Znowu walnal w okno, az zadrzala szyba miedzy nami.

Wlaczylam stacyjke, probujac rownoczesnie wrzucic pierwszy bieg, wcisnac pedal gazu i zwolnic sprzeglo. Roz ruszalam silnik, ale auto znow szarpnelo i padlo.

Kiedy ponownie uruchamialam silnik, uslyszalam okropny metaliczny trzask. Przerazona zobaczylam, jak drzwiczki pomalu sie wyginaja. Facet… wyrywal je z zawiasow.

Wrzucilam jedynke. Stopy zeslizgiwaly sie z pedalow. Pilnik zaryczal, a wskaznik obrotow na minute przesunal sie na czerwone pole.

W eksplozji szkla nieznajomy przebil okno piescia na wylot. Na oslep wymacal moje ramie i wpil sie w nie palcami. Wrzasnelam ochryple, wcisnelam pedal gazu i zwolnilam sprzeglo. Dodge ruszyl z piskiem opon. Trzymajac mnie za ramie, facet zaczal biec przy aucie, ale szybko sie poddal.

Pedzona adrenalina, pomknelam naprzod. Sprawdzilam w lusterku, czy tamten mnie nie goni i przekrecilam je na bok. Musialam zacisnac wargi, zeby sie nie rozryczec.

ROZDZIAL 4

Pedzac Hawthorne Lane, minelam dom, zawrocilam, na skroty wjechalam w Beech i skierowalam sie do srodmiescia. Wystukalam numer Vee.

– Cos sie wydarzylo… ja… on… no i… znikad. Auto…

– Przerywa. Co?

Wytarlam nos grzbietem dloni. Cala sie trzeslam.

– Pojawil sie znikad. -Kto?

– On… – staralam sie ogarnac mysli i zmienic je w slowa. – Wyskoczyl mi na maske!!!

– O kurde. Kurdekurdekurde. Potracilas jelenia? Nic sie nie stalo? Moze to byl Bambi? – Vee naraz jeknela i zawyla. – A co z dodge'em?

Otworzylam usta, ale mi sie wciela.

– Niewazne. Mam ubezpieczenie. Tylko powiedz, ze moje malenstwo nie jest upackane szczatkami jelenia… Tak czy nie?

Cokolwiek chcialam jej zdradzic, zlewalo sie z noca. Mylil wyprzedzaly sensy o dwa kroki. Jelen… Moze jednak udaloby mi sie wcisnac Vee, ze potracilam jelenia. Chcialam sie jej zwierzyc, ale z drugiej strony nie mialam zamiaru wyjsc na rabnieta. Bo jak moglabym wytlumaczyc, ze widzialam, jak potracony przeze mnie facet wstaje z ziemi I bierze sie do wyrywania drzwi auta? Rozluznilam kolnierz bluzki i obnazylam bark, by sprawdzic, czy w miejscu, gdzie mnie sciskal, nie mam czerwonych sladow, ale nic takiego wpostrzeglam…

Raptem oprzytomnialam. Po co w ogole zaprzeczac, ze to sie zdarzylo? Przeciez widzialam wszystko na wlasne uczy. Nie ubzduralam sobie tego.

– Do jasnej ciasnej! – odezwala sie Vee. – Nie chcesz odpowiedziec. Jelen pewnie utkwil miedzy reflektorami. Jezdzisz z nim na przodzie jak z plugiem snieznym, tak?

– Moge sie przespac u ciebie?

Zapragnelam wyrwac sie i z tego auta, i z ciemnosci. Gdy nagle natchnela mnie mysl, ze aby sie dostac do domu Vee, bede musiala wracac przez skrzyzowanie, na ktorym potracilam goscia.

– Siedze w swoim pokoju – odparla Vee. – Wpuscisz sie sama. To na razie.

Kurczowo sciskajac kierownice, brnelam poprzez strugi deszczu z nadzieja, ze przy Hawthorne Lane zapali sie zielone swiatlo. Los mi sprzyjal. Smignelam przez skrzyzowanie, caly czas patrzac naprzod i rownoczesnie zerkajac na pobocze. W mroku nie spostrzeglam nawet sladu faceta w kominiarce.

Dziesiec minut pozniej zaparkowalam dodge'a na podjezdzie Vee. Drzwi auta byly powaznie uszkodzone, wiec zeby wysiasc, musialam mocno naprzec na nie noga.

Podbieglam do frontowych drzwi, otworzylam je i pognalam schodami do sutereny.

Vee siedziala na lozku ze skrzyzowanymi nogami, z notatnikiem na kolanach, sluchawkami w uszach i z iPodem podkreconym na fuli.

– Mam obejrzec uszkodzenia teraz, czy najpierw przespac sie co najmniej siedem godzin? – wrzasnela, zagluszajac muzyke.

