kierowac przychylna opinia narysowanej zaby, gwiazdy sportu czy chocby laureata Nagrody Nobla. Co wiecej, nie rozumial, dlaczego mialaby go zachwycic reklama przekonujaca, ze frytki podawane w tej restauracji sa smaczniejsze niz owady. I dobrze by bylo, gdyby frytki rzeczywiscie smakowaly lepiej niz torebka smazonych muszek.
Powstrzymal sie przed wyrazeniem swojej opinii na temat zaby takze dlatego, ze zaczal sobie zdawac sprawe, iz ostatnio irytowalo go coraz wiecej zupelnie nieistotnych drobiazgow. Jezeli sie nie wyluzuje, stanie sie koszmarnym zgorzknialym zrzeda, zanim skonczy trzydziesci piec lat. Usmiechnal sie do zony Swietego Mikolaja i podziekowal jej, zeby nie popsuc sobie Bozego Narodzenia.
Maszerujac w swietle pyzatego ksiezyca w poprzek dzielacej go od motelu trzypasmowej autostrady i niosac papierowe torebki pelne wonnego cholesterolu w przeroznych postaciach, Dylan wyliczal w myslach wiele rzeczy, za ktore powinien byc losowi wdzieczny. Dobre zdrowie. Ladne zeby, Wspaniale wlosy. Mlodosc. Mial dwadziescia dziewiec lat, troche talentu artystycznego i prace, w ktorej odnalazl sens i radosc. Mimo ze bogactwo mu nie grozilo, sprzedawal swoje obrazy na tyle czesto, by co miesiac zaplacic rachunki i zlozyc nieco pieniedzy w banku. Nie mial szpecacych blizn na twarzy ani klopotow z powracajaca grzybica, ani nieznosnego brata blizniaka; nie mial atakow amnezji, po ktorych budzil sie z zakrwawionymi rekami, ani stanow zapalnych zadartych przy paznokciach skorek.
I mial Shepherda. Swoje blogoslawienstwo i przeklenstwo. Bywaly takie chwile, gdy Dylan cieszyl sie, ze zyje i Shep jest jego bratem.
Pod czerwonym neonem „Motel', gdzie przesuwajacy sie cien Dylana malowal zupelnie czarna plame na rozowawym od blasku neonu asfalcie, ktos go sledzil a takze potem, gdy mijal niskie sagowce, kolczaste kaktusy i inna roslinnosc pustynna i dalej, kiedy szedl betonowymi chodnikami miedzy budynkami motelu, i z cala pewnoscia, kiedy mijal szumiace i pobrzekujace automaty z napojami, rozmyslajac o delikatnych wiezach rodzinnych – wciaz ktos go sledzil Obserwator zblizyl sie niepostrzezenie, jak gdyby zrownal swoj krok z jego krokiem, swoj oddech z jego oddechem. Dylan stal juz przed drzwiami pokoju i szukal w kieszeniach klucza, sciskajac przy tym kurczowo torebki z jedzeniem, kiedy uslyszal zdradzieckie skrzypniecie buta, niestety za pozno. Odwrocil glowe, dojrzal nad soba blada w blasku ksiezyca twarz i wyczul ruch jakiegos ciemnego ksztaltu, ktory opadl mu prosto na czaszke.
Dziwne, ale nie poczul ciosu i nie zorientowal sie, ze osuwa sie na ziemie. Uslyszal trzask pekajacych torebek, owional go zapach cebuli, cieplego sera i marynowanych warzyw, a potem uswiadomil sobie, ze lezy twarza na betonie. Mial nadzieje, ze nie rozlal koktajlu mlecznego dla Shepa. Pozniej przysnily mu sie tanczace frytki.
2
Jillian Jackson miala ukochany kwiat – grubosza jajowatego – ktorym zawsze zajmowala sie niezwykle troskliwie. Podawala mu starannie wyliczone i odmierzone porcje mieszanki odzywek, rozsadnie podlewala i regularnie spryskiwala jego miesiste, owalne liscie wielkosci kciuka, aby zmyc kurz i zachowac ich lsniaca zielen.
Tego piatkowego wieczoru, kiedy jechali z Fredem z Albuquerque w Nowym Meksyku do Phoenix w Arizonie, gdzie w przyszlym tygodniu Jilly miala trzy wystepy, to ona cala droge siedziala za kolkiem, poniewaz Fred nie mial ani prawa jazdy, ani niezbednych do prowadzenia pojazdu konczyn. Fred byl gruboszem jajowatym.
Granatowy cadillac coupe deville rocznik 1956 byl miloscia zycia Jilly. Fred rozumial to i laskawie akceptowal, lecz maly Crassula argentea (nazwisko Freda) na liscie obiektow jej uczuc lokowal sie tuz za samochodem. Jilly kupila grubosza, gdy byl zaledwie pedem o czterech krotkich galazkach i szesnastu grubych, gumowatych lisciach. Choc trzymano go w tandetnej donicy srednicy trzech cali z czarnego plastiku i mogl sprawiac wrazenie drobnej, zalosnej roslinki, jej od pierwszej chwili wydal sie odwazny i z charakterem. Pod czula opieka wyrosl na piekny okaz wysokosci jednej stopy i srednicy osiemnastu cali. Teraz mieszkal sobie wygodnie w dwunastocalowej donicy z terakoty; razem z ziemia i pojemnikiem wazyl dwanascie funtow.
Jilly zrobila mu twarda poduszke z pianki z wystajacym brzegiem – cos w rodzaju okraglego siedziska dla pacjentow po operacji hemoroidow – dzieki ktorej dno doniczki nie moglo uszkodzic tapicerki siedzenia, a Fred mogl podrozowac, zachowujac rownowage. W 1956 roku nie wyposazano cadillacow coupe deville w pasy bezpieczenstwa; Jilly takze nie zostala w nie wyposazona w chwili narodzin, czyli w roku 1977; zamontowala za to w samochodzie zwykle pasy biodrowe dla siebie i Freda. Na swojej specjalnie zrobionej poduszce, z doniczka przypieta do siedzenia, mial najlepsze zabezpieczenia, o jakich moglby marzyc grubosz jajowaty, mknac po wertepach Nowego Meksyku z predkoscia przekraczajaca osiemdziesiat mil na godzine.
Siedzac przy oknie, Fred nie mogl widziec ani docenic pustynnego krajobrazu, lecz Jilly od czasu do czasu barwnie slowami odmalowywala mu szczegolnie piekny widok.
Lubila cwiczyc swoje zdolnosci opisywania. Gdyby nie udalo sie jej zostac gwiazda wsrod komikow po tych kilku kontraktach na wystepy w kiepskich barach i drugorzednych klubach, przewidziala plan awaryjny – chcialaby zostac powiesciopisarka, autorka bestsellerow.
Ludzie nie porzucaja nadziei nawet w niebezpiecznych czasach, ale Jillian trzymala sie jej kurczowo, zywiac sie nia tak jak jedzeniem. Trzy lata temu, gdy byla kelnerka i mieszkala z trzema dziewczynami, zeby taniej wyszlo, jadla tylko dwa posilki dziennie, ktore dostawala gratis w restauracji, gdzie pracowala, jeszcze przed swoim pierwszym wystepem miala we krwi tyle nadziei, ile czerwonych i bialych krwinek oraz trombocytow. Niektorzy lekaliby sie rownie smialych marzen, ale Jilly wierzyla, ze dzieki nadziei i ciezkiej pracy zdobedzie wszystko, czego zechce.
Wszystko, procz wlasciwego mezczyzny.
Jadac przez dogasajace popoludnie, z Los Lunas do Socorro, potem do Las Cruces, czekajac w amerykanskim punkcie odpraw celnych na wschod od Akela, gdzie od niedawna kontrole przeprowadzano znacznie sumienniej niz w spokojniejszych czasach – Jilly cala droge rozmyslala o mezczyznach w swoim zyciu. Bylo ich tylko trzech, ale o trzech za duzo. Zmierzajac do Lordsburga na polnoc od gor Pyramid, do miasta Road Forks w Nowym Meksyku i wreszcie przekraczajac granice stanu, rozpamietywala przeszlosc, starajac sie zrozumiec, gdzie popelnila blad w kazdym z nieudanych zwiazkow.
Mimo ze byla gotowa wziac na siebie wine za burzliwy koniec wszystkich romansow, poniewczasie analizujac wszystko z uwaga pirotechnika stojacego przed decyzja, ktory z drucikow ma przeciac, zeby zapobiec katastrofie, doszla w koncu do wniosku (nie po raz pierwszy zreszta); ze bardziej niz ona zawinili nieodpowiedzialni mezczyzni, ktorym zaufala. Zdradzili ja. Oszukali. Gdyby nawet spojrzec na nich bez uprzedzen, przez najbardziej rozowe z rozowych okularow, okazywali sie lajdakami, trzema swinkami, ktore przejawialy wylacznie swinskie cechy charakteru i ani jednej dobrej. Gdyby u ich drzwi stanal wilk i zdmuchnal slomiana chatke, sasiedzi zgotowaliby mu owacje i poczestowaliby winem, zeby mial czym popic kolacje zlozona z kotletow wieprzowych.
– Jestem zgorzkniala, msciwa suka – oswiadczyla Jilly. Kochany Fred milczaco zaprotestowal.
– Czy kiedykolwiek spotkam porzadnego faceta? -zastanawiala sie glosno.
Chociaz Fred wykazywal liczne zalety – byl cierpliwy i spokojny, nigdy sie na nic nie skarzyl, wyjatkowo umial sluchac i milczaco wspolczuc oraz mial zdrowy korzen – nigdy nie twierdzil, ze zostal obdarzony zdolnoscia jasnowidzenia. Nie mogl wiedziec, czy pewnego dnia Jilly spotka porzadnego faceta. Na ogol ufal przeznaczeniu. Podobnie jak inne bezwolne gatunki pozbawione umiejetnosci poruszania sie, mogl tylko polegac na losie i miec nadzieje na pomyslny obrot spraw.
– Oczywiscie, ze spotkam porzadnego faceta – oznajmila zdecydowanie Jilly, gdy jak zwykle wstapila w nia otucha. – Spotkam kilkunastu porzadnych facetow, kilkudziesieciu, setki. – Z melancholijnym westchnieniem wcisnela hamulec, widzac tuz przed soba sznur samochodow tloczacych sie na wschodniej nitce autostrady miedzystanowej numer 10. – Nie chodzi o to, czy spotkam porzadnego faceta, ale czy go poznam, jezeli nie bedzie mial wokol siebie choru aniolow, a nad glowa migajacej aureoli z napisem „Swietny facet, swietny facet, swietny facet'.
Jillian nie widziala usmiechu Freda, ale wyraznie go wyczula. – Och, spojrzmy prawdzie w oczy – wyjeczala. – W sprawach facetow jestem naiwna i latwo daje sie wprowadzic w blad. Fred potrafil odroznic prawde od klamstwa. Madry Fred. Cisza, jaka skwitowal deklaracje Jilly, miala zupelnie inna wymowe niz cichy protest, gdy nazwala sie zgorzkniala, msciwa suka.