inni z wielkim zainteresowaniem. Kiedy odczyt dobiegnie konca, zaczna zadawac pytania dotyczace przedmiotu badan i innych punktow wymagajacych wyjasnienia. Potem zasugeruja wprowadzenie do pamietnika pewnych poprawek, a na koncu pogratuluja pannie Stanhope wspanialego dziela. W koncu wstanie ktos inny i zacznie czytac o swoim zyciu w zupelnie innym miejscu i czasie, a pozostali beda sluchac.

Vickers czul wyraznie beznadziejnosc tych poczynan. Czul wypelniajacy pokoj zapach magnolii, zapach roz i korzenny aromat pokrytych kurzem lat.

Kiedy panna Stanhope skonczyla, a wszyscy uczestnicy spotkania zaczeli zadawac pytania, Vickers po cichu wstal i wyszedl na ulice.

Na niebie swiecily gwiazdy. To mu cos przypominalo.

Jutro pojdzie spotkac sie z Ann Carter.

Wiedzial jednak, ze nie powinien tego robic. Nie powinien spotykac sie z Ann Carter.

47

Zadzwonil do drzwi i czekal. Kiedy uslyszal odglosy krokow, wiedzial, ze powinien odwrocic sie i uciekac co sil w nogach. Nie mial prawa tu przychodzic i mial swiadomosc, ze zle robi. Trzeba bylo najpierw zajac sie wykonaniem zadania, a nie trwonic czas na mrzonki. Zreszta przyjscie tutaj bylo bezcelowe, bo sen o Ann przeminal teraz bezpowrotnie jak sen o Kathleen.

Ale musial tu przyjsc, po prostu musial. Stojac juz przed drzwiami, dwa razy zawahal sie i odwrocil, zeby odejsc. Tym razem jednak byl pewien, ze wie, czego chce i stal przed drzwiami, wsluchujac sie w odglos krokow, ktore zblizaly sie do niego.

I co jej powie, kiedy otworzy mu drzwi, zastanawial sie. Co wtedy? Ma wejsc jakby nigdy nic, jakby on i ona byli tymi samymi ludzmi, ktorzy spotkali sie ostatnio?

Czy ma jej powiedziec, ze jest mutantka, co wiecej — androidem, sztuczna, wyprodukowana kobieta?

Drzwi otworzyly sie i stanela przed nim Ann, rownie piekna jak w jego wspomnieniach. Ann schwycila go za reke, wciagnela do srodka i zamknela za nim drzwi, opierajac sie o nie plecami.

— Jay — powiedziala — Jay Vickers.

Staral sie cos powiedziec, ale nie mogl wykrztusic z siebie ani slowa. Stal tak patrzac na nia i myslal: To niemozliwe. To po prostu niemozliwe.

— Co sie stalo, Jay? Powiedziales, ze do mnie zadzwonisz.

Toczac ze soba wewnetrzna walke wyciagnal ramiona, a ona szybko, prawie z desperacja, rzucila sie w nie. Przytulil ja mocno do siebie. W swych ramionach znalezli wreszcie ukojenie.

— Myslalam na poczatku, ze ci odbilo — powiedziala. Kiedy przypominalam sobie, co opowiadales przez telefon, kiedy zadzwoniles do mnie z jakiegos miasteczka w Wisconsin, bylam prawie pewna, ze cos z toba jest nie tak. Ze masz nierowno pod sufitem. Wtedy tez zaczelam sobie przypominac te wszystkie dziwne rzeczy, ktore robiles, mowiles i pisales, i nagle…

— Spokojnie, Ann — przerwal jej. — Nie musisz teraz o tym mowic.

— Jay, czy ty sie wlasciwie kiedykolwiek zastanawiales nad tym, czy jestes zwyklym czlowiekiem? Jest w tobie chyba cos, czego nie spotyka sie na co dzien… cos niezwyklego…

— Tak — przyznal — czesto o tym myslalem.

— Bo ja jestem pewna, ze nie jestes normalny. To znaczy, nie jestes normalnym czlowiekiem. Ale nie mam nic przeciwko temu. Bo ja tez nie jestem zwyklym czlowiekiem.

Przytulil ja jeszcze mocniej, czujac, ze i ona go obejmuje. Nareszcie zdal sobie sprawe, ze odnalezli sie jak dwie zagubione i pozbawione przyjaciol dusze w oceanie ludzkosci. Byli zdani tylko na siebie. Nawet gdyby sie nie kochali, musieliby wspolnie stawic swiatu czolo.

Zadzwonil telefon stojacy na biurku, ale nie zwrocili na to wiekszej uwagi.

— Kocham cie, Ann — rzekl, a czesc jego mozgu nie bedaca czescia jego osoby, ale zimnym, bezstronnym obserwatorem, ktory stal gdzies z boku, przypomniala mu, ze nie moze jej kochac. Ze jest rzecza niemozliwa, niemoralna i absurdalna kochac kogos blizszego niz siostra, kogos, czyje zycie stanowilo kiedys czesc jego wlasnego zycia, i czyje zycie za jakis czas polaczy sie z jego zyciem i utworzy inna osobowosc, a ta najpewniej nie bedzie zdawala sobie nawet sprawy z ich istnienia.

