– Osoba to osoba, niezaleznie ile ma wzrostu. – Co ja, u licha, robilam, stojac po ciemku na srodku jaskini, otoczona przez szczurolaki, cytujac braci Grimm i usilujac unicestwic tysiacletnia wampirzyce?
To musial byc jeden z dziwniejszych tygodni mego zycia. Rafael, Krol Szczurow, rzekl:
– Mozesz juz zapalic lampke.
Zrobilam to natychmiast. Moje oczy zdawaly sie chlonac swiatlo, aby moc napawac sie widokiem. Czlekoszczury staly w malych grupkach w szerokim tunelu o niskim sklepieniu. Siedmiu samcow pokrytych gestym futrem mialo na sobie dzinsy z obcietymi nogawkami. Dwoch nosilo rowniez podkoszulki. Trzy samice byly ubrane w workowate dresy przypominajace odziez ciazowa. Ich czarne slepka rozblysly w swietle. Wszyscy byli obrosnieci gesta, lsniaca sierscia.
Edward podszedl, by stanac obok mnie. Wpatrywal sie w szczurolaki z niewzruszonym, nieodgadnionym wyrazem twarzy. Dotknelam jego ramienia. Powiedzialam Rafaelowi, ze nie jestem lowca nagrod, ale Edward czasami polowal dla forsy. Mialam nadzieje, ze nie narazilam tych ludzi na niebezpieczenstwo z jego strony.
– Jestes gotowa? – spytal Rafael. Wygladal tak jak podczas naszego pierwszego spotkania, byl smuklym czarnym czlekoszczurem.
– Tak – odparlam.
Edward pokiwal glowa.
Szczurolaki zajely pozycje na prawo i lewo od nas, po czym ruszyly po zwietrzalym kamiennym podlozu.
– Sadzilam, ze w jaskiniach zwykle panuje wilgoc – rzucilam, nie kierujac tych slow do nikogo konkretnego.
– Jaskinie Cherokee sa martwe – odparl niski czlekoszczur w podkoszulku.
– Nie rozumiem.
– W jaskini zywej jest woda i roslinnosc. Jaskinie sucha, gdzie nic nie rosnie, okresla sie mianem martwej.
– Och – mruknelam.
Wyszczerzyl do mnie wielkie zebiska w grymasie, ktory zapewne w jego mniemaniu mial oznaczac usmiech.
– To wiecej niz chcialas wiedziec, co?
– To nie wycieczka z przewodnikiem, Louie – syknal Rafael. – A teraz uciszcie sie oboje.
Louie wzruszyl ramionami i wysforowal sie przede mnie. To on towarzyszyl Rafaelowi w restauracji. Mial takie ciemne oczy.
Jedna z kobiet miala siersc niemal calkiem siwa. Nazywala sie Lillian i byla lekarka. Niosla plecak z cala masa sprzetu medycznego i lekow. Najwyrazniej spodziewali sie, ze bez ofiar sie nie obejdzie. Przynajmniej zakladali, ze wyjdziemy z tego z zyciem. Szczerze mowiac, ja sama zaczelam sie juz nad tym zastanawiac.
Dwie godziny pozniej dotarlismy do miejsca, gdzie sklepienie tunelu bylo tak niskie, ze nie moglam sie nawet wyprostowac. Rownoczesnie dowiedzialam sie, czemu mialy sluzyc kaski, ktore otrzymalismy z Edwardem. Chyba ze sto razy wyrznelam glowa o skaly. Gdyby nie kask, bylabym nieprzytomna na dlugo przed dotarciem do kryjowki Nikolaos.
Szczury wydawaly sie wrecz stworzone do tych korytarzy, smigaly po nich gladko, splaszczajac swe ciala z dziwna wezowa gracja. Edward i ja nie potrafilismy im dorownac. I nawet nie probowalismy.
Edward zaklal cicho za moimi plecami. Jego dodatkowe dwanascie centymetrow wzrostu sprawialo mu nie lada klopot. Mnie krzyz palil zywym ogniem. On musial cierpiec jeszcze bardziej. Zdarzaly sie krotkie odcinki, gdzie sklepienie wypietrzalo sie i moglismy sie wreszcie wyprostowac. Nie moglam doczekac sie kolejnego takiego fragmentu tunelu. Laknelam ich jak nurek kieszeni powietrznych.
Ciemnosc zaczela sie zmieniac. Gdzies w oddali przed nami pojawilo sie swiatlo, slabe bo slabe, ale zawsze. Migotalo na drugim koncu tunelu jak miraz.
