Oczy mezczyzny rozszerzyly sie, a twarz zbladla. Gabinet na chwile rozjarzyl sie blaskiem, by ulamek sekundy pozniej pograzyc sie w mroku i zimnie.
- Potter? Nie wrocil na noc? - zapytal.
Gabinet ponownie rozswietlil sie i sciemnil.
Granger i Weasley zaczeli cos tlumaczyc, ale niewiele bylo slychac, poniewaz cale pomieszczenie wydawalo sie wibrowac, wciaz migoczac w zmieniajacym sie swietle.
- Sam poszukam Pottera - ucial w koncu Severus, prostujac sie i obrzucajac uczniow pogardliwym spojrzeniem. - Tym razem lamanie regulaminu nie ujdzie mu na sucho.
Cofnal sie i zatrzasnal drzwi. W tym samym momencie gabinet pograzyl sie w calkowitej ciemnosci.
Severusa ogarnely zle przeczucia...
Do diabla! Niepotrzebnie go wyrzucal. Potter jest zbyt emocjonalny. Zawsze kieruje sie uczuciami. Najpierw cos robi, a dopiero potem stara sie pomyslec. Ale wtedy zazwyczaj jest juz za pozno...
Musi go odnalezc. Ale od czego zaczac? Potter byl calkowicie rozbity, kiedy stad wychodzil. Gdzie mogl sie udac? Co glupiego mogl zrobic?
Poczeka, az Granger i Weasley znikna z pola widzenia, i wtedy wyruszy na poszukiwania.
Moze zaszyl sie w ktorejs z lazienek? Zazwyczaj tam odnajdywal wyplakujacych sobie oczy nastolatkow, kiedy ktoregos z nich spotkal zawod milosny...
Polozyl dlon na klamce.
Niech go tylko znajdzie...
Otworzyl drzwi i pospiesznie ruszyl przed siebie, planujac zaczac od lazienek na parterze. Zanim jednak zdazyl chocby skrecic w kolejny korytarz, zza zakretu wynurzyla sie Granger. Dziewczyna wpadla na niego z impetem, o malo go nie przewracajac.
Wystarczylo jedno spojrzenie na jej zaplakana twarz...
Korytarz rozjasnil sie intensywnym szkarlatem, kiedy Severus zlapal ja za ramiona, potrzasnal nia gwaltownie i wysyczal prosto w twarz:
- Co sie stalo?
Dziewczyna probowala odpowiedziec, ale najwyrazniej nie byla w stanie. Zamiast tego zaniosla sie szlochem.
Ze szkarlatem zmieszala sie czern, wibrujac intensywnie w rozedrganym powietrzu.
- Gdzie on jest? - Severus niemal nie poznawal wlasnego glosu. Potrzasnal nia mocno, probujac przywrocic jej chociaz odrobine rozsadku.
- Harry... schowek... on... - wydukala w koncu, po raz kolejny wybuchajac szlochem.
To mu wystarczylo. Puscil ja i ruszyl biegiem. Juz z daleka widzial otwarte drzwi do jednego ze schowkow. Nie mial pojecia, co moze tam zobaczyc, mial tylko ogromna nadzieje, ze nie bedzie to cos, czego obawial sie najbardziej...
W koncu dotarl do drzwi i gwaltownie zatrzymal sie w wejsciu.
Zobaczyl go.
Lezal na podlodze niczym kukielka z rozrzuconymi, polamanymi konczynami... z opuchnieta od siniakow i rozciec twarza... zakrwawiony, skatowany, bezwladny...