— Przypomnialam sobie cos — powiedziala nagle Ann powaznym, a jednoczesnie nieobecnym glosem. — Ale nie moge tego pojac. Moze moglbys mi pomoc?

— Co sobie przypomnialas? — spytal Vickers.

— Bylam z kims na spacerze. Staralam sie sobie przypomniec jego imie, ale nie moge. Po tych wszystkich latach pamietam tylko twarz. Szlismy dolina z ceglanego domu stojacego na wzgorzu. Schodzilismy w dol. Byla chyba wiosna, bo kwitly dzikie jablonie. Slyszalam spiew ptakow, ale najsmieszniejsze jest to, ze jestem pewna, iz nigdy tak naprawde nie odbylam tego spaceru, a mimo to go pamietam. W jaki sposob mozna pamietac cos, co sie nigdy nie zdarzylo.

— Nie wiem — przyznal Vickers. — Moze wyobraznia plata ci figle. Moze gdzies o tym przeczytalas?

Wiedzial jednak, ze tak nie jest. Najlepszy dowod na to, co od dawna podejrzewal.

Flanders wyraznie powiedzial, ze jest ich troje. Troje androidow stworzonych z jednego, ludzkiego istnienia. Te trojke tworzyli on, Flanders i Ann Carter. Ann pamietala zaczarowana doline, dokladnie tak samo jak on, ale poniewaz on byl mezczyzna, szedl z kobieta o nazwisku Kathleen Preston, natomiast ona byla kobieta, wiec szla z mezczyzna, ktorego nazwiska nie mogla sobie teraz przypomniec. A jesli nawet sobie przypomni, i tak bedzie to nazwisko fikcyjne. Bo jesli on szedl dolina, to na pewno nie z kobieta o nazwisku Kathleen Preston, ale z kobieta, ktora nazywala sie zupelnie inaczej.

— To jeszcze nie wszystko — rzekla Ann. — Wyobraz sobie, ze wiem, co mysla inni ludzie. Zupelnie…

— Posluchaj, Ann — przerwal jej po raz kolejny.

— Staram sie nie wiedziec, co mysla, ale niestety bardziej lub mniej podswiadomie robie to juz od wielu lat. Zawsze podejrzewalam, co za chwile powiedza. Zawsze mialam przygotowana odpowiedz. Znalam ich obiekcje, jeszcze zanim zdazyli je wyrazic. Ale wiedzac, co ich przekona, umialam dobrze prowadzic interesy. Kiedy po raz pierwszy uswiadomilam sobie, ze potrafie czytac w cudzych myslach, chcialam sie przekonac, czy to rzeczywiscie prawda, czy tez moze mam jakies urojenia. Nie bylo to latwe, bo nie opanowalam jeszcze zbyt dobrze tej sztuki, ale w koncu mi sie udalo! Jay, ja naprawde potrafie…

Obejmujac ja myslal: Ann jest telepatka. Jest jedna z tych, ktorzy potrafia umyslem siegnac do gwiazd.

— Kim my jestesmy, Jay? — spytala Ann. — Powiedz mi.

Telefon przerazliwie zaskrzeczal domagajac sie odebrania.

— Potem ci to wyjasnie — obiecal Vickers. — W kazdym razie sytuacja nie jest az tak tragiczna. Pod pewnymi wzgledami jest nawet niezle. Wrocilem, bo zrozumialem, ze cie kocham, Ann. Chcialem uciec, ale nie moglem. Przeciez nie mozna…

— Mozna. — Nie dala mu dokonczyc. — Och, Jay, mozna i trzeba. Modlilam sie, zebys do mnie wrocil. Kiedy zorientowalam sie, ze cos jest nie tak, przestraszylam sie, ze juz cie nigdy nie ujrze… Ze moze nie bedziesz mogl do mnie wrocic, ze stalo ci sie cos zlego. Modlilam sie ze wszystkich sil, ale czulam sie jak hipokrytka, bo nigdy dotad nie zwracalam sie do Boga…

Dzwonek telefonu bezustannie zrzedzil.

— Telefon — zauwazyla wreszcie.

Pozwolil jej usiasc przy biurku i podniesc sluchawke. Rozgladal sie po pokoju i usilowal spojrzec na wszystko przez pryzmat wlasnych wspomnien.

— To do ciebie — stwierdzila Ann.

— Do mnie?

— Tak. Czy ktos wiedzial, ze masz do mnie przyjsc? Pokrecil glowa i podszedl do telefonu. Wzial sluchawke, wazyl ja w dloni i zastanawial sie, kto i dlaczego do niego dzwoni.

Nagle zorientowal sie, ze czegos sie boi. Czul, jak po skorze splywa mu pot. Byl pewien, ze po drugiej stronie sluchawki moze byc tylko jedna osoba.

— Tu Neandertalczyk, Vickers.

Вы читаете Pierscien wokol Slonca
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату