— I ty osobiscie — ciagnal Vickers — prowadzisz jedna z najbardziej uzdolnionych grup mutantow na Ziemi. Ludzi, ktorych nie moglismy zwerbowac, gdyz byli za bardzo zwiazani z tym swiatem. I co ty na to, Crawford?
— Nic. Na pewno im o tym nie powiem.
— Ale ja to zrobie.
— Na pewno nie — odrzekl Crawford stanowczo. — Nalezysz juz do historii. Jak ci sie zdaje, w jaki sposob udalo ci sie tak dlugo pozostac na wolnosci mimo pracy wszechobecnych analizatorow? Otoz tylko dlatego, ze ja ci na to pozwolilem.
— Myslales pewnie, ze uda ci sie ubic interes.
— Moze i tak. Ale juz tak nie mysle. Kiedys byles dla nas cenny. Teraz jestes juz tylko niebezpieczny.
— Czy to ma byc ostrzezenie?
— Sam znasz odpowiedz. Zegnaj, Vickers: Milo bylo cie poznac.
Vickers podniosl sie z krzesla.
— Jestem pewien, ze jeszcze sie spotkamy.
— Smiem watpic — powiedzial Crawford.
49
Zjezdzajac na dol winda, Vickers goraczkowo rozmyslal.
Rozeslanie informacji, ze przestal byc pod ochrona, ze kazdy moze go ustrzelic jak kaczke, zajmie Crawfordowi jakies pol godziny.
Gdyby chodzilo tylko o niego, sprawa bylaby prosta. Ale jest jeszcze Ann.
Niewatpliwie i ona stanie sie latwym celem, bo kosci zostaly juz rzucone, a Crawford nie byl przeciez czlowiekiem, ktory marnuje czas.
Musial odnalezc Ann. Odnalezc i powiedziec jej prawde nie dopuszczajac do tego, by zadawala zbyt wiele pytan.
Na parterze wysiadl z windy razem z innymi pasazerami. Zauwazyl, ze windziarz wyszedl za nimi i ruszyl w kierunku najblizszej budki telefonicznej.
Pewnie mnie szpieguje, pomyslal. Najprawdopodobniej w windzie znajdowal sie analizator, ktory w jakis znany tylko windziarzowi sposob zasygnalizowal jego obecnosc. Crawford powiedzial, ze analizatory sa wszedzie, na dworcach, przystankach i w restauracjach — wszedzie.
Jak tylko analizator rozpoznal mutanta, wszczynal alarm zrywajacy na nogi specjalny oddzial, ktory mial go odnalezc i wyeliminowac. Moze istnialy tez analizatory przenosne lub byly inne sposoby rozpoznania mutanta. W kazdym razie, gdy tylko go wytropia, gra jest skonczona.
Skonczona, bo mutant nie jest niczego swiadom. Nic nie ostrzega go przed nadchodzaca smiercia. Gdyby tylko mial jakas szanse, chwile czasu na zastanowienie, zniklby, tak jak znikala wiekszosc mutantow, kiedy ludzie Crawforda szukali wlascicieli firm produkujacych wieczne towary.
Jak Crawford to ujal? „Dzwonisz do drzwi i czekasz. Siedzisz w pokoju i czekasz.”
Teraz jednak nikt juz nie dzwonil do drzwi.
Teraz atakowali z ukrycia, strzelajac w plecy. Wiedzieli, kim jestes i nie miales zadnych szans, bo dzialali bez ostrzezenia.
W ten sposob zginal Eb i wszyscy inni, gdyz ludzie Crawforda nie dali im cienia szansy.
Tylko jego, Jaya Vickersa, Ann i moze paru innych chwilowo oszczedzono.
Teraz jednak sie to zmieni. Jest juz tylko jednym z mutantow do odstrzalu.
Wszedl na chodnik po drugiej stronie ulicy rozgladajac sie wokolo.
Moze wziac taksowke, pomyslal. Nie, lepiej nie, w taksowce moze byc analizator. Z drugiej strony jednak, analizatory byly wszedzie. Na przyklad w budynku, gdzie mieszkala Ann, bo jak inaczej Crawford moglby sie dowiedziec, ze byl tam Vickers.
