I zabiles Joanie. Zabiles ich wszystkich. Ilu? Ilu, do diabla?
Ferguson wyprostowal sie.
– Gadasz od rzeczy, panie Cowart – odparl z chlodnym spokojem. – Ten czlowiek… – wskazal Tanny’ego Browna – wpoil ci tego rodzaju bzdury. Nikogo nie zabilem. Powiedzialem ci to juz kiedys. I mowie ci teraz.
Obejrzal sie na policjanta.
– Nie masz nic, czym moglbys mnie przestraszyc, Tanny Brown. Nie masz niczego, co moglbys w ostatniej chwili przedstawic w sadzie, czego jakis prawnik nie rozerwie na strzepy. Nie masz nic.
– Nie – powiedzial Cowart. – Ja mam to wszystko.
Oczy Fergusona poslaly gniewne blyski. Reporter poczul uderzenie goraca na twarzy.
– Sadzisz, ze masz monopol na prawde, panie Cowart. Nie masz. – Ferguson zacisnal mocno piesci.
Brown postapil krok do przodu, odgarniajac Cowarta ramieniem na bok.
– Pieprze to. Pieprze cie, Bobby Earl. Chce, zebys udal sie ze mna do miasta. Chodzmy…
– Aresztujesz mnie?
– Tak. Za zamordowanie Joanie Shriver. Ponownie. Za stawianie oporu wymiarowi sprawiedliwosci. Za ukrywanie tych ubran w wychodku. Za skladanie falszywych zeznan pod przysiega. I jako swiadka znikniecia Bruce’a Wilcoxa. To nam daje mnostwo powodow.
Twarz Tanny’ego Browna wygladala jak zelazna maska. Wolna reka siegnal do kieszeni i wyciagnal kajdanki. Trzymal bron wycelowana w glowe Fergusona.
– Znasz schemat. Twarza do sciany, rece i nogi rozstawione.
– Aresztujesz mnie? – zapytal zabojca, cofajac sie o krok. Jego glos uniosl sie o ton wyzej, sprawiajac teraz wrazenie bardziej gniewnego. – Mam juz za soba to oskarzenie. Cala reszta to kupa gowna. Nie mozesz tego zrobic!
Tanny Brown uniosl wyzej sluzbowy rewolwer.
– Popatrz na mnie – powiedzial powoli. Jego oczy rzucaly blyskawice w kierunku Fergusona. – Nie powinienes nigdy pozwolic mi ciebie odnalezc, Bobby Earl, poniewaz dla ciebie wszystko sie skonczylo. Wlasnie teraz. Wszystko sie skonczylo.
– Nic na mnie nie masz. – Ferguson zasmial sie chlodno. – Gdybys mial, zjawilbys sie tutaj z cala pieprzona armia, a nie tylko z jednym reporterem i masa cholernie glupich pytan, ktore nie prowadza do niczego.
Wypluwal slowa niczym przeklenstwa.
– Odejde wolny, Tanny Brown, i wiesz o tym. – Zasmial sie. – Odejde wolny.
Slowom Fergusona zaprzeczaly jednak nerwowe ruchy jego ciala. Pochylil ramiona do przodu, rozstawil szeroko nogi, jakby przygotowujac sie na odparowanie ciosu.
Tanny Brown zauwazyl katem oka jakis ruch.
– Sprobuj. Wiesz, ze tylko na to czekam.
– Nie zamierzam isc z toba – powiedzial Ferguson. – Masz nakaz?
– Pojdziesz ze mna – upieral sie Brown, a w jego glosie pojawily sie pierwsze oznaki furii. – Mam zamiar ujrzec cie ponownie w celi smierci. Slyszysz? Wszystko skonczone.
– Nigdy nie bedzie skonczone – odpowiedzial zabojca, cofajac sie o krok.
– Nikt nigdzie nie pojdzie – zaskrzeczal nagle jakis podniesiony glos.
Trzej mezczyzni odwrocili sie w tym kierunku.
Cowart ujrzal strzelbe o dwoch lufach, za ktora wylonila sie z mroku babka Fergusona. Wycelowala bron prosto w Tanny’ego Browna.
– Nikt nigdzie nie pojdzie – odezwala sie ponownie. – Przynajmniej nie do celi smierci.
Brown blyskawicznie wymierzyl pistolet w klatke piersiowa staruszki. Miala na sobie biala koszule nocna, ktora powiewala we wszystkie strony. Wlosy miala spiete, a stopy bose, jakby weszla prosto z wygodnego lozka w nocny koszmar. Zakolysala strzelba, trzymajac ja pod ramieniem i celujac w policjanta, podobnie jak niegdys w Cowarta.
– Pani Ferguson – powiedzial cicho Tanny Brown, stojac caly czas w pozycji strzeleckiej. – Musi pani odlozyc bron.
– Nie zabierzesz mojego chlopaka – odezwala sie wsciekle.
– Pani Ferguson, musi pani zrozumiec.
– Nic nie chce zrozumiec. Nie zabierzesz stad mojego chlopaka.
– Pani Ferguson, niech pani nie utrudnia tego, co i tak jest juz wystarczajaco skomplikowane.
– Skomplikowane czy nie, dla mnie to zadna roznica. Zycie bywa ciezkie. Moze umieranie bedzie latwiejsze.
– Pani Ferguson, prosze tak nie mowic. Niech pani pozwoli mi wykonywac moja prace. Wszystko sie wyjasni, zobaczy pani.
– Nie praw mi tu dyrdymalow, Tanny Brown. Nie przynosisz niczego oprocz klopotow do tego domu.
– Nie – powiedzial miekko Brown. – To nie ja przynioslem klopoty, tylko twoj chlopak. – Szybko przeszedl na jezyk Poludnia. Zabrzmialo to dziwnie, jakby byl turysta, obcokrajowcem, z zaklopotaniem usilujacym sie porozumiec w obcej mowie.
– Ty i ten cholerny reporter. Powinnam zabic was przedtem. – Odwrocila sie w strone Cowarta i prawie wyplula z siebie slowa: – Nie przyniosles ze soba niczego oprocz nienawisci i smierci.
Cowart nie odpowiedzial. Pomyslal, ze jest w tym troche prawdy.
– Nie, prosze pani – kontynuowal Brown lagodzaco. – To nie ja ani on. Przeciez wie pani, kto naprawde przyniosl klopoty.
Ferguson odsunal sie ostroznie na bok, jakby chcial zwiekszyc pole razenia starej dubeltowki. Jego glos byl przepelniony okrucienstwem.
– Dalej, babciu. Zabij ich. Zabij ich obu.
Na twarzy kobiety pojawil sie wyraz zdziwienia.
– Zabij ich. Dalej. Zrob to teraz – przynaglal Ferguson, cofajac sie w kierunku staruszki.
Tanny Brown postapil krok w przod, wciaz gotowy do oddania strzalu.
– Pani Ferguson – powiedzial. – Znam pania od dlugiego czasu. Zna pani moja rodzine i krewnych. Kiedys chodzilismy razem do kosciola. Prosze mnie nie prowokowac…
Przerwala mu gwaltownie.
– Wszyscy odwrociliscie sie ode mnie lata temu, Tanny Brown!
– Zabij ich – wyszeptal jej wnuk, przesuwajac sie teraz obok niej. Wzrok Browna spoczal na Fergusonie.
– Nie ruszaj sie! Ty sukinsynu! I milcz.
– Zabij ich – powtorzyl uparcie Ferguson.
– Nie jest naladowana – odezwal sie nagle Cowart.
Stal sparalizowany w miejscu, pragnac desperacko zanurkowac do jakiegos ukrycia, lecz nie bedac w stanie zmusic swego ciala do reakcji na strach.
– Zuzyla ostatni naboj strzelajac do mnie kilka dni temu. Nie jest naladowana.
Stara kobieta odwrocila sie w jego strone.
– Jestes glupcem, jesli tak myslisz. – Patrzyla zimno na reportera. – Zalozysz sie o swoje zycie, ze nie wlozylam nowego naboju?
Tanny Brown trzymal swoj rewolwer wycelowany w kobiete.
– Nie chce strzelac – powiedzial.
– Moze ja chce – odparla. – Jedna rzecz wiem na pewno. Nie zabierzesz drugi raz mego wnuka. Najpierw musialbys zabic mnie.
– Pani Ferguson, wie pani, co on zrobil…
– Nie obchodzi mnie, co zrobil. On jest wszystkim, co mi pozostalo i nie pozwole ci znowu go zabrac.
– Czy kiedykolwiek slyszala pani, co on zrobil tej malej dziewczynce? – zapytal nagle Cowart.
– Nie obchodzi mnie to – odparla. – Nie moj interes.
– Ona nie byla jedyna – powiedzial powoli Cowart. – Byly jeszcze inne. W Perrine i Eatonville. Male czarne dzieci, pani Ferguson. Zabil je rowniez.
– Nic nie wiem o zadnych dzieciach – odparla drzacym glosem.
– Zabil rowniez mojego partnera – powiedzial cicho Tanny Brown, jak gdyby glosne wymowienie tych slow moglo sprawic, ze straci nad soba kontrole.