sobie wszystko dobrze poukladac. Problem w tym, ze nie mialam pojecia, w jaki sposob. Szczegoly, ktore mi zostaly w glowie, i tak byly juz dosc fragmentaryczne. Tak jakby moja pamiec starannie wymazano gumka. Ale tez nie da sie ukryc, ze okna dodge'a zalewala kaskada deszczu i swiat zupelnie stracil kontury… A moze naprawde potracilam jelenia?
– Mmm, zobacz – odezwala sie Vee. – Zielony Sweter wstaje. Na pewno regularnie chodzi na silownie. A teraz z cala pewnoscia zmierza w nasza strone, w pogoni za towarem, to znaczy za toba.
Pol sekundy pozniej uslyszalysmy mily niski glos:
– Witam.
Spojrzalysmy na niego rownoczesnie. Zielony Sweter stal o krok od naszego stolika, z rekami wsunietymi w kieszenie dzinsow, tak ze wystawaly kciuki. Mial niebieskie oczy i styIowo zmierzwione jasne wlosy, niedbale opadajace na czolo.
– Witamy – odpowiedziala Vee. – Ja jestem Vee, a to Nora Grey.
Popatrzylam na nia krzywo. Denerwowalo mnie, gdy mi przypinala etykietke w postaci nazwiska – czulam, ze przy spotkaniu z nieznajomym chlopcem burzy to niepisana umowe miedzy dziewczynami, a co dopiero najlepszymi przyjaciolkami. Kiwnelam do niego bez entuzjazmu i unioslszy filizanke do ust, momentalnie sparzylam sobie jezyk.
Chlopak przywlokl krzeslo od stolika obok, ustawil je na odwrot i siadl okrakiem, wspierajac ramiona tam, gdzie normalnie powinny sie znajdowac plecy.
– Jestem Elliot Saunders – przedstawil sie i wyciagnal do mnie reke. Uscisnelam ja stanowczo za bardzo oficjalnie. – A to Jules – dodal, wskazujac podbrodkiem kolege, klory wbrew ocenie Vee okazal sie nie „wysoki', tylko wprost gigantyczny.
Jules rozsiadl sie kolo Vee; byl tak wielki, ze krzeslo pod nim nagle jakby sie skurczylo.
– W zyciu nie widzialam tak wysokiego faceta – zwrocila sie do niego Vee. – Serio, ile masz wzrostu?
– Dwiescie osiem centymetrow – odburknal Jules, po czym rozwalil sie na krzesle z zalozonymi rekami.
– Moze macie na cos ochote? – odchrzaknawszy, zaproponowal Elliot.
– Dzieki – odparlam, podnoszac filizanke. – Juz zamowilam.
Vee kopnela mnie pod stolem.
– Zje paczka z kremem waniliowym. I ja tez poprosze.
– To juz nie jestes na diecie? – spytalam. Odczep sie. Laska wanilii to owoc. Brazowy owoc. Warzywo. -Masz pewnosc? Nie mialam.
Jules przymknal oczy i scisnal grzbiet nosa. Najwidoczniej byl zachwycony naszym towarzystwem tak, jak ja ich obecnoscia.
Kiedy Elliot szedl w strone baru, niesmialo podazylam za nim wzrokiem. Na pewno uczyl sie w ogolniaku, ale chyba nie w naszym, bobym go zapamietala. Byl otwarty, towarzyski, ani krzty przecietnosci. Gdybym nie byla taka roztrzesiona, pewnie bym sie nim zainteresowala. Tak po przyjacielsku, a moze i bardziej.
– Mieszkasz w okolicy? – zagadnela Julesa Vee.
– Mhm.
– Uczysz sie?
– W ogolniaku Kinghorn – powiedzial to z lekka wyzszoscia.
– Nie slyszalam o nim.
– To szkola prywatna. W Portland. Zajecia zaczynamy o dziewiatej. – Odchylil rekaw i spojrzal na zegarek. Vee zanurzyla palec w pianie mleka i oblizala go.
– Droga?
Po raz pierwszy Jules popatrzyl na nia. Rozwarl oczy tak szeroko, ze zajasnialy mu bialka.
– Pewno jestes bogaty? – dodala Vee.
Jules omiotl ja takim spojrzeniem, jakby przed chwila zabila mu na czole muche. Odsunal sie od nas z krzeslem o kilkanascie centymetrow.
Elliot wrocil do stolika z szescioma paczkami.
– Dwa z kremem waniliowym dla pan – powiedzial, podsuwajac mi pudelko – i cztery z lukrem dla mnie. Musze sie teraz najesc, bo nie wiem, co daja w stolowce w Cold-water.