– Wole druga opcje.

Vee zamknela notatnik i wyjela sluchawki z uszu.

– Miejmy to juz z glowy.

Kiedy wyszlysmy przed dom, wpatrywalam sie w auto dluzsza chwile. Panowal chlod, ale to nie pogoda przypra wila mnie o gesia skorke na ramionach. Okno od strony kierowcy nie bylo rozwalone. Drzwi nie mialy wgniecen.

– Cos tu nie gra – powiedzialam, ale Vee nie sluchala, ogladajac, jak pod lupa, kazdy centymetr kwadratowy karoserii.

Wystapilam naprzod i szturchnelam boczne okno. Nie bylo nawet rysy na szkle. Zamknelam oczy. Gdy je odtworzylam, okno wciaz bylo nienaruszone.

Obeszlam dodge'a w kolo. Prawie – bo w pewnej chwili stanelam jak wryta.

Przednia szybe dzielila na pol cieniutenka rysa.

Vee zauwazyla ja w tym samym momencie.

– Nie byla to przez przypadek wiewiorka? – zapytala. Przypomnialy mi sie zlowieszcze oczy za kominiarka.

Byly tak czarne, ze nie moglam odroznic zrenic od teczo wek. Czarne jak… oczy Patcha.

– Zobacz, placze z radosci – rzekla Vee, czule obejmujac maske auta. – Malenka rysa i nic wiecej!

Udalam, ze sie usmiecham, chociaz sciskalo mnie w zoladku. Jeszcze piec minut temu okno bylo roztrzaskane, a drzwiczki wgniecione. Sadzac po obecnym stanie auta, do niczego nie doszlo. Nie: to jakis obled! Przeciez widzialam, jak przebija szybe piescia, i czulam, jak wpija mi sie paznokciami w ramie. Czy nie?

Staralam sie z calych sil, ale nie moglam sobie nic przypomniec. Przez glowe przemykaly strzepy obrazow. Coraz bardziej niewyrazne. Czy facet byl wysoki? Niski? Szczuply? Przypakowany? Czy cos mowil?…

Nic nie pamietalam. I to wlasnie bylo najstraszniejsze.

Vee i ja wyszlysmy z jej domu pietnascie po siodmej rano i pojechalysmy do bistra Enzo na szybkie sniadanie w postaci goracego mleka. Bylam wciaz zlodowaciala ze strachu, wiec objelam porcelanowa filizanke, probujac sie ogrzac. Przed wyjsciem wzielam prysznic, zalozylam pozyczone z szafy Vee koszulke i kardigan, umalowalam sie szybko, ale prawie zadna z tych czynnosci nie zostala mi w pamieci.

– Nie patrz teraz – szepnela Vee – ale w nasza strone filuje Zielony Sweter i ocenia twoje nogi przez dzinsy… O! Zasalutowal do mnie. Nie zartuje. Dwoma palcami, jak wojskowy. Urocze.

Nie sluchalam jej. Wczorajsze zajscie tluklo mi sie w glowie cala noc, odganiajac mozliwosc zasniecia. Mialam poplatane mysli, suche i ciezkie powieki i nie moglam sie na niczym skupic.

– Zielony Sweter wyglada normalnie, ale facet kolo niego to najwyrazniej ostra sztuka – oznajmila Vee. – Wysyla sygnal: „Lepiej ze mna nie zadzierac'. No, zobacz, czy nie wyglada jak pomiot Drakuli. Powiedz, ze mi sie zdaje.

Podnioslszy lekko wzrok, by niepostrzezenie zerknac, zobaczylam subtelna, piekna twarz. Blond wlosy do ramion.

Oczy koloru chromu. Nieogolony. Chlopak mial na sobie marynarke uszyta na miare, zielony sweter i designerskie dzinsy.

– Zdaje ci sie – powiedzialam.

– Nie zauwazylas tych gleboko osadzonych oczu? Trojkacika wlosow nad czolem? Ani ze to chudy dryblas? Chyba odpowiadalby mi pod wzgledem wzrostu…

Vee, ktora mierzy sto osiemdziesiat trzy centymetry, ma odpal na punkcie obcasow. Wysokich. Poza tym, z zasady nie umawia sie z nizszymi facetami.

– Okej, co jest? – zapytala. – Wyizolowalas sie jak nigdy. Chyba nie przez te ryse na szybie, prawda? Co z tego, ze potracilas zwierze? Kazdemu moze sie zdarzyc. Oczywiscie w twoim przypadku szanse na cos takiego bylyby sto razy mniejsze, gdybyscie sie z mama wyniosly z tej gluszy.

Zamierzalam wyznac Vee cala prawde o nocnym zajsciu. Wkrotce. Potrzebowalam tylko troche czasu, zeby

Вы читаете Szeptem
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату