obrazku.
Prawa reka- ta spokojna – Shep wybral tekturowy element o ksztalcie ameby, spojrzal na niego i odlozyl na bok. Po chwili chwycil ze stosu inny fragment i momentalnie umiescil we wlasciwym miejscu, potem drugi i trzeci – wszystko w ciagu pol minuty. Wydawalo sie, jakby sadzil, ze poza nim w pokoju nie ma nikogo.
Dylan czul, jak serce tlucze mu o zebra, jak gdyby testujac wytrzymalosc konstrukcji klatki piersiowej. Przy kazdym uderzeniu w obolalej czaszce pulsowal bol w okropnym synkopowanym rytmie, a knebel w ustach drgal jak zywe stworzenie, co chwila wzbudzajac odruch wymiotny.
Dylan bal sie, choc tacy duzi chlopcy nie powinni sie az tak bac, nie wstydzil sie strachu i czul sie dobrze w roli duzego przerazonego chlopca; byl pewien jednego: dwadziescia dziewiec lat to za wczesnie na smierc. Gdyby mial dziewiecdziesiat dziewiec lat, twierdzilby zapewne, ze wiek sredni zaczyna sie dopiero po setce.
Smierc nigdy go specjalnie nie kusila. Nie rozumial fanatykow subkultury gotyckiej i ich niezmiennego sentymentu do ozywionych zmarlych; wampiry jakos go nie pociagaly. Nie porywal go tez do tanca gangsta-rap ze swa gloryfikacja morderstwa i celebrowaniem okrucienstwa wobec kobiet. Nie lubil filmow, ktorych glownym tematem byly wypruwanie flakow i odcinanie glow; w najlepszym razie nie dalo sie przy nich jesc popcornu. Dylan przypuszczal, ze zawsze pozostanie w tyle za moda. Bylo mu przeznaczone pozostac staroswieckim jak biedermeier. Jednak perspektywa wiecznej staroswiecczyzny wydawala mu sie o wiele bardziej zachecajaca niz perspektywa rychlej smierci.
Mimo przerazenia, w sercu wciaz tlila mu sie nadzieja. Przede wszystkim, gdyby nieznany napastnik zamierzal go zabic, cialo Dylana z pewnoscia osiagneloby juz temperature pokojowa. Siedzial skrepowany i zakneblowany, poniewaz przestepca mial wobec niego inne plany.
Na mysl przychodzily tortury. Dylan nigdy nie slyszal, by kogos zameczono na smierc w ktoryms z moteli nalezacym do krajowej sieci, przynajmniej nie zdarzalo sie to regularnie. Psychopatyczni zabojcy raczej czuliby sie niezrecznie, uprawiajac swoj proceder w miejscu, w ktorym w tym samym czasie moglo odbywac sie zebranie klubu Rotarian. W ciagu lat spedzonych w podrozy Dylan narzekal tylko na kiepsko utrzymane pokoje, pomylkowe poranne telefony z niezamowionym budzeniem i marne jedzenie w restauracji. Ale gdy juz pomyslal o torturach, nie umial znalezc sposobu, jak o nich zapomniec.
Pocieszal sie rowniez mysla, ze panujacy nad sytuacja napastnik oszczedzil Shepherda, ktorego nie uderzyl ani nie skrepowal. Swiadczylo to, ze zloczynca, kimkolwiek byl, dostrzegl obojetnosc Shepa wobec swiata i zorientowal sie, ze uposledzony chlopiec nie stanowi zagrozenia.
Prawdziwy socjopata pozbylby sie jednak Shepherda, albo dla zabawy, albo zeby poprawic swoj wizerunek zabojcy. Oblakani mordercy prawdopodobnie zywili przekonanie, jak wiekszosc wspolczesnych Amerykanow, ze potwierdzanie poczucia wlasnej wartosci jest niezbednym warunkiem zdrowia psychicznego.
Kladac kolejny bezksztaltny kawalek tektury na swoim miejscu, przyciskajac go kciukiem prawej dloni i kwitujac rytualnym skinieniem glowy, Shepherd pracowal nad ukladanka w zawrotnym tempie, z predkoscia szesciu, siedmiu elementow na minute.
Dylan zaczal widziec wyrazniej, a odruchy wymiotne ustaly. Zazwyczaj takie objawy przyjmowalo sie z radoscia, ale Dylan nie odczuje zadnej radosci, dopoki sie nie dowie, kto go zaatakowal i w jakim celu.
Lomot serca jak huk kotlow i szum krwi w uszach przypominajacy nieco dzwiek delikatnie muskanych czyneli skutecznie zagluszaly wszelkie odglosy, jakie mogl wydawac intruz. Byc moze jadl ich kolacje kupiona w barze – albo przygotowywal do odpalenia pile lancuchowa.
Dylan siedzial pod pewnym katem w stosunku do lustra wiszacego nad biurkiem, widzial wiec tylko odbicie niewielkiego fragmentu pokoju za soba. Obserwujac brata oddanego bez reszty ukladance, dostrzegl z brzegu lustra jakis ruch, lecz zanim zdazyl skupic na nim wzrok, widmo zniknelo z pola widzenia.
Kiedy napastnik w koncu ukazal sie Dylanowi, wygladal nie grozniej niz piecdziesieciokilkuletni dyrektor choru, ktoremu najwieksza radosc sprawia sluchanie swietnie zestrojonych glosow wyspiewujacych radosne hymny. Opadajace ramiona. Wydatny brzuch. Przerzedzone siwe wlosy. Male, delikatnie wyrzezbione uszy. Dobroduszna, rozowa twarz o nieco obwislych policzkach przypominala bochen chleba. Jasnoniebieskie oczy byly zalzawione, jak gdyby ze wspolczucia, i zdawala sie w nich odbijac dusza zbyt poczciwa, by mogla zrodzic jakakolwiek wroga mysl.
Wygladal jak antyteza lotrostwa, ale mimo ze lagodnie sie usmiechal, trzymal w rekach dosc dluga gumowa rurke. Przypominajaca weza. Dlugosci dwoch, moze trzech stop. Zadnego nieozywionego przedmiotu – lyzki czy naostrzonego jak brzytwa sprezynowca – nie mozna nazwac zlym; lecz o ile nozem sprezynowym mozna po prostu obrac jablko, o tyle trudno bylo w tej chwili grozy wyobrazic sobie rownie niewinne przeznaczenie gumowej rurki o przekroju pol cala.
Bujna wyobraznia artysty podsuwala Dylanowi absurdalne, ale bardzo plastyczne obrazy przymusowego karmienia przez nos oraz badania okreznicy przez zupelnie inny otwor ciala.
Lek nie opuscil Dylana, ktory zorientowal sie, ze rurka jest opaska uciskowa. Zrozumial za to, dlaczego ma lewa dlon zwrocona wewnetrzna strona ku gorze.
Gdy zaprotestowal przez przesiakniety slina knebel i tasme izolacyjna, zdolal wydobyc z siebie glos, jaki moglby wydac czlowiek pogrzebany zywcem, wzywajacy pomocy przez wieko trumny i szesc stop ubitej ziemi.
– Spokojnie, synu, spokojnie. – Intruz nie mowil twardym glosem opryszka, ale cichym i wspolczujacym, jak wiejski lekarz, ktory ze wszystkich sil pragnie ulzyc pacjentowi w cierpieniu. – Nic ci nie bedzie.
Ubrany tez byl jak wiejski lekarz, prawdziwy relikt ubieglego wieku wziety prosto z ilustracji Normana Rockwella na pierwszej stronie „Saturday Evening Post'. Wypolerowane do polysku skorzane buty Isnily jak lustro, bezowe spodnie w kant podtrzymywaly szelki. Byl bez plaszcza, mial podwiniete rekawy koszuli, rozpiety kolnierzyk oraz poluzowany krawat i brakowalo mu tylko stetoskopu, by wygladac zupelnie jak lekarz z wioski, odrobine wymiety po wielu domowych wizytach, o ktorym wszyscy mieszkancy mowia zyczliwie „pan doktor'.
Dylan mial na sobie koszule z krotkim rekawem, mezczyzna wiec bez problemu zalozyl mu opaske uciskowa. Szybko zawiazal gumowa rurke na bicepsie i na przedramieniu Dylana ukazala sie mocno nabrzmiala zyla.
Lekko opukujac uwydatnione naczynie, „Pan Doktor' mruknal:
– Slicznie, slicznie.
Majac w ustach knebel i bedac zmuszonym do oddychania przez nos, Dylan wyraznie slyszal dowod swego narastajacego strachu – coraz szybszy rytm rzezacych wdechow i wydechow. Lekarz przemyl skore wacikiem nasaczonym alkoholem.
Wszystkie elementy skladajace sie na te chwile – Shep machajacy do nikogo i blyskawicznie rozprawiajacy sie z ukladanka, usmiechniety intruz przygotowujacy pacjenta do zastrzyku, paskudny smak knebla, ostra won alkoholu i bolesny ucisk tasmy izolacyjnej – calkowicie absorbowaly piec zmyslow, nie sposob wiec bylo brac pod uwage mozliwosci, ze to tylko sen. Mimo to kilka razy Dylan zamykal oczy i szczypal sie w duchu… po czym spogladal na pokoj i dyszac z jeszcze wiekszym przerazeniem, stwierdzal, ze ten koszmar dzieje sie naprawde.
Strzykawka do iniekcji podskornych na pewno nie mogla byc tak ogromna jak ta. Instrument, jaki trzymal Doktor, nadawal sie bardziej dla sloni czy nosorozcow niz dla ludzi. Dylan przypuszczal, ze rozmiary strzykawki wyolbrzymil jeszcze strach.
Trzymajac kciuk prawej dloni na tloku, zaciskajac zgiete palce na kolnierzu, Doktor wyciskal ze strzykawki powietrze, dopoki z igly nie trysnela lukiem odrobina zlocistego plynu i mieniac sie w blasku lampy, opadla na dywan.
Wydajac zduszony krzyk protestu, Dylan szarpnal wiezy, az krzeslo zakolysalo sie na boki.
– Tak czy inaczej – rzekl przyjaznie lekarz – jestem zdecydowany ci to zaaplikowac.
Dylan niezlomnie potrzasnal glowa.
– Synu, od tej szprycy nie umrzesz, ale jak sie bedziesz szamotac, cos ci sie moze stac.
Szprycy. Buntowal sie przeciw perspektywie wstrzykniecia leku, narkotyku-albo toksycznej substancji chemicznej, trucizny czy osocza krwi zakazonego paskudna choroba – a teraz jeszcze energiczniej protestowal przeciw temu, by do jego zyly trafila jakas nieokreslona szpryca. Tak nonszalanckie slowo sugerowalo niestarannosc, lajdactwo naznaczone niedbalstwem, jak gdyby ten okaz banalnosci zla o obwislych policzkach, okraglych ramionach i wystajacym brzuchu, mimo ze zadal sobie tyle trudu, nie mial nawet ochoty zapamietac nazwy substancji, ktora zamierzal podac ofierze. Szpryca! Slowo moglo tez oznaczac, ze zlota ciecz w strzykawce to cos bardziej egzotycznego niz zwykly lek, trucizna czy zainfekowane osocze, cos tajemniczego i jedynego w swoim rodzaju, co trudno nazwac. Jezeli wiesz tylko tyle, ze usmiechniety, stukniety lekarz o rozowej twarzy