siłowego. Maszyny jeszcze nie stanęły, a już siedzący na nich ludzie Gallaghera zeskakiwali w piach, od pochylni nadjeżdżał na kołach drugi reflektor, poprzez szpaler stłoczonych, zepchniętych na boki maszyn szła grupa ludzi, otaczając nosze, na których ktoś leżał.
Rohan roztrącił stojących przed nim w chwili, kiedy nosze mijały go, i osłupiał. W pierwszej chwili pomyślał, że naprawdę zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, ale człowiek na noszach miał skrępowane nogi i ręce.
Targając całym ciałem, aż skrzypiały sznury, którymi był unieruchomiony, wydawał szeroko rozwartymi ustami skomlący, okropny głos. Grupa przeszła już, kierując się w ślad za prowadzącym ją koliskiem reflektorów, a Rohana, stojącego w ciemności, wciąż dobiegało to nieludzkie skomlenie, niepodobne do niczego, co kiedykolwiek słyszał. Biała plama światła z poruszającymi się w niej figurkami zmalała, wznosząc się po pochylni, i znikła w ziejącym szeroko wejściu towarowego luku. Rohan zaczął się dopytywać, co zaszło, ale otaczali go ludzie ekipy „Kondora”, którzy wiedzieli tyle samo co on.
Minęła dobra chwila, nim oprzytomniał dostatecznie, by zaprowadzić jaki taki porządek. Wstrzymany szereg maszyn ruszył, hucząc silnikami, w górę pochylni, zapaliły się światła nad windą, gromada stojących u jej stóp zmniejszała się, na koniec Rohan pojechał na górę jako jeden z ostatnich, z ciężko objuczonymi arktanami, których spokój wydawał mu się szczególnie perfidną drwiną. We wnętrzu rakiety słychać było przeciągłe dzwonki informatorów i wewnętrznych telefonów, na ścianach wciąż jeszcze płonęły alarmowe wezwania lekarzy, ale te zaraz zgasły — robiło się coraz luźniej. Część załogi zjeżdżała w dół do mesy, słyszał rozmowy w korytarzu wypełnionym krokami, jakiś zapóźniony arktan ciężko stąpał, zmierzając do przedziału robotów, wreszcie wszyscy się rozeszli, a on został jakby porażony bezwładem, jakby utraciwszy nadzieję na zrozumienie tego, co się stało, jakby ogarnięty pewnością, że żadnego wytłumaczenia nie może być i nie będzie.
— Rohan!
Stał przed nim Gaarb. Ten okrzyk otrzeźwił go. Drgnął.
— To pan… ? Doktorze… widział pan? Kto to był?
— Kertelen.
— Co?! To niemożliwe.
— Widziałem go prawie do samego końca…
— Do jakiego końca?
— Byłem z nim razem — powiedział nadnaturalnie spokojnym głosem Gaarb.
Rohan widział błyskanie świateł korytarza w jego szkłach.
— Grupa eksploracyjna pustyni… — wybełkotał.
— Tak.
— I co się z nim stało?
— Gallagher wyznaczył to miejsce na podstawie sejsmicznych sondowań… trafiliśmy w labirynt małych, krętych wąwozów — mówił powoli Gaarb, jakby nie do niego, jakby sam usiłował sobie dokładnie przypomnieć kolejność wypadków. — Są tam miękkie skałki pochodzenia organicznego, poryte wodą, pełno grot, jaskiń, musieliśmy zostawić gąsienicówki na wierzchu… Szliśmy blisko siebie, było nas jedenastu. Ferrometry wykazywały obecność większej ilości żelaza; szukaliśmy go. Kertelen myślał, że gdzieś są ukryte jakieś maszyny…
— Tak, mnie też mówił coś podobnego… i co było potem?
— W jednej z jaskiń, zupełnie płytko, pod mułem — tam są nawet stalaktyty i stalagmity — znalazł coś w rodzaju automatu.
— Naprawdę?!
— Nie, nie to, co pan myśli. Kompletne truchło, przeżarte nawet nie rdzą, to jakiś stop nierdzewny, ale skorodowany, na wpół zgorzały, po prostu szczątki.
— Ale może inne…
— Kiedy ten automat liczy sobie co najmniej trzysta tysięcy lat…
— Skąd pan może wiedzieć?
— Bo na górnej powierzchni osadzał się wapień, w miarę tego, jak parowała woda, kapiąca ze stalaktytów sklepienia. Gallagher sam robił szacunkowe pomiary, według tempa parowania, wytwarzania się osadu i jego grubości. Trzysta tysięcy lat to szacunek najskromniejszy… Zresztą ten automat podobny jest właściwie — wie pan do czego? Do tych ruin!
— A więc to nie żaden automat…
— Nie, musiał się poruszać, ale nie na dwu nogach. I nie jak krab. Nie mieliśmy czasu zresztą badać, bo zaraz potem…
— Co się stało?
— Co jakiś czas liczyłem ludzi. Byłem w osłonie, miałem ich strzec, rozumie pan… ale przecież wszyscy byli w maskach, pan wie, jak to jest, wszyscy do siebie podobni, a kombinezony też już nie były kolorowe, bo się wybrudziły gliną. W pewnej chwili zabrakło mi jednego człowieka. Zawołałem wszystkich i zaczęliśmy szukać. Kertelen bardzo się cieszył z tego swojego znaleziska i myszkował dalej… Myślałem po prostu, że zapędził się w jakąś odnogę wąwozu… Pełno tam zaułków, ale wszystkie krótkie, płytkie, doskonale oświetlone… Nagle wyszedł na nas spoza zakrętu. Już w takim stanie. Nygren był z nami, myślał, że to udar cieplny…
— Więc co z nim właściwie jest?
— Jest nieprzytomny. Chociaż właściwie nie. Może chodzić, poruszać się, tyle że niepodobna nawiązać z nim kontaktu. Poza tym utracił mowę. Słyszał pan jego głos?
— Tak.
— Teraz jakby trochę się zmęczył. Przedtem było jeszcze gorzej. Nie poznawał nikogo z nas. W pierwszej chwili to było najstraszniejsze. Kertelen, gdzie się podziewasz?! — zawołałem, a on minął mnie, zupełnie jakby ogłuchł, przeszedł między nami i poszedł w górę wąwozu, ale takim krokiem, w taki sposób, że wszystkim zrobiło się zimno. Po prostu, no, jak podmieniony. Nie reagował na wołania, więc musieliśmy go gonić. Co się tam działo! Jednym słowem, trzeba go było wiązać, inaczej nie sprowadzilibyśmy go z powrotem.
— Co mówią lekarze?
— Jak zwykle mówią po łacinie, ale poza tym nie wiedzą nic. Nygren jest z Saxem u dowódcy, możesz tam spytać…
Gaarb odszedł ciężkim krokiem, z przechyloną po swojemu głową. Rohan wsiadł do windy i pojechał na górę, do sterowni. Była pusta, ale mijając kajuty kartograficzne, usłyszał przez nie domknięte drzwi głos Saxa.