Wszystko jedno, jak zgineli. Prawda, Harry?
- Co? A tak, racja - odparl chlopak.
- Chociaz szkoda, ze nie udalo im sie zlapac ich zywcem. Moze powiedzieliby cos ciekawego. - Ron ugryzl swoj tost i powrocil do sniadania.
Harry jednak nie byl juz glodny. Zerknal ukradkowo na siedzacego przy stole nauczycielskim Severusa. Wciaz krazylo mu po glowie pytanie, czy mezczyzna rowniez bral udzial w tej akcji. A jezeli tak, to dziekowal wszystkim dobrym duchom za to, ze nie zostal zlapany albo, co gorsza, zabity przez ktoregos z Aurorow.
Tylko to go obchodzilo. Tylko on.
- Harry! - Gryfon rozejrzal sie nieco oszolomiony, w poszukiwaniu wolajacej go osoby. - Czesc! - Przy jego stole wyrosla nagle usmiechnieta szeroko Anastassy. - Jak ci minely ferie?
- Ee... - Harry nie mial bladego pojecia, co odpowiedziec. - Dobrze.
- Slyszalam, ze spedzales je w Hogwarcie. Chcialam zostac i dotrzymac ci towarzystwa, ale mama mi nie pozwolila. - Dziewczyna nadasala sie nieco, ale nie przestala wpatrywac sie w niego z zachwytem malujacym sie w jej duzych, okraglych oczach. - Prosze, to dla ciebie. - Wysunela przed siebie paczuszke oklejona serduszkami. Harry wpatrywal sie w prezent tak, jakby ten mial go zaraz ugryzc. - Chcialam ci to dac przed wyjazdem, ale nie moglam cie spotkac, a chcialam wreczyc ci to osobiscie. - Usmiechnela sie jeszcze szerzej, po czym wcisnela mu do reki prezent i odsunela sie, czekajac z niecierpliwoscia, az go otworzy.
Harry przelknal sline i rozejrzal sie po wpatrujacych sie w niego twarzach najblizej siedzacych Gryfonow. Lavender i Parvati zaczely chichotac.
- Ale... mam jeszcze cos do zalatwienia i... musze juz isc. Tak, musze isc. Natychmiast. - Wcisnal paczke pod pache, zerwal sie z miejsca i pospiesznie opuscil Wielka Sale, odprowadzony zaskoczonym i troche rozczarowanym spojrzeniem Anastassy oraz o wiele grozniejszym, plonacym spojrzeniem Mistrza Eliksirow.
Nic nie zmusiloby go do otworzenia prezentu od jakiejs zakochanej w nim smarkuli na oczach calej szkoly i na [i]jego[/i] oczach. To przeciez moze byc wszystko. Od wirujacych, spiewajacych pluszakow poczawszy - myslal, rozrywajac ostroznie papier, po tym, jak zaszyl sie za pierwszym posagiem, ktory spotkal - a skonczywszy na... o bogowie...
Z niedowierzaniem wpatrywal sie w rozowe, wlochate nauszniki w ksztalcie serc.
...no wlasnie, a skonczywszy na czyms takim. I w dodatku do prezentu doczepiony byl maly liscik z jakims banalnym wierszykiem dla zakochanych.
Dlaczego, jezeli juz ktos obdarzy go uczuciem, to musi to byc ktos pokroju tej malej?
Westchnal ciezko i juz mial zamiar wcisnac prezent do swojej torby, aby moc go pozniej wyrzucic przy pierwszej nadarzajacej sie okazji, kiedy padl na niego cien.
Podniosl glowe i spojrzal prosto w lsniace niczym obsydian, czarne oczy.
- No, no, no.. jakiz rozkoszny prezent. Twoje wielbicielki chyba za bardzo cie rozpieszczaja, nie uwazasz, Potter? - powiedzial cicho Snape, wpatrujac sie z obrzydzeniem w rozowe futerko. - Och, a co my tu jeszcze mamy? - Mistrz Eliksirow pochylil sie gwaltownie i wyrwal z dloni Harry'ego liscik napisany na rozowym, pachnacym papierze. - No prosze. Coz za wzruszajaca sentencja: '... zadnych skarbow ja nie pragne, tylko zebys zostal moj'. - Wycedzil swoim najbardziej szyderczym glosem, gniotac list w dloni i spogladajac na Harry'ego z plomieniami w oczach.
Harry rozejrzal sie po korytarzu. Byl pusty. Na razie. Znajdowali sie zaledwie trzy zakrety od Wielkiej Sali.
