– Masz cos miedzy zebami – odciela sie Vee. – W szparze z przodu. Chyba czekoladke na przeczyszczenie.
Marcie oblizala zeby i podniosla sie z miejsca. Kiedy odchodzila, kolyszac biodrami, Vee wsadzila sobie palec w usta na znak, ze zbiera jej sie na wymioty.
– Niech sie cieszy, ze spotkala nas tutaj – szepnela do mnie. – Niech sie cieszy, ze nie natknela sie na nas w ciemnej ulicy… Czestuj sie, to ostatnia szansa.
– Nie, dziekuje.
Vee wyszla, zeby wyrzucic reszte chrupek. Po kilku minutach wrocila z jakims romansem w reku. Usiadla przy mnie i pokazujac mi okladke ksiazki, powiedziala:
– Kiedys to bedziemy my. Porwa nas polnadzy kowboje. Ciekawe, jak sie caluje wargi spalone sloncem, zaskorupiale od biota?
– Sprosnie – odmruknelam, piszac.
– Skoro o tym mowa – niespodziewanie podniosla glos. -Otoz i nasz facet.
Przerwalam pisanie, by zerknac ponad ekranem – i zamarlo mi serce. W kolejce po drugiej stronie sali stal Patch. Odwrocil sie, jakby wyczuwajac, ze go obserwuje. Nasze oczy spotkaly sie na jedna, dwie, az trzy sekundy. Poddalam sie, ale przedtem zdazylam spostrzec jego leniwy usmiech.
Serce bilo mi nierowno i postanowilam wziac sie w garsc. Ta droga nie pojde. Absolutnie. Nie z nim. Chyba zebym postradala zmysly.
– Chodzmy – poprosilam Vee.
Zamknelam laptop, wlozylam go do torby i zasunelam zamek. Upychajac ksiazki w plecaku, upuscilam kilka na podloge.
– Nie moge sie zorientowac, jaki tytul trzyma… Zaraz… Jak podejsc ofiare.
– Na pewno by nie pozyczyl czegos takiego – odparlam bez przekonania.
– Albo to, albo Jak bez wysilku emanowac seksem.
– Ciii! – syknelam.
– Uspokoj sie, nie slyszy. Rozmawia z bibliotekarka. Podaje jej ksiazke.
Sprawdziwszy to szybkim spojrzeniem, stwierdzilam, ze jesli wyjdziemy teraz, na pewno spotkamy go przy drzwiach wyjsciowych. A wtedy bede musiala sie do niego odezwac. Usiadlam wiec na krzesle, niby szukajac czegos pilnie po kieszeniach, kiedy on konczyl dopelniac formalnosci.
– Nie sadzisz, ze to upiorne, ze jest tu w tym samym czasie co my? – zapytala Vee.
– A ty?
– Mysle, ze cie sledzi.
– Wedlug mnie to zbieg okolicznosci.
Choc nie tak do konca. Gdybym miala zrobic spis dziesieciu miejsc, w ktorych zawsze pod wieczor spodziewalabym sie spotkac Patcha, biblioteka publiczna by sie w nim nie znalazla. Biblioteka nie trafilaby nawet do pierwszej setki. Wiec po co przyszedl?
– Patch! – powiedziala Vee scenicznym szeptem. – Polujesz na Nore?
Zamknelam jej usta reka.
– Przestan. Serio. – Przybralam surowa mine.
– Moge sie zalozyc, ze cie sledzi – odparla Vee, odpychajac moja reke. – Moge sie zalozyc, robi to nie pierwszy raz. Moge sie zalozyc, ze przydzielili mu kuratora. Powinnysmy sie zakrasc do sekretariatu. Na pewno wszystko ma w kartotece ucznia.
– Nie bedziemy sie zakradac do zadnego sekretariatu!
– Moglabym odwracac uwage ludzi od drzwi. Znam sie na tym. Nikt nie zauwazy, ze wchodzisz. Poszpiegowalybysmy sobie.
– Nie jestesmy szpiegami.
– Znasz jego nazwisko? – spytala Vee. -Nie.
– Wiesz cos o nim?
– Nie. I wole, zeby tak zostalo.
– No co ty? Uwielbiasz tajemnice, a lepsza sie nam juz nie trafi.
– Najlepsze sa historie z trupem w roli glownej. My trupa nie mamy.
– Na razie! – pisnela Vee.
Wyjelam z plecaka buteleczke, wysypalam z niej dwie tabletki zelaza i polknelam je bez rozgryzania.