W zaden sposob nie uda mu sie ukryc przed analizatorami. Nie moze sie schowac ani zatrzec za soba sladow.
Stanal na krawedzi chodnika i przywolal mijajaca go wlasnie taksowke. Samochod zatrzymal sie, a Vickers wsiadl i podal taksowkarzowi adres.
Mezczyzna spojrzal na niego zdziwiony.
— Wszystko w porzadku — uspokoil go Vickers. — Nic sie panu nie stanie, jesli tylko zachowa pan spokoj.
Taksowkarz nie odpowiedzial.
Vickers usiadl na brzegu siedzenia.
— W porzadku, chlopie — rzekl w koncu kierowca. Mnie tam nic do tego.
— To dobrze — odparl Vickers. — Jedzmy juz.
Patrzyl na budynki, obok ktorych przejezdzali, caly czas majac na oku taksowkarza. Ten jednak zachowywal sie spokojnie. W pewnej chwili uderzyla go nagla mysl. A jesli czekaja w mieszkaniu Ann? Jesli poszli tam natychmiast, zlapali ja, a teraz czekaja juz tylko na niego?
No coz, musial zaryzykowac.
Taksowka zatrzymala sie przed budynkiem. Vickers otworzyl drzwiczki i wyskoczyl na zewnatrz. Taksowka gwaltownie ruszyla i znikla za najblizszym zakretem.
Vickers podbiegl do drzwi i nie zwazajac na czekajaca winde wbiegl na schody.
Dotarl do mieszkania Ann i nacisnal klamke, ale gladki metal przesunal mu sie pod palcami. Mieszkanie bylo zamkniete. Zadzwonil do drzwi, ale nikt nie otworzyl. Jeszcze kilkakrotnie nacisnal dzwonek, potem przeszedl na druga strone korytarza i z rozpedem usilowal staranowac drzwi. Poczul, ze nieznacznie sie poddaja, powtorzyl operacje. Za trzecim razem zamek puscil i drzwi otworzyly sie z hukiem.
— Ann! — krzyknal Vickers.
Odpowiedziala mu cisza.
Vickers przebiegl przez wszystkie pokoje, ale nie znalazl w nich zywego ducha.
Wreszcie stanal; czul, jak splywa po nim zimny pot.
Ann nie bylo! Pozostalo im tak niewiele czasu, a Ann nie bylo w domu!
Wyskoczyl na zewnatrz i zaczal zbiegac po schodach.
Kiedy wyszedl na ulice, zatrzymaly sie przed nim trzy samochody, jeden po drugim. Dwa kolejne byly w drodze. Z samochodow zaczeli wyskakiwac uzbrojeni mezczyzni.
Chcial sie odwrocic i wbiec z powrotem do budynku, ale kiedy wykonal zwrot, wpadl na stojaca za nim osobe. Zauwazyl, ze byla to Ann; niosla wypchane zakupami torby. Z jednej z nich wystawala nac selera.
— Jay — rzekla zdumiona Ann — co sie dzieje? Kim sa ci wszyscy ludzie?
— Szybko! — wydyszal Vickers. — Sprobuj przejrzec moje mysli, tak jak to robilas z innymi.
— Ale…
— Szybko!
Czul, jak Ann koncentruje sie i przenika do jego umyslu.
Cos uderzylo w kamienna sciane budynku tuz nad ich glowami, po czym odbilo sie do gory wydajac przy tym dzwiek torturowanego metalu.
— Trzymaj sie — powiedzial Vickers. — Znikamy stad.
Zamknal oczy i w myslach zazyczyl sobie znalezc sie na drugiej Ziemi. Czul, jak mozg Ann infiltruje jego mysli. W pewnej chwili posliznal sie i upadl, uderzajac glowa w cos twardego. Przed oczami ujrzal miliony gwiazd, poczul bol dloni i zwalajacy sie na niego ciezar.
Uslyszal, jak wiatr szelesci w drzewach. Otworzyl oczy i z radoscia zauwazyl, ze wkolo nie ma ani jednego budynku.
Lezal na wznak u podnoza szarego, granitowego glazu. Na jego brzuchu znajdowala sie torba z zakupami, z ktorej wystawaly zielone liscie selera.
Vickers usiadl.
— Ann! — zawolal.
— Tu jestem — uslyszal.