– Sprobuj posiedziec na nowym miejscu jeszcze pare tygodni. Aha, jesli chodzi o uczenie Patcha, mowilem powaznie. Wezme pod uwage twoja kandydature.
Nie czekajac na odpowiedz, McConaughy zagwizdal melodie z teleturnieju Va banaue i wyszedl z sali.
O siodmej niebo groznie pociemnialo atramentowym blekitem. Zasunelam zamek plaszcza pod szyje, by nie zmarznac. Vee i ja wracalysmy na parking po seansie Ofiary. Recenzowalam filmy dla e-zinu, a ze obejrzalam juz co drugi z wyswietlanych w tym kinie, stwierdzilysmy, ze pozostaje nam najnowszy wielkomiejski thriller.
– W zyciu nie widzialam bardziej pokopanego filmu. Od dzis z zalozenia nie ogladamy niczego, co moze kojarzyc sie z horrorem – zarzadzila Vee.
Nie mialam nic przeciwko temu. Biorac pod uwage, ze zeszlej nocy ktos czail sie pod moim oknem, i dokladajac do tego obejrzany wlasnie klasyczny dreszczowiec – zaczynala mnie ogarniac lekka paranoja.
– Wyobrazasz sobie? – szepnela Vee. – Zyjesz, nie majac pojecia, ze utrzymuja cie przy zyciu tylko po to, zeby cie zlozyc w ofierze.
Wzdrygnelysmy sie.
– I co to za pomysl z tym oltarzem? – ciagnela, drazniaco nieswiadoma, ze zamiast o filmie wolalabym pogadac o cyklu zyciowym grzybow. – Dlaczego ten zbir podpalil kamien, nim ja zwiazal? A jak uslyszalam to skwierczenie ciala…
– Okej! – prawie wrzasnelam. – Gdzie teraz?
– Jeszcze ci tylko powiem, ze jak mnie ktos tak pocaluje, od razu sie wyrzygam. I co on mial na tych wargach? Ohydztwo to za slabe slowo. Byl umalowany, prawda? Bo przeciez nikt naprawde nie ma takich ust…
– Musze oddac recenzje przed polnoca – wcielam sie jej w zdanie.
– Dobra, wiec do biblioteki? – Vee otworzyla drzwiczki swojego fioletowego dodgea neona, rocznik dziewiecdziesiaty piaty. – Jestes strasznie przewrazliwiona, wiesz?
Wsliznelam sie na siedzenie obok kierowcy.
– Wszystko przez ten film – odparlam.
I podgladacza pod moim oknem zeszlej nocy.
– Nie chodzi mi tylko o dzis. Zauwazylam – figlarnie wykrzywila usta – ze wczoraj tez ostatnie pol godziny biologii przesiedzialas wyjatkowo rozdrazniona.
– Wielkie mi odkrycie. To przez Patcha.
Vee zamrugala rzesami do lusterka wstecznego. Poprawila lusterko, zeby sie lepiej przyjrzec swoim zebom. Oblizala je w wycwiczonym usmiechu.
– Musze przyznac, ze kreci mnie ta jego ciemna strona. Nie mialam zamiaru jej zdradzac, ze nie jest w tym odosobniona. Patch pociagal mnie jak jeszcze nikt dotad.
Byl miedzy nami mroczny magnetyzm. W jego obecnosci czulam sie jak na skraju kuszacego zagrozenia. Tak jakby w kazdej chwili mial mnie z tej krawedzi zepchnac.
– Jak to slysze, mam ochote… – urwalam, niepewna, co wlasciwie wywoluje we mnie urok Patcha. Cos nieprzyjemnego.
– Jak mi teraz powiesz, ze nie jest przystojny – powiedziala Vee – obiecuje nigdy wiecej o nim nie wspominac.
Postanowilam wlaczyc radio, uznajac, ze zamiast psuc sobie wieczor – abstrakcyjnym, ale zawsze – towarzystwem Patcha, trzeba zajac sie czyms milszym. Codzienne siedzenie obok niego przez godzine, piec dni w tygodniu i tak juz przekraczalo moje sily. Stwierdzilam, ze wieczorow na pewno mu nie oddam.
– No wiec? – naciskala Vee.
– Moze i jest przystojny. Ale nie mnie o tym decydowac. W tej sprawie nie moge byc obiektywna, sorry.
– Co to niby znaczy?
– To znaczy, ze nawet gdyby byl przepiekny, widzialabym wylacznie jego osobowosc.
– Nie przepiekny. Jest… nieokrzesany. Seksy. Wznioslam oczy do nieba.
Vee wcisnela hamulec i zatrabila na auto, ktore zatrzymalo sie przed nami.
