— Ten z maczuga? — spytal Vickers.
— Z maczuga i cala reszta — odparl Crawford. — Musimy pogadac.
— W twoim biurze?
— Na zewnatrz czeka taksowka.
Vickers zasmial sie, a jego smiech zabrzmial bardziej szyderczo, niz tego oczekiwal.
— Od jak dawna wiecie, gdzie jestem?
Crawford zachichotal.
— Od kiedy wyjechales z Chicago. Nasze analizatory sa wszedzie.
— I co? Dobrze im idzie?
— Od czasu do czasu lapia jakis sygnal.
— Nadal jestes tak pewien swojej broni?
— Jasne. Ale…
— Nie masz sie czego obawiac, przeciez rozmawiasz z przyjacielem — uspokoil go Vickers.
— Musimy pomowic, i to natychmiast. Przyjezdzaj jak najszybciej.
W tym momencie Crawford rozlaczyl sie. Vickers odlozyl sluchawke i przez chwile stal w bezruchu.
— To Crawford — powiedzial do Ann. — Chce sie ze mna widziec.
— Czy wszystko w porzadku, Jay?
— Tak.
— Ale wrocisz?
— Obiecuje.
— Mam nadzieje, ze wiesz, w co sie pakujesz.
— Teraz juz wiem.
48
Crawford poszedl do fotela stojacego za biurkiem. Vickers ze zdziwieniem stwierdzil, ze jest to ten sam fotel, w ktorym siedzial pare tygodni temu, kiedy przyszli do niego z Ann.
— Milo cie znow widziec — zaczal Crawford.
— Chyba wszystko idzie po waszej mysli — zauwazyl Vickers — bo widze, ze jestes bardziej uprzejmy, niz kiedy widzielismy sie ostatnio.
— Zawsze jestem uprzejmy. Czasami jestem zdenerwowany lub przestraszony, ale zawsze uprzejmy.
— Nie zgarneliscie Ann Carter.
Crawford potrzasnal glowa.
— Nie musielismy. W kazdym razie jeszcze nie w tej chwili.
— Ale obserwowaliscie ja?
— Obserwowalismy was wszystkich. To znaczy tych niewielu, ktorzy zostali.
— Przeciez jesli tylko chcemy, mozemy zniknac.
— Nie watpie — przytaknal Crawford — ale mimo to nie znikacie. — Przyznam ci sie jednak, ze gdybym ja byl mutantem, natychmiast bym sie stad zabral.
— Bo cie pokonalismy, i dobrze o tym wiesz — rzekl Vickers. Chcialby chocby w polowie tak mocno wierzyc w swoje slowa, jak to zabrzmialo.
— W kazdej chwili gotowi jestesmy rozpoczac wojne. Wystarczy skinac palcem, a zacznie sie strzelanina.
— Ale sie nie zacznie.
— Pogrywacie za ostro. Tym razem juz przesadziliscie. Musimy to zrobic… Zmuszacie nas do podjecia ostatecznych krokow.
— Chodzi ci przypadkiem o sprawe innego swiata?
— Zgadza sie — potwierdzil Crawford.
Siedzial i patrzyl na Vickersa swymi bladoniebieskimi oczyma zatopionymi w grubej warstwie tluszczu.
— Co w takim razie mamy zrobic? — spytal. — Stac bezczynnie i przygladac sie, jak nas niszczycie? Zaczeliscie sprzedawac swoje produkty, ale was powstrzymalismy, przyznaje, ze w dosc brutalny sposob. Ale wy dalej swoje. Raz wam nie wyszlo, wiec wpadliscie na nowy pomysl: religie, fanatyzm rodem z parkowej lawki czy jak to tam nazywacie.
— Gloszenie prawdy — odparl Vickers.
— Jak go zwal, tak go zwal, w kazdym razie dziala. I to az za dobrze. Zeby was powstrzymac, trzeba bedzie rozpoczac wojne.
— Chcesz powiedziec, ze prowadzimy dzialalnosc wywrotowa.
— Bez watpienia — zgodzil sie Crawford. — Juz po paru dniach widac bylo pierwsze efekty, ludzie zaczeli zwalniac sie z pracy, opuszczac swe domy, wyrzucac pieniadze. Mowili, ze ubostwo to klucz do innego swiata. Co za numer chcecie nam tym razem wykrecic?
— I co dzieje sie z tymi ludzmi? Z tymi, ktorzy rzucaja prace i rozdaja swoje pieniadze? Sprawdzaliscie to?
Crawford pochylil sie w fotelu.
— To nas wlasnie najbardziej przeraza. Oni znikli, zanim zdazylismy z nimi porozmawiac. Po prostu znikli.
— Przeszli do innego swiata — poprawil go Vickers.
— Nie wiem, gdzie przeszli, ale wiem, co sie stanie, jak tak dalej pojdzie. Opuszcza nas nasi pracownicy. Jeden po drugim zaczna odchodzic, z poczatku pojedynczo, potem masowo.
— Jesli chcecie z tego powodu rozpoczac wojne, nie wroze wam wielkich sukcesow.
— W kazdym razie nie pozwolimy wam na to — zapewnil go Crawford. — W jakis sposob was powstrzymamy.
Vickers wstal i pochylil sie nad biurkiem.
— Jestes skonczony, Crawford. To my was powstrzymamy. Nie zapominaj o tym, ze to my…
— Siadaj — warknal Crawford.
Vickers przez chwile mu sie przygladal, a potem powoli opadl na krzeslo.
— Jest jeszcze jedna sprawa — ciagnal Crawford. — Mowilem ci, ze w tym pokoju sa analizatory. Ale one sa nie tylko w tym pokoju. Sa wszedzie. Na dworcach kolejowych, przystankach autobusowych, w hotelach, restauracjach…
— Tak myslalem. W ten sposob udalo wam sie mnie odnalezc.
— Ostrzegalem cie. Nie mozesz nami pogardzac tylko dlatego, ze nadal chcemy byc ludzmi. Posiadajac wladze nad przemyslem swiatowym mozna dokonac wielu rzeczy, i to w bardzo krotkim czasie.
— Przechytrzyliscie samych siebie — stwierdzil Vickers. Dzieki analizatorom dowiedzieliscie sie wielu rzeczy, o ktorych wolelibyscie nie widziec.
— Na przyklad?
— Na przyklad tego, ze wielu przemyslowcow, bankierow i innych dzialajacych w waszej organizacji jest mutantami, z ktorymi walczycie.
— To prawda. Swoja droga moglbys mi wyjasnic, w jaki sposob udalo wam sie ich przemycic?
— Wcale nie musielismy ich przemycac, Crawford.
— Nie musieliscie…
— Zacznijmy od poczatku — rzekl Vickers. — Powiedz mi, kim jest mutant?
— Coz, to taki niby zwykly czlowiek posiadajacy pewne dodatkowe uzdolnienia. Rozumiejacy rzeczy, ktorych reszta z nas nigdy nie bedzie w stanie pojac.
— Przyjmijmy wiec teraz, ze jakis czlowiek jest mutantem, ale nie bedac tego swiadom, uwaza siebie za zwyklego czlowieka. I co sie z nim stanie? Niezaleznie od tego, czy jest doktorem, prawnikiem, zebrakiem albo zlodziejem, dotrze na sam szczyt. Stanie sie cenionym lekarzem, wygrywajacym wszystkie sprawy adwokatem czy tez poczytnym pisarzem. Moze nawet zostac przemyslowcem albo bankierem.
Z twarzy Crawforda patrzylo na niego dwoje niebieskich, szeroko otwartych oczu.