Rafael przykucnal obok nas. Edward usiadl na plaskim, suchym kamiennym podlozu. Dolaczylam do niego.
– Oto wasz loch. Zaczekamy tu az do zmierzchu. Jezeli nie wyjdziecie, odejdziemy stad. Jezeli Nikolaos zginie i bedziemy mogli wam pomoc, zrobimy to.
Skinelam glowa; swiatlo z mojej czolowki zamigotalo.
– Dziekuje za pomoc.
Rafael pokrecil spiczasta szczurza glowa.
– Pomoglem wam dotrzec do domeny diabla. Nie dziekuj mi za to.
Spojrzalam na Edwarda. Jego twarz pozostawala niewzruszona i nieodgadniona. Jesli interesowalo go, co powiedzial przed chwila Rafael, nie dal tego po sobie poznac. Rownie dobrze moglismy rozmawiac o planowanych zakupach.
Edward i ja ukleklismy przed wejsciem do lochu. Swiatlo pochodni zamigotalo, wydawalo sie niezwykle jasne po tak dlugim czasie, jaki spedzilismy w ciemnosciach. Edward zaciskal dlon na kolbie uzi, ktore mial przewieszone na ukos przez piers. Ja mialam strzelbe. A takze moje dwa pistolety, dwa noze i derringera w kieszeni kurtki. To byl prezent od Edwarda. Dajac mi go, dolozyl jeszcze dobra rade:
– Kopie jak sukinsyn, ale wcisnij go komus pod brode i nacisnij spust, to urwie mu leb. – Dobrze to wiedziec.
Na zewnatrz byl dzien. Wampiry nie powinny byc aktywne, ale na pewno bedzie tam Burchard. A jezeli nas spostrzeze, Nikolaos dowie sie o nas. W jakis sposob bedzie wiedziala.
Na moich ramionach pojawila sie gesia skorka.
Wpelzlismy do srodka, gotowi zabijac i okaleczac. Pomieszczenie okazalo sie puste. Poziom adrenaliny w moim ciele opadl, wywolujac przyspieszony oddech i gwaltowne bicie serca. Miejsce, gdzie przykuty zostal Phillip, bylo czyste. Ktos tu starannie posprzatal. Niezle sie postaral. Przemoglam sie i nie dotknelam sciany, przy ktorej go spetano.
Edward zawolal polglosem:
– Anito. – Stal juz przy drzwiach.
Podeszlam do niego szybkim krokiem.
– Co sie stalo? – zapytal.
– To tutaj zabila Phillipa.
– Mysl o tym, co mamy zrobic. Nie chce umrzec przez twoje rozkojarzenie.
Poczulam, ze ogarnia mnie zlosc, ale pohamowalam ja. Mial racje.
Edward sprawdzil drzwi. Byly otwarte. Zadnych wiezniow, nie bylo wiec potrzeby, aby je zamykac. Stanelam po lewej stronie, Edward po prawej. Korytarz byl pusty.
Poczulam, ze zaczynaja mi sie pocic dlonie. Scisnelam mocniej strzelbe.
Edward ruszyl naprzod wzdluz prawej sciany korytarza. Podazylam za nim do kryjowki smoka. Nie czulam sie jak rycerz. Nie mialam bialego rumaka ani lsniacej zbroi i w ogole…
Niewazne. Bylismy tu. To wszystko. Poczulam, ze serce podchodzi mi do gardla.
46
Smok nie wypadl znienacka i nie pozarl nas na sniadanie. W gruncie rzeczy wokolo bylo piekielnie cicho. Mozna by nawet powiedziec, ze za cicho.
Podeszlam do Edwarda i wyszeptalam:
– Nie zebym sie skarzyla, ale gdzie sie wszyscy podziali?
Oparl sie plecami o sciane i odparl:
– Moze zabilas Wintera. Pozostawalby wiec juz tylko Burchard. Moze akurat mial cos do zalatwienia.
Pokrecilam glowa.
– To zbyt proste.
– Bez obawy. Juz wkrotce cos sie wydarzy. Za dobrze nam idzie.
Ruszyl w glab korytarza. Pospieszylam za nim. Dopiero po jakichs trzech krokach zorientowalam sie, ze Edward najzwyczajniej w swiecie zazartowal.
Korytarzem dotarlismy do rozleglej sali tronowej Nikolaos, ale nie bylo w niej fotela. Staly natomiast trumny.