– No co? Nie zgadzasz sie? Czy dran to nie twoj typ?
– Nie mam swojego typu – dodalam. – Nie jestem tak ograniczona.
– Gorzej, kochanie – odparla Vee ze smiechem. – Chodzi o to, ze wlasnie jestes ograniczona. Pokurczona w sobie. Pole widzenia masz szerokie jak mikroorganizm. Nie ma w szkole chlopaka, w ktorym bys sie zakochala.
– Nieprawda – odpowiedzialam machinalnie, ale zaraz potem zastanowilo mnie, na ile ta odpowiedz jest scisla. Dotychczas nikim powaznie sie nie interesowalam. Czy to cos dziwnego? – Nie chodzi o chlopaka, tylko… o milosc. Jeszcze jej nie spotkalam.
– Nie chodzi o milosc – rzekla Vee. – Tylko o frajde. Niepewna, unioslam brwi.
– Co moze byc fajnego w calowaniu sie z chlopakiem, ktorego nie znam… na ktorym mi nie zalezy?
– Chyba nie uwazasz na biologii. To polega na czyms wazniejszym niz calowanie.
– Aha – odparlam madrym tonem. – Zasoby genetyczne sa juz tak wypaczone, ze nie ma sensu, abym sie jeszcze do nich dokladala.
– Chcesz wiedziec, kto wedlug mnie bylby dobry?
– Dobry?
– Dobry – powtorzyla z usmiechem niewiniatka.
– Niespecjalnie.
– Twoj kolega z lawki.
– Nie nazywaj go tak – upomnialam. – Kolega ma pozytywna konotacje.
Vee wcisnela sie na miejsce parkingowe tuz obok wejscia do biblioteki i wylaczyla silnik.
– Nie zdarza ci sie fantazjowac, ze go calujesz? Ani razu nie zerkalas w bok z pragnieniem, zeby pasc mu w ramiona i wpic sie w niego ustami?
Rzucilam jej spojrzenie majace wyrazac odraze. -A ty?
Vee usmiechnela sie szeroko.
Usilowalam sobie wyobrazic, jak zachowalby sie Patch, gdyby sie o tym dowiedzial. Mimo ze znalam go slabo, jego awersje do Vee poczulam niemal fizycznie.
– Zaslugujesz na kogos lepszego – oznajmilam.
– Uwazaj – odparla z jekiem – bo zaraz zaczne go pozadac jeszcze bardziej.
Zajelysmy stol na srodkowym pietrze biblioteki, obok dzialu „literatura erotyczna'. Uruchomilam laptop i napisalam: „Ofiara, dwie i pol gwiazdki'. Chyba troche sie zagalopowalam z krytycyzmem, ale pochlonieta masa spraw, nie bylam w stanie ocenic filmu sprawiedliwie.
Vee otworzyla torebke jablkowych chrupek.
– Masz ochote?
– Nie, dzieki. Zajrzala do torebki.
– Jak nie, bede musiala zjesc je sama. A naprawde nie chce.
Vee byla na diecie owocowej wedlug schematu: w jednym dniu trzy czerwone, dwa granatowe, garsc zielonych… Wyjela kolejna chrupke i przyjrzala sie jej z uwaga.
– Jaki to wlasciwie kolor? – zapytalam.
– Wymiotna zielen Granny Smith. Zdaje sie.
W tej samej chwili na krawedzi naszego stolu przysiadla Marcie Millar, ktora jako jedyna w historii naszej szkoly juz w drugiej klasie nalezala do zespolu cheerleaderek na uniwersytecie. Jasnorude wlosy miala nisko zaplecione w warkoczyki, a twarz – jak zwykle – ukryla pod tona podkladu. Musiala zuzyc pol buteleczki, bo na jej skorze nie bylo znac nawet sladu piegow. Piegow Marcie nie widzialam od siodmej klasy, czyli od roku, w ktorym odkryla Mary Kay. Brzeg jej spodniczki i skraj bielizny dzielily moze dwa centymetry… o ile w ogole zalozyla majtki.
– Heja, grubasie – powiedziala do Vee.
– Heja, straszydlo.
– Moja mama szuka modelki na ten weekend. Placa dziewiec dolarow za godzine. Pomyslalam, ze cie to zainteresuje.
Mama Marcie jest kierowniczka miejscowego JCPenney i w kazdy weekend zatrudnia Marcie i inne cheerleaderki do demonstrowania bikini w oknach wystawowych sklepu od strony jezdni.
– Strasznie trudno jej znalezc modelki do duzych rozmiarow bielizny – dorzucila Marcie.