Street. Byla to krotka uliczka polozona dosc daleko od miejsca, w ktorym sie znajdowali. Konrad mial niepewna mine.
– Jupe, bedzie lepiej, jesli wrocimy. Pan Tytus prosil, zebym nie wyjezdzal na dlugo.
– Tylko przejedziemy kolo tego domu. Upewnimy sie, gdzie stoi. I tak nie moglibysmy tam wtargnac i ni stad, ni zowad rozpoczac przeszukiwania. Musimy zawiadomic inspektora Reynoldsa o naszych domyslach.
Pete i Bob wiedzieli, ze Jupiter wolalby sam znalezc pieniadze i zaniesc je triumfalnie na policje. Jednak wszyscy trzej zdawali sobie sprawe, ze bylo to niewykonalne. Konrad zgodzil sie przejechac przez Danville Street w drodze powrotnej do Rocky Beach.
Humory chlopcow znacznie sie poprawily, choc Pete nadal nie pozbyl sie pewnych watpliwosci.
– Jupe, nie mamy zadnej pewnosci, iz Spike Neely schowal skradzione pieniadze w domu swojej siostry.
Jupiter potrzasnal glowa.
– To jedyne logiczne rozwiazanie, Pete. Gdybym byl Spike'em Neelym, zrobilbym to samo.
Po wielu zakretach wjechali w koncu na Danvilie Street.
– Tu sa numery zaczynajace sie od dziewieciuset – zauwazyl Jupiter. – Konradzie, skrec w lewo. Tam powinny byc piecsetki.
Konrad skrecil i chlopcy uwaznie przygladali sie mijanym domom, odczytujac glosno ich numery.
– Jestesmy przy osmiuset. Jeszcze trzy przecznice i bedziemy na miejscu – oglosil Bob.
Przejezdzali obok malych schludnych domkow ze starannie utrzymanymi ogrodkami. Chlopcy z wyciagnietymi szyjami pochylili sie do przodu.
– Powinien byc zaraz za nastepna przecznica – powiedzial Bob z przejeciem. – Wydaje mi sie, ze gdzies tak w polowie ulicy. Oczywiscie po prawej stronie, bo tu sa numery parzyste.
– Konradzie, zatrzymaj sie, jak dojedziemy do polowy ulicy – poprosil Jupiter.
– OK, Jupe.
Jechali jeszcze jakas minute i Konrad stanal.
– To tu, Jupe?
Jupiter nie odpowiedzial. Patrzyl z otwartymi ustami na wielki blok mieszkaniowy, zajmujacy wieksza czesc ulicy po tej stronie jezdni. Nie bylo tu ani jednego prywatnego domku.
– Nie ma juz numeru 532! – rzekl Bob glucho. – Stoi tu tylko ten blok o numerze 510.
– Trzeba bedzie spisac nasz dom na straty – sprobowal zazartowac Pete.
– Konradzie, pojedzmy jeszcze przecznice dalej. Moze tam znajdziemy numer 532 – powiedzial Jupiter.
Za nastepna przecznica byly juz numery zaczynajace sie od czterystu. Numer 532 Danville Street nie istnial. Konrad zatrzymal woz i spojrzal pytajaco na chlopcow.
– Czy sadzicie, ze pani Miller nie powiedziala nam prawdy? – zapytal Bob. – Moze nigdy nie mieszkala na Danville Street 532? Moze teraz demoluje swoj dom w poszukiwaniu piecdziesieciu tysiecy dolarow? Moze tylko chciala sie nas pozbyc?
– Nie – stwierdzil Jupiter. – Mysle, ze pani Miller mowila prawde. Cos musialo sie stac z domem spod numeru 532. Poczekajcie tutaj. Przeprowadze szybkie dochodzenie i zobaczymy, czego sie dowiem.
Jupiter wysiadl z samochodu i gdzies zniknal. Wrocil po kilkunastu minutach lekko zadyszany.
– A jednak dowiedzialem sie czegos. Rozmawialem z zarzadca, ktory pracuje w tym bloku od samego poczatku. Powiedzial, ze wybudowano go cztery lata temu i ze az szesc domow trzeba bylo przeniesc, zeby zrobic dla niego miejsce.
– Przeniesc! – krzyknal Pete. – Dokad przeniesc?
– Na Maple Street. To ulica rownolegla do tej, polozona jakies trzy przecznice dalej. Domy byly niezbyt duze i w dobrym stanie, wiec zamiast je burzyc, przeniesiono je na wolne miejsca wzdluz Maple Street i ustawiono na nowych fundamentach. A wiec dom pani Miller wciaz stoi… tyle ze gdzie indziej.
– Ale heca! – powiedzial Bob. – Wedrujacy dom! Tylko jak go rozpoznamy? Przeciez teraz ma juz inny numer, nie 532.
