Sznur samochodow utknal na amen.

Karmazynowy zachod slonca i zmierzch spedzili na kolejnym oczekiwaniu, tym razem przed posterunkiem Inspekcji Rolnej Arizony na wschod od San Simon, ktory sluzyl obecnie i stanowym, i federalnym agencjom strozow prawa. Poza urzednikami Departamentu Rolnictwa w kontroli uczestniczyli takze ubrani po cywilnemu agenci o kamiennych spojrzeniach, sluzacy zapewne w jakiejs organizacji, ktora miala niewiele wspolnego z warzywami; najwyrazniej szukali szkodnikow znacznie niebezpieczniejszych od muszek owocowych hodowanych w przemycanych pomaranczach. Maglowali Jilly z takim uporem, jakby sadzili, ze ukrywa pod siedzeniem karabin polautomatyczny i czador, a Fredowi przygladali sie z uwaga i nieufnoscia, jak gdyby w przekonaniu, ze pochodzi z Bliskiego Wschodu, jest fanatykiem religijnym i ma zle intencje.

Jednak nawet ci groznie wygladajacy mezczyzni, ktorzy mieli swoje powody, by patrzec podejrzliwie na kazdego podroznego, nie mogli zbyt dlugo uwazac Freda za zloczynce. Cofneli sie i przepuscili cadillaca przez punkt kontroli.

Zamykajac elektrycznie opuszczana szybe i wciskajac pedal gazu, Jilly powiedziala:

– Dobrze, ze nie wsadzili cie do pudla, Freddy. Przy naszym budzecie nie moglibysmy sobie pozwolic na kaucje.

Przez mile jechali w milczeniu.

Jeszcze przed zachodem slonca pokazal sie widmowy ksiezyc jak blade oko ektoplazmy; wraz z zapadnieciem zmroku jego cyklopowe spojrzenie stalo sie jasniejsze.

– Byc moze rozmowa z roslina to nie tylko dziwactwo – rozmyslala na glos Jilly. – Byc moze mam troche nierowno pod sufitem.

Na polnoc i poludnie od autostrady panowala nieprzenikniona ciemnosc. Chlodny blask ksiezycowy nie mogl rozjasnic mroku, jaki po zmierzchu zapadl na pustyni.

– Przepraszam, Fred. Nie powinnam tego mowic. Grubosz byl dumny, ale umial tez przebaczac. Sposrod trzech mezczyzn, z ktorymi Jilly zglebiala tajniki dysfunkcji zwiazku, zaden nie zawahalby sie wykorzystac przeciwko niej najbardziej niewinnej oznaki niezadowolenia z jej strony; kazdy postaralby sie wzbudzic w niej poczucie winy i wszedl w role zgnebionej ofiary jej wygorowanych oczekiwan. Fred, dzieki Bogu, nigdy nie bawil sie w podobne gierki.

Przez jakis czas jechali w przyjaznej ciszy, oszczedzajac mnostwo paliwa, gdy znalezli sie w silnym strumieniu powietrza za pedzacym peterbiltem, ktory, jak wynikalo z napisu na tylnych drzwiach, wiozl przysmaki lodowe wyglodnialym milosnikom przekasek na zachod od Nowego Meksyku.

Kiedy zblizyli sie do miasta rozjarzonego neonami moteli i stacji obslugi, Jilly zjechala z drogi miedzystanowej. Zatankowala na samoobslugowej stacji przy Union 76.

Przy tej samej ulicy byl bar z hamburgerami, gdzie kupila kolacje. Za lada stala starsza pani, czerstwa i tryskajaca radoscia jak ideal babci z filmow Disneya z lat szescdziesiatych, ktora upierala sie, by przypiac do bluzki Jilly znaczek z usmiechnieta zaba.

Restauracja sprawiala wrazenie tak czystej, ze mozna by tu przeprowadzic operacje wszczepienia poczwornych bypassow, w razie gdyby ktorys z klientow doznal blokady tetnic, konsumujac kolejnego podwojnego cheeseburgera. Sama czystosc jednak nie wystarczyla, by sklonic Jilly do spozycia posilku przy jednym z pokrytych laminatem stolikow, w intensywnym swietle, ktore mogloby spowodowac mutacje genetyczne.

Siedzac w zaparkowanym cadillacu coupe deville i jedzac kanapke z kurczakiem i frytki, Jilly sluchala wraz z Fredem swojego ulubionego radiowego talk-show, ktory poruszal takie tematy jak kontakty z UFO, wizyty niebezpiecznych istot pozaziemskich dyszacych pragnieniem plodzenia dzieci z Ziemiankami, pojawienie sie lesnego stwora znanego jako Wielka Stopa (a takze jego niedawno widzianego potomka, Malej Wielkiej Stopy) oraz przybyszy z odleglej przyszlosci, ktorzy zbudowali piramidy w blizej nieznanych wrogich celach. Tego wieczoru prowadzacy program Parish Lantern, obdarzony charakterystycznym zachrypnietym glosem, dyskutowal z goscmi o powaznym zagrozeniu, jakie stanowily pijawki mozgowe, ktore rzekomo przybyly do naszego swiata z rzeczywistosci alternatywnej.

