— Owszem, martwie sie.
— Ale jak on ci to powiedzial? Po prostu: Gino Molinari ma zone i corke, tak?
— Tak.
— A ty cos na to odpowiedziala?
— Nic… co mialam odpowiedziec?
— Ale co czulas?… Czy nie plakalas?… Przeciez ostatecznie to katastrofa dla ciebie.
— Nie, nie plakalam.
— Nie bedziesz juz mogla wyjsc za maz za Gina — mowila z zamyslona i rozradowana mina — ale co za historia, co za historia!… Jak on mial sumienie!… I ty, biedaczko, ktora, mozna powiedziec, zylas tylko dla niego… Wszyscy mezczyzni to lajdacy….
— Gino — oswiadczylam — nic jeszcze nie wie, ze ja wiem o tym.
— Ja na twoim miejscu, moja droga — ciagnela dalej, podniecona — wygarnelabym mu wszystko! Zasluzyl sobie na to, zeby dostac po mordzie…
— Umowilam sie z nim za dziesiec dni — odpowiedzialam — mysle, ze dalej bede z nim zyla.
Cofnela sie i spojrzala na mnie, wytrzeszczajac oczy.
— Ale dlaczego? Czy on wciaz ci sie podoba? Po tym wszystkim, co cie od niego spotkalo?
— Nie — odpowiedzialam i mimo woli sciszylam glos ze wzruszenia — nie podoba mi sie juz tak jak dawniej, ale… — zawahalam sie i klamstwo z trudem przeszlo mi przez usta: — krzyki i bicie nie zawsze sa najlepszym sposobem zemsty…
Wpatrywala sie we mnie przez chwile, mruzac oczy i cofajac sie powoli, zupelnie jak malarz przygladajacy sie swojemu obrazowi. Po czym wykrzyknela:
— Masz racje, nie pomyslalam o tym, ale wiesz, co ja zrobilabym na twoim miejscu?… Utrzymywalabym go dalej w przeswiadczeniu, ze nic sie nie zmienilo, niechby sobie byl spokojny, a potem pewnego pieknego dnia rzucilabym go.
Nic nie odpowiedzialam. Ona mowila jeszcze przez chwile glosem juz nie tak podnieconym, ale ozywionym i spiewnym:
— Nie moge jeszcze w to uwierzyc… zona i corka, a w stosunku do ciebie na wszystko krecil nosem i pozwolil ci kupic meble, robic wyprawe… Co za historia, co za historia!
Milczalam w dalszym ciagu.
— Ale ja — zawolala triumfalnie — od razu go przejrzalam! To mi musisz przyznac! Co ci mowilam? „Ten czlowiek nie jest szczery, biedna Adriano”. — Zarzucila mi rece na szyje i pocalowala mnie. Pozwolilam sie pocalowac, po czym powiedzialam:
— Tak, a co najgorsze, ze przez niego wydalam oszczednosci matki.
— A twoja matka wie o tym?
— Jeszcze nie.
— O pieniadze mozesz sie nie martwic — zawolala. — Astarita jest zakochany w tobie do szalenstwa… Wystarczy, zebys zechciala, a da ci tyle pieniedzy, ile tylko ci bedzie potrzeba.
— Nie chce wiecej widziec Astarity — odpowiedzialam — kazdy inny, byle nie Astarita.
Musze przyznac, ze Gizela nie byla glupia. Zrozumiala natychmiast, ze przynajmniej na razie lepiej nie wspominac o Astaricie, i zrozumiala takze, co oznaczaly slowa: „Kazdy inny”. Udawala przez chwile, ze sie nad czyms zastanawia, a potem powiedziala:
— W gruncie rzeczy masz racje, rozumiem cie, ja takze, po tym, co sie stalo, nie mialabym ochoty zadawac sie z Astarita… On chce wszystko robic sila. Powiedzial ci o Ginie, zeby sie zemscic. — Zamilkla znowu na moment i dorzucila uroczystym tonem: — Pozwol, ze ja sie tym zajme… Czy chcesz poznac kogos, kto gotow bylby ci dopomoc?
— Tak.
— Pozwol, ze ja sie tym zajme.
— Ale — dodalam — nie chce juz wiazac sie z nikim… Chce byc wolna.
— Pozwol, ze ja sie tym zajme — powtorzyla po raz trzeci.
— Teraz — powiedzialam — chce przede wszystkim zwrocic matce pieniadze, kupic sobie troche rzeczy i chce — zakonczylam — zeby matka juz nie pracowala.
Gizela tymczasem wstala z lozka i usiadla przed toaletka.
— Ty — rzekla pudrujac sie w pospiechu — bylas zawsze za dobra, Adriano, a widzisz, co sie dzieje, kiedy ktos jest za dobry.
— Czy wiesz, ze dzisiaj rano nie poszlam pozowac? Postanowilam, ze nie bede juz modelka.
— Bardzo slusznie — odpowiedziala — ja takze zreszta pozuje juz tylko dla… — tu wymienila nazwisko pewnego malarza — po prostu dlatego, zeby mu zrobic przyjemnosc… ale potem koniec!
