runac na plecy, przywarlam do niej calym cialem – az w koncu poddala sie ciazeniu.
Wszystko dzialo sie tak szybko… Krokwie i swietliki zawirowaly przed oczami. Polecialam w dol, gdy nagle drabina zatrzymala sie pod katem prostym do sciany, kilka metrow nad ziemia. Zawislam nogami w powietrzu, kurczowo sciskajac szczebel.
– Pomocy! – krzyknelam, kopiac w pustce.
Drabina obsunela sie nizej. But zesliznal mi sie ze stopy, zawisl na palcach i spadl. Jego lot na podloge trwal stanowczo za dlugo.
Naciagniete ramiona bolaly juz tak bardzo, ze zagryzlam jezyk.
I nagle, smiertelnie przerazona, uslyszalam glos Patcha:
– Nie dopuszczaj tego, co ci mowi. Wspinaj sie dalej. Drabina wcale nie puscila.
– Nie moge – zaszlochalam. – Spadne!
– Zamknij oczy. Idz tylko za moim glosem. Przelknawszy sline, zdolalam przymknac oczy. Sluchajac jego wskazowek, poczulam, ze nogi nie wisza w prozni, tylko opieram sie na szczeblu. Zdeterminowana, by przyjmowac wszystko, co mi powie, czekalam, az powroce do rzeczywistosci. Nie mylil sie. Stalam na drabinie, ktora wcale nie odpadla od sciany. Opanowujac lek, podjelam wspinaczke.
Na gorze niepewnie przysiadlam na najblizszej krokwi. Objelam ja ramionami i zrobilam wymach prawa noga. Przed soba mialam mur, a szyb, niestety, w tyle. Ostroznie przykleklam i zaczelam sie pomalu przesuwac w strone przeciwleglego kranca sali.
Za pozno!
Jules wspinal sie tak szybko, ze teraz dzielilo mnie od niego zaledwie piec metrow. Wlazl na krokiew i podtrzymujac sie rekoma, ruszyl za mna. Na wewnetrznej stronie jego nadgarstka spostrzeglam rownolegle do dloni jakby naciecie, prawie calkiem czarne. Kto inny pomyslalby, ze to pewnie szrama, ale ja momentalnie poczulam, ze jestesmy zwiazani… O naszym pochodzeniu swiadczyly identyczne znamiona.
Siedzielismy okrakiem naprzeciwko siebie. Byl trzy metry dalej.
– Ostatnie zyczenie? – spytal.
Mimo oszolomienia, zerknelam w dol.
Patch nadal lezal na podlodze, bez ruchu, jak niezywy. Zapragnelam ponownie przezyc kazda chwile z nim spedzona. Choc jeszcze jeden zagadkowy usmiech, wspolne rozbawienie. Jeszcze jeden elektryzujacy pocalunek. Spotkalam go, nieswiadoma, ze to wlasnie jego szukalam cale zycie. Wkroczyl w nie zbyt pozno i odchodzil za