– Mozemy zatelefonowac do pani Miller i poprosic, by go opisala – stwierdzil Jupiter. – A potem przejdziemy sie na Maple Street i poszukamy go.
– Nie dzisiaj. Robi sie pozno – zauwazyl Bob.
– Zgadza sie, Jupe. Trzeba wracac do skladu – wtracil Konrad. – Jestesmy juz spoznieni.
– Trudno. Poczekamy z tym do jutra – westchnal Jupiter. – No, dobra, Konradzie, jedziemy do domu.
Konrad wlaczyl motor i zjechal z kraweznika. W tej samej chwili wielki czarny samochod, stojacy o przecznice dalej, zrobil to samo i ruszyl za nimi. Siedzialo w nim trzech mezczyzn o zakazanych twarzach. Ani Konrad, ani chlopcy nie zauwazyli ich.
Do skladu dojechali tuz przed zamknieciem i wuj Tytus skarcil ich lekko za spoznienie. Nastepnie zwrocil sie do Jupitera:
– Jupiterze, moj chlopcze, podczas twojej nieobecnosci przyszla jakas paczka. Spodziewasz sie czegos?
– Paczka? – zdumial sie Jupiter. – Nie, niczego sie nie spodziewam. Co w niej jest, wuju?
– Nie wiem. To wielkie pudlo adresowane do ciebie. Nie otworzylem go, naturalnie. O, stoi tam, kolo drzwi do biura.
Chlopcy pobiegli obejrzec przesylke. Bylo to wielkie kartonowe pudlo, pozaklejane ze wszystkich stron szeroka, brazowa tasma klejaca. Naklejka pocztowa wskazywala, ze nadeszlo ekspresem z Los Angeles, ale nazwiska nadawcy nigdzie nie bylo.
– Jak myslicie, co w nim jest? – zapytal Pete.
– Musimy je otworzyc – stwierdzil Jupiter zaciekawiony. – Zaniesmy je do warsztatu.
Razem z Pete'em zadzwigali pudlo przez caly dziedziniec do swego ustronnego miejsca pracy. Jupiter wyjal swoj cenny szwajcarski noz o wielu ostrzach, szybko poprzecinal tasme i otworzyl karton. Wszyscy trzej wpatrywali sie z konsternacja w zawartosc pudla.
– O, nie! – jeknal Pete. – Tylko nie to!
Nawet Jupiter nie mogl przez chwile wydobyc z siebie glosu.
– Ktos nam odeslal kufer Guliwera – wykrztusil wreszcie. Spogladali na wieko kuferka, ktorego mieli nadzieje juz nigdy nie ogladac, gdy wtem z jego wnetrza doszedl stlumiony glos:
– Pospieszcie sie! Odnajdzcie… wskazowke!
Sokrates! Przemowil do nich z zamknietego kufra!
Rozdzial 12. Trzej Detektywi znajduja trop
– I co teraz? – spytal ponuro Pete.
Bylo pozne popoludnie nastepnego dnia. Sobota. Trzej Detektywi zebrali sie na narade na zapleczu skladu. Minionego wieczoru zaden z nich nie mial ochoty zastanawiac sie nad zagadkowym powrotem kufra Guliwera. Byli tym faktem dosc wstrzasnieci. Schowali pudlo kolo maszyny drukarskiej i postanowili z wszelkimi decyzjami odczekac do nastepnego dnia.
Bob skonczyl swoj biblioteczny dyzur, a Jupiter, odpowiedzialny za sklad podczas nieobecnosci ciotki i wuja, skorzystal z chwilowego zastoju w interesie i tez do nich dolaczyl.
Wszyscy trzej spogladali teraz na kufer, zastanawiajac sie, co z nim zrobic.
– Wiecie co? – odezwal sie Bob. – Zawiezmy go od razu do inspektora Reynoldsa, powiedzmy mu wszystko, co wiemy, i niech on dalej prowadzi te sprawe.
– Dobry pomysl! – zgodzil sie Pete entuzjastycznie. – I co ty na to, Jupe?
– Moze i macie racje – odparl Jupiter powoli. – Tylko ze tak naprawde, to wiemy niewiele. Domyslamy sie jedynie, ze Spike Neely ukryl skradzione pieniadze w domu swojej siostry, ale to wcale nie jest takie pewne. Po prostu – prawidlowa dedukcja.
– Mnie to przekonuje – powiedzial Bob. – Spike zjawil sie u siostry tego samego dnia, kiedy napadl na bank w San Francisco. A wiec musial miec pieniadze przy sobie. Obawial sie poscigu i najprawdopodobniej ukryl je gdzies w domu, zanim wyszedl. Myslal, ze siostra pozostanie w nim na zawsze i ze kiedy sprawa przycichnie, bedzie mogl wrocic po pieniadze.
– A poza tym – wtracil Pete – jesli nawet nie schowal pieniedzy w tym domu, to nasze szanse na ich