Vee o malo nie wyplula mleka.
– Uczysz sie w Coldwater?!
– Od dzis. Wlasnie sie przenioslem z Kinghorn.
– Ja z Nora tez tam chodzimy – oznajmila Vee. – Patrz, jak to sie swietnie sklada. Jak chcesz sie czegos dowiedziec, pytaj smialo; nawet o to, kogo masz zaprosic do Spring Fling. My nie mamy chlopakow… jeszcze.
Stwierdzilam, ze czas sie pozegnac. Jules byl najwyrazniej znudzony i rozdrazniony – z kolei jego towarzystwo zle dzialalo na moj, dosc juz niespokojny nastroj. Demonstracyjnie zerkajac na zegar w komorce, powiedzialam:
– Vee, jedzmy juz do szkoly. Trzeba sie pouczyc do testu z biologii. Milo bylo was poznac – rzucilam do Julesa i Elliota.
– Przeciez test z biologii jest dopiero w piatek – upomniala mnie Vee.
Speszona usmiechnelam sie przez zeby.
– Racja. To znaczy, ja mam test, z angielskiego. Z tworczosci… Geoffreya Chaucera.
Dla wszystkich bylo jasne, ze to nieprawda.
Mialam sobie troche za zle, ze jestem niegrzeczna, zwlaszcza ze Elliot wcale sobie na to nie zasluzyl. Ale odechcialo mi sie z nimi siedziec. Chcialam juz isc dalej, zdystansowac sie od zeszlej nocy. A moze ten zanik pamieci nie byl znow taki zly. Im szybciej zapomne o wypadku, tym predzej moje zycie wroci do normalnego rytmu.
– Zycze ci, zebys ten pierwszy dzien mial jak najfajniejszy i moze spotkamy sie na lunchu – powiedzialam do Elliota.
Szarpnelam Vee za lokiec i wyprowadzilam z bistra.
Lekcje dobiegaly konca, zostala jeszcze tylko biologia. W biegu wymienilam ksiazki w swojej szafce i skierowalam sie do klasy. Vee i ja przyszlysmy przed Patchem. Siadajac na jego miejscu, Vee pogrzebala w plecaku i wyciagnela pudelko hot tamales.
– Pora na czerwony owoc – powiedziala, pod tykajac mi pudelko.
– Zaraz… to cynamon jest owocem? – Odsunelam pudelko na bok.
– Lunchu tez nie jadlas – Vee zmarszczyla czolo.
– Nie jestem glodna.
– Ty klamczucho. Zawsze jestes glodna. Chodzi o Patcha? Chyba sie nie przejelas, ze cie sledzi? Bo wczoraj, no wiesz, w bibliotece, to ja zartowalam.
Rozmasowalam sobie skronie. Tepy bol, ktory zamieszkal mi w czaszce, wybuchal na samo wspomnienie o nim.
– Akurat Patchem przejmuje sie najmniej – odpowiedzialam, nie do konca zgodnie z prawda.
– Moglabys mi ustapic?
Na dzwiek glosu Patcha w jednej chwili unioslysmy glowy.
Odezwal sie nawet calkiem milo, ale kiedy Vee wstawala i zarzucala plecak na ramie, ani na moment nie spuscil z niej oka. Tak jakby sie za bardzo ociagala, wskazal jej reka przejscie miedzy stolami, chcac, zeby zeszla mu z drogi.
– Jak zwykle swietnie wygladasz – powiedzial do mnie, biorac swoje krzeslo.
Rozsiadl sie wygodnie i wyciagnal nogi. Od poczatku wiedzialam, ze jest wysoki, ale nie zastanawialam sie, ile moze miec wzrostu. Patrzac na jego dlugie nogi, stwierdzilam, ze co najmniej sto osiemdziesiat trzy centymetry. A moze nawet sto osiemdziesiat piec.
– Dziekuje – odparlam bezmyslnie. I natychmiast zapragnelam to odwolac. Dziekuje. Z wszystkiego, co moglabym mu odpowiedziec, „dziekuje' bylo najgorsze. Nie chcialam, zeby uznal, ze lubie jego komplementy. Bo ich nie lubilam… zasadniczo. Nie trzeba bylo specjalnej wnikliwosci, by zrozumiec, ze wpadl w klopoty, a ja i tak juz mialam klopotow pod dostatkiem. Nie mialam zamiaru pakowac sie w wieksze. Moze gdybym zaczela go ignorowac, w koncu przestalby mnie wciagac do rozmowy. I moglibysmy siedziec obok siebie w milczacej harmonii, jak co druga para w klasie.