Na szczescie zaden z dzwoniacych do programu sluchaczy ani slowem nie wspominal o radykalnych faszystowskich fundamentalistach muzulmanskich zdecydowanych zniszczyc cywilizacje, by przejac wladze nad swiatem. Podobno po zagniezdzeniu sie w placie potylicznym pijawka mozgowa przejmowala kontrole nad czlowiekiem, biorac w niewole jego umysl i cialo; stworzenia te byly zapewne oslizle i obrzydliwe, lecz Jilly sluchala programu Parisha z ulga. Gdyby nawet pijawki mozgowe naprawde istnialy, w co ani przez chwile nie wierzyla, potrafila je zrozumiec: rozumiala ich pasozytnicza nature i genetyczny imperatyw, ktory kazal im opanowywac inne gatunki. Natomiast zlo ludzkie rzadko, jesli w ogole, mialo podstawy racjonalne.

Fred nie mial mozgu, ktory moglby sluzyc pijawce za terytorium ekspansji, wiec mogl sluchac programu, nie obawiajac sie o wlasne bezpieczenstwo.

Jilly spodziewala sie, ze kolacja ja pokrzepi, ale gdy skonczyla jesc, czula sie tak samo zmeczona jak po zjezdzie z drogi miedzystanowej. Miala nadzieje, ze latwo zniesie nastepne cztery godziny jazdy przez pustynie do Phoenix, sluchajac przez czesc drogi kojacych fantazji Parisha Lanterna. Jednak w takim stanie mogla stanowic zagrozenie na autostradzie.

Przez szybe ujrzala motel po przeciwnej stronie drogi.

– Jezeli nie pozwalaja tam brac ze soba zwierzat domowych – powiedziala do Freda – jakos cie przemyce.

3

Dla osoby dotknietej nieznacznym uszkodzeniem mozgu, w wyniku ktorego cierpi na krotkotrwale i niekontrolowane napady obsesji, najlepsza rozrywka jest szybkie ukladanie lamiglowki.

Fatalny stan umyslu Shepherda zwykle dawal mu zdumiewajacy atut, ilekroc skupial cala uwage na ukladance obrazkowej. W tej chwili rekonstruowal skomplikowany obrazek bogatej w ornamenty swiatyni sinto otoczonej drzewami wisniowymi.

Mimo ze zaraz po przyjezdzie do motelu zaczal ukladac zestaw skladajacy sie z dwoch i pol tysiaca elementow, zdazyl juz ulozyc mniej wiecej jedna trzecia. Po wyznaczeniu czterech brzegow obrazka Shep metodycznie kierowal sie ku srodkowi.

Chlopiec – Dylan wciaz uwazal swojego brata za chlopca, chociaz Shep mial juz dwadziescia lat-siedzial przy biurku oswietlonym cylindryczna mosiezna lampa. Lewa reke trzymal na wpol uniesiona i bez przerwy machal dlonia, jak gdyby pozdrawial swoje odbicie w lustrze wiszacym nad biurkiem; w istocie jednak patrzyl tylko na ukladany obrazek i pozostale kawalki w otwartym pudelku. Najprawdopodobniej w ogole nie zdawal sobie sprawy, ze macha reka, i na pewno nie mogl nad tym panowac.

Tiki, napadowe kolysanie i inne dziwaczne, monotonne ruchy stanowily objawy choroby Shepa. Czasami potrafil trwac bez ruchu jak statua z brazu albo marmuru, zapominajac nawet mrugac oczami, ale najczesciej calymi godzinami przebieral palcami albo krecil nimi mlynka, albo podrygiwal nogami czy przytupywal.

Natomiast Dylan byl przywiazany do krzesla i nie mogl niczym machac ani kolysac, ani krecic mlynka. Kostki nog krepowaly mu grube zwoje calowej tasmy izolacyjnej, ktora okrecono wokol nog krzesla; nadgarstki i przedramiona przywiazano mu tasma do oparc. Prawa reke mial zwrocona wewnetrzna strona dloni do dolu, a lewa odwrotnie – ku gorze.

W usta wepchnieto mu jakas szmate, kiedy byl nieprzytomny. Wargi tez mial zaklejone tasma.

Dylan byl przytomny od dwoch czy trzech minut, ale nie udalo mu sie polaczyc zadnego z elementow strasznej ukladanki, przed ktora go postawiono. Nie mial pojecia, kto go napadl ani dlaczego.

Dwukrotnie probowal odwrocic sie na krzesle, by spojrzec w strone lozek i lazienki, ktore mial za soba, lecz nieznany wrog wymierzyl mu dwa ciosy w glowe, powstrzymujac jego ciekawosc. Uderzenia nie byly silne, ale wymierzone we wrazliwe miejsce, gdzie wczesniej zostal trafiony o wiele mocniej, totez znowu omal nie zemdlal.

Gdyby Dylan zaczal wolac na pomoc, jego zduszony krzyk nie wydostalby sie poza pokoj, ale uslyszalby go Shep siedzacy w odleglosci mniejszej niz dziesiec stop. Niestety, brat nie zareagowalby ani na przerazliwy krzyk, ani na szept. Nawet w swoje najlepsze dni rzadko reagowal na Dylana czy kogokolwiek innego, a gdy jego uwage pochlaniala ukladanka, swiat wydawal mu sie mniej rzeczywisty niz dwuwymiarowa scena na pokawalkowanym

Вы читаете Przy Blasku Ksiezyca
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату