– Dlaczego mialabym zawracac tym glowe szeryfowi? -Wydawala sie szczerze zdumiona.
– W takim razie po co?
– Bo nikt nie wie lepiej, kto wlasnie przybyl do miasta, kto szuka pracy. Pewnie szeryf poczyni kilka sugestii, wiec dzisiaj to zalatwie, a rano wyrusze na ranczo.
– Pojade z toba – oznajmil. – Szeryf powinien sie dowiedziec o naszym spotkaniu z Indianinem.
Jessie stanela jak wryta.
– Dlaczego?
– Bo w okolicy moga sie znajdowac i inni czerwonoskorzy – odparl Chase. – Nie sadzisz, ze nalezy go o tym zawiadomic?
– Nie – odrzekla zdecydowanym tonem. – On cie po prostu wysmieje, ale inni moga narobic rabanu, a wtedy wyjdziesz na glupka, bo Maly Jastrzab byl sam i juz na pewno pojechal na polnoc.
Poszla dalej, a Chase juz jej nie gonil. Patrzyl tylko za nia oczyma rozzarzonymi jak wegle. Po raz kolejny poczul sie w jej towarzystwie jak kompletny idiota. Na pewno celowo go osmieszala.
Saloon odnalazl niemal natychmiast, bez szczegolnego wysilku. Po kilku drinkach odzyskal spokoj, a nawet usiadl ' wraz z innymi przy stoliku do kart. A wtedy bardzo sie zdziwil, gdyz po dokonaniu prezentacji okazalo sie, ze jednym z jego partnerow jest Laton Bowdre. Chudy mezczyzna z wasami, o przerzedzonych, cienkich wlosach i fizjonomii skapca, wygladal wlasnie tak, jak wyobrazal go sobie Chase. Dzien nie okazal sie jednak calkowita kleska.
Rozdzial 11
Energiczne pukanie do drzwi Jessie uslyszala w chwili, gdy wkladala buty. Przyszedl Chase. Poniewaz postanowila juz wczesniej, ze bedzie milsza, przywitala go niemal radosnym „dzien dobry'.
Summers wygladal okropnie – zarosniety, w pogniecionym ubraniu, z oczyma zaczerwienionymi od dymu i niewyspania. Moze w ogole sie nie kladl?
Byl zbyt zmeczony, aby od razu dojrzec zmiane w Jessie. Poza tym, ze wygladala swiezo, czysto i ladniej niz jakakolwiek dziewczyna mialaby prawo wygladac z samego rana, jeszcze w dodatku sie usmiechala.
Chase wysnul swoje wlasne wnioski.
– Rozumiem, ze zatrudnilas pomocnikow i cieszysz sie bardzo z powrotu do domu.
– Szczerze mowiac, znalazlam tylko jednego, ktory sie do czegokolwiek nadaje. Pozostali dwaj nie odrozniaja krowy od wolu.
– Mieszczuchy! – parsknal Chase.
– Mieszczuchy – potwierdzila z usmiechem.
– Tak wiec nie wyjedziesz?
– Raczej nie. Chyba zeby mi sie poszczescilo rano. Ramseya, ktorego juz najelam, wyslalam na ranczo. Nie ma sensu, zeby tkwil tutaj bezczynnie chocby przez jeden dzien.
– Wytlumaczylas mu, jak tam dotrzec?
Droczyl sie z nia najwyrazniej, tak jakby chcial tym samym powiedziec, ze juz sie nie gniewa za pamietne falszywe wskazowki.
– Chyba da sobie rade. Pochodzi z tych stron – odparla z usmiechem.
Milo bylo widziec Jessie w dobrym nastroju.
– Sluchaj, nie ma sensu, zebys szukala innych parobkow – rzekl impulsywnie. – Przeciez ja i tak zostane na ranczu. Moge rownie dobrze zarobic uczciwie na utrzymanie.
Jessie nie potraktowala powaznie propozycji.
– Przeciez nie znasz sie na tej robocie – powiedziala zdumiona.
– Kto mowi, ze nie? Pedzilem juz bydlo z Teksasu do Kansas.
– Jak czesto? – spytala.
– Raz – wyznal. – Najalem sie po prostu do towarzystwa, bo jechalem w tym samym kierunku i wcale sie nie spieszylem. Ale ten raz wystarczyl.
Bardzo sie zdziwila.
– Wiec wiesz cos o bydle. Nigdy bym sie tego nie domyslila.
– Nie zabieralem sie, oczywiscie, do pietnowania, ale umiem calkiem niezle machac lassem. No i potrafie odroznic krowe od wolu.
– W takim razie czuj sie zatrudniony – powiedziala ze smiechem,
– Daj mi godzine na doprowadzenie sie do porzadku i pojedziemy razem.
Znowu sie usmiechnela.
– Spotkamy sie na dole, na sniadaniu.
Patrzyla za Chase'em wychodzacym z pokoju, krecac ze zdumieniem glowa. Z trudem dawala wiare takiemu ' obrotowi sprawy. Summers nie musial zarabiac na swoje utrzymanie na ranczu. Rachel zaprosila go przeciez w charakterze goscia. Dlaczego wiec zlozyl oferte pomocy?
Chase' zastanawial sie nad tym samym. W dodatku – co jeszcze bardziej gmatwalo sprawe – mial w kieszeni weksel Blaira. Gral z Bowdre'em cala noc, ale wreszcie udalo mu sie odniesc zwyciestwo.
Nie byl tylko pewien, dlaczego od razu nie powiedzial Jessie o swoim sukcesie. Moze po prostu bal sie, ze znow bedzie na niego zla?
Westchnal. Odzyskanie weksla niekoniecznie oznaczalo koniec klopotow. Chase uswiadomil sobie nagle, ze mogl w ten sposob pogorszyc sprawe.
Wrocili do Rocky Valley poznym popoludniem, jeb opowiedzial im barwnie o antylopie, ktora ktos rzucil na stopnie przy tylnym wejsciu tuz po wyjezdzie Jessie. Nikt nie widzial czlowieka, ktory przywiozl swiezo upolowana zwierzyne. Nikt nie mial rowniez pojecia, kto to mogl byc. Zwykly ofiarodawca takiej ilosci miesa zaczekalby zapewne na „dziekuje'.
Ale Jessie od razu wiedziala, kim moze byc tajemniczy dobroczynca. Nie kto inny jak Maly Jastrzab.
– Pamietasz tego mlodego Siuksa, o ktorym ci opowiadalam? – spytala, gdy odprowadzali konie na spoczynek. -Malego Jastrzebia? Wiesz, spotkalismy go wczoraj nad rzeka.
– Cos podobnego! – Jeb gwizdnal. – A wiec to on?
– Chyba tak.
– Bardzo milo z jego strony – zasmial sie jeb.
Jessie zerknela na Chase'a, ktory wycieral wlasnie grzbiet zlotego palomino, udajac, ze nie slucha.
– Nie zgadzasz sie ze mna, prawda? – spytala Jessie sarkastycznie.
Summers nawet nie podniosl wzroku.
– Zapewne oboje macie powody, by sadzic, ze zrobil to Maly Jastrzab. Umieram tylko z ciekawosci, aby sie dowiedziec, czym on sie wlasciwie kierowal.
~- Nie znasz sie chyba zbyt dobrze na indianskich obyczajach, prawda, mlodziencze? – zachichotal jeb.
– Zaczynam sadzic, ze nie – odparl Chase z uraza w glosie.
– Indianie nie lubia nikomu niczego zawdzieczac, a juz szczegolnie nie znosza wdziecznosci bialych. Maly Jastrzab jadl kolacje Jessie, korzystal z jej ogniska, nie ofiarowujac niczego w zamian – gdakal Jeb. – Na pewno sie tym gryzl, wiec teraz zrewanzowal sie z nawiazka. Bardzo to z jego strony wspanialomyslne. Ta wielka antylopa moglaby wyzywic cale plemie.
– Teraz juz rozumiesz, dlaczego wybral sie tak daleko na poludnie – dodala Jessie. – Chcial, abym go zobaczyla, bo w przeciwnym wypadku moglabym sie nie domyslic, ze splacil swoj dlug.
– Moze, ale to i tak nie wyjasnia pozostalych wczorajszych wydarzen – mruknal Chase.
Smiejac sie, podeszla i polozyla mu reke na ramieniu.
– Chodz. Billy z pewnoscia bardzo chcialby wysluchac opowiesci o tym, jak zaatakowal cie dziki