Ogarnela mnie fala cieplych uczuc dla Gizeli, bo podniosla mnie na duchu. Pokrzepiajaco brzmialo mi w uszach owo „Pozwol, ze ja sie tym zajme” i jej serdeczne zapewnienia, ze pomoze mi wybrnac z klopotow pienieznych. Jasno zdawalam sobie sprawe, ze jej zyczliwy stosunek nie wyplywal z przywiazania do mnie, ale — tak samo jak na wycieczce z Astarita — z checi, moze podswiadomej, zebym jak najszybciej stoczyla sie do jej poziomu; ale nikt nie robi nic bezinteresownie, a poniewaz w tym wypadku zazdrosc Gizeli wychodzila mi na dobre, wiec nie widzialam powodu, zeby odrzucac jej pomoc tylko dlatego, ze byla interesowna.
Gizela bardzo sie spieszyla, bo juz byla spozniona na spotkanie z narzeczonym. Wyszlysmy z pokoju i zaczelysmy schodzic w ciemnosci po waskich i stromych schodach tej starej rudery. I tam wlasnie, czy dlatego, ze sie rozgadala, czy tez chcac oslodzic mi gorycz rozczarowania i okazac, ze nie jestem osamotniona w nieszczesciu, powiedziala:
— A zreszta wiesz co? Zaczynam podejrzewac, ze Riccardo chce mi zrobic taki sam kawal, jaki zrobil ci Gino.
— On tez jest zonaty? — zapytalam naiwnie.
— Co to, to nie, ale robi mi rozne historie… Mam wrazenie, ze chce mnie wykiwac, ale ja mu powiedzialam: „Moj drogi, wcale mi nie jestes do szczescia potrzebny, chcesz, to zostan, nie chcesz, to idz sobie gdzie pieprz rosnie”.
Nic nie odpowiedzialam, ale pomyslalam sobie, ze jest wielka roznica miedzy mna a nia i miedzy jej stosunkiem do Riccarda a moim do Gina. Gizela nigdy przeciez nie miala zludzen co do powaznych zamiarow Riccarda ani tez zadnych skrupulow — o czym wiedzialam — gdy zdradzala go od czasu do czasu. Ja natomiast, przy moim niedoswiadczeniu, mialam pewnosc, ze zostane zona Gina, i zawsze bylam mu wierna; bo nie mozna bylo nazwac zdrada tego ustepstwa, ktore szantazem wymusil na mnie w Viterbo Astarita. Ale przyszlo mi do glowy, ze ona moglaby sie obrazic, gdybym jej to wszystko powiedziala, i dlatego milczalam. Przed brama Gizela wyznaczyla mi spotkanie na jutrzejszy wieczor w cukierni, proszac, zebym byla punktualna, bo prawdopodobnie nie bedzie sama, po czym odeszla.
Czulam, ze powinnam opowiedziec matce o wszystkim, co sie stalo, ale nie mialam odwagi. Matka naprawde mnie kochala; i w przeciwienstwie do Gizeli, ktora wiadomosc o zdradzie Gina przyjela z triumfem, widzac w niej potwierdzenie swoich przewidywan, i nawet nie pomyslala o tym, by zamaskowac swoja pelna okrucienstwa satysfakcje, matka doznalaby na pewno wiecej cierpienia niz radosci, widzac, ze jej proroctwa sie spelnily. W gruncie rzeczy pragnela tylko mego szczescia i malo ja obchodzilo, w jaki sposob je zdobede, ale pewna byla, ze nie da mi go Gino. Po dlugich wahaniach zdecydowalam, ze nic jej nie powiem. Wiedzialam, ze nazajutrz wieczorem fakty, a nie slowa, otworza jej oczy; i chociaz zdawalam sobie sprawe, ze bedzie to brutalny sposob zawiadomienia jej o wielkiej zmianie, jaka zaszla w moim zyciu, jednakze dogadzalo mi to, bo wiedzialam, ze dzieki temu oszczedzone mi beda wyjasnienia, uwagi i komentarze, a w kazdym razie tego rodzaju wyjasnienia, uwagi i komentarze, jakimi sypala jak z rekawa Gizela, kiedy wyjawilam jej podwojna gre Gina. Odczuwalam dziwna niechec na wspomnienie moich planow malzenskich i nie chcialam mowic na ten temat ani tez dopuscic, zeby mowili o tym inni.
Nastepnego dnia, aby uniknac nagabywan matki, ktora zaczynala juz cos podejrzewac, udawalam, ze ide na spotkanie z Ginem, i cale popoludnie spedzilam poza domem. Dalam sobie uszyc z okazji slubu nowy szary kostium, w ktory mialam sie przebrac zaraz po ceremonii koscielnej. Byl to moj najelegantszy stroj i zawahalam sie, zanim go wlozylam. Ale pomyslalam sobie, ze przeciez kiedys musze go zaczac nosic i ze ten dzien stanowil wlasnie doskonala ku temu okazje; a poza tym mezczyzni oceniaja kobiety po wygladzie zewnetrznym i warto bylo przedstawic sie z jak najlepszej strony, zeby zarobic wiecej pieniedzy, odlozylam wiec na bok wszelkie skrupuly.