Vee gwaltownie przyhamowala dodge'a na podjezdzie swojego domu. Wylaczyla silnik i pomachala mi przed nosem kluczykami.
– Nie odwieziesz mnie? – spytalam. Troche bez sensu, bo z gory wiedzialam, co odpowie.
– Jest mgla.
– Laciata.
– No, prosze – usmiechnela sie. – Bez przerwy o nim myslisz. Zreszta wcale ci sie nie dziwie. Sama mam nadzieje, ze mi sie dzis przysni.
Fuj.
– No a pod twoim domem mgla zawsze jest gestsza -ciagnela Vee. – Po zmroku to cos potwornego.
– Bardzo ci dziekuje – odparlam, zabierajac jej kluczyki.
– Czy to moja wina? Popros mame, zebyscie sie przeniosly troche blizej. Powiedz, ze otworzyli nowy klub o nazwie „cywilizacja' i najwyzszy czas, zebyscie sie do niego zapisaly.
– Pewnie mam podjechac tu jutro przed szkola?
– Najlepiej o wpol do osmej. Stawiam sniadanie.
– Oby bylo dobre.
– Badz mila dla mojego malenstwa. – Poklepala deske rozdzielcza. – Tylko nie za mila. Niech sobie nie pomysli, ze gdzies moze mu byc lepiej.
W drodze do domu pozwolilam myslom powedrowac na chwile w strone Patcha. Vee ma racje – jest w nim cos niesamowicie ponetnego. I niesamowicie strasznego. Im dluzej o nim myslalam, tym bardziej bylam przekonana, ze ma w sobie cos… zlego. O tym, ze lubi sie ze mna przekomarzac, wiedzialam od poczatku, ale czym innym bylo draznienie sie ze mna w klasie, a zupelnie czyms innym to, ze – by mnie wpienic – najwyrazniej specjalnie polazl za mna az do biblioteki. Zapewne nikt nie zadalby sobie tyle trudu, no chyba ze mialby wazny powod.
W polowie drogi do domu z unoszacych sie w powietrzu mizernych chmur spadl deszcz. Skupiona na przemian na jezdni i kontrolkach przy kierownicy, usilowalam znalezc wlacznik wycieraczek.
Nad glowa zamrugaly mi lampy uliczne. Zastanawialam sie, czy przypadkiem nie zbiera sie na burze. Przy tej bliskosci oceanu pogoda zmienia sie bez przerwy i w kazdej chwili zwykla ulewa moze przejsc w powodz z piorunami. Dodalam gazu.
Oswietlenie ulicy znow zamigotalo. Po szyi przeszly mi ciarki i wloski na ramionach stanely deba. Moj szosty zmysl znalazl sie w stanie najwyzszej czujnosci. Przez glowe przemknela mi mysl, ze moze ktos mnie sledzi. W lusterku wstecznym nie widzialam zadnych swiatel. Przede mna tez nikt nie jechal. Bylam zupelnie sama, co nie napawalo mnie zbytnim optymizmem. Przyspieszylam do siedemdziesieciu pieciu.
Gdy w koncu wlaczylam wycieraczki, okazalo sie, ze przy najwiekszej predkosci nie radza sobie z walacym w szybe deszczem. Na skrzyzowaniu zapalilo sie zolte swiatlo. Hamujac, sprawdzilam, czy droga jest wolna, i ruszylam naprzod.
Zanim do mnie dotarlo, ze na maske wpada jakis ciemny ksztalt, uslyszalam uderzenie.
Krzyknelam, wciskajac hamulec. Sylwetka grzmotnela o szybe z przerazliwym hukiem.
Odruchowo z calych sil skrecilam kierownice w prawo. Autem zarzucilo tak mocno, ze wpadlo w ruch wirowy. Postac sturlala sie i zniknela pod maska.
Wstrzymujac oddech, scisnelam rekami kierownice, az mi pobielaly kostki. Zdjelam nogi z pedalow. Samochod szarpnal i zamarl.
Kilka metrow dalej siedzial skulony facet i obserwowal mnie. Wcale nie wygladal… na rannego.
Byl caly ubrany na czarno i zlewal sie z ciemnoscia, wiec niewiele moglam dojrzec. Starajac sie rozroznic jego rysy, dopiero po chwili spostrzeglam, ze mial na twarzy kominiarke.
Wstal z ziemi i zblizyl sie do samochodu. Naparl rekami na okno od strony kierowcy. Nasz wzrok polaczyl sie przez otwory w kominiarce. Jego oczy zablysly zlowrogo.