katoliczka, ale z cala pewnoscia pozostala nia w glebi serca. Cale lata codziennego uczeszczania na msze i wieczornych modlitw, wysluchiwanie przez nie konczace sie dziewietnascie lat szalonych kazan Giny, ciagle strofowania i rady, ktorych nie wolno bylo lekcewazyc i o ktorych stale nalezalo pamietac. Ellen nadal z calego serca wierzyla w Boga, w niebo i pieklo. Ostrzezenia zawarte w Pismie Swietym w dalszym ciagu byly dla niej wazne. NIE ZABIJAJ.

Ale przeciez jest oczywiste, skonstatowala, ze to prawo nie dotyczy zwierzat. Wolno zabijac zwierzeta, to nie jest smiertelny grzech. A ta istota w kolysce to nic innego jak zwierze, bestia, monstrum. To nie byl czlowiek. A wiec gdyby je zabila, czyn ten nie przypieczetowalby losu jej niesmiertelnej duszy. Z drugiej strony skad mogla miec pewnosc, ze to COS nie bylo czlowiekiem? Urodzilo sie z mezczyzny i kobiety. Nie ma innego bardziej fundamentalnego kryterium czlowieczenstwa. Dziecko bylo mutantem, ale ludzkim mutantem. Jej dylemat wydawal sie nie do rozwiazania. Mala, sniada istotka w kolysce uniosla jedna raczke w strone Ellen. Wlasciwie to nie byla reka. To byl szpon. Dlugie, kosciste palce wydawaly sie zbyt duze jak na szesciotygodniowe niemowle, choc dziecko bylo calkiem spore. Dlon przypominala lape zwierzecia, nieproporcjonalnie wielka w porownaniu z reszta ciala. Wierzchy obu dloni porosniete byly gestym, ciemnym futrem zmieniajacym sie u podstawy palcow w krotka, ostra szczecine. Bursztynowe swiatlo odbijalo sie od ostrych krawedzi trojkatnych, zaostrzonych paznokci. Dziecko cielo rekoma powietrze, ale nie bylo w stanie pochwycic Ellen.

Nie potrafila zrozumiec, jak mogla urodzic cos takiego. Jakim cudem ten stwor mogl w ogole istniec? Wiedziala o istnieniu rozmaitych dziwolagow. Kilka z nich pracowalo w gabinecie osobliwosci w wesolym miasteczku. Wygladali okropnie, ale nie tak jak to COS. Zaden z nich nie byl tak dziwny jak ten stwor, ktory wylagl sie z jej lona. Dlaczego tak sie stalo? Dlaczego? Zabicie tego dziecka bedzie aktem milosierdzia. Przeciez ono i tak nigdy nie bedzie w stanie prowadzic normalnego zycia. Zawsze bedzie potworem, obiektem drwin i szyderstwa. Jego zycie zmieni sie w pasmo goryczy, smutku, bolu i samotnosci. Nie dane mu beda nawet najprostsze i najbardziej podstawowe przyjemnosci, nie mowiac juz o najmniejszej chocby odrobinie szczescia.

A gdyby zostala zmuszona przez reszte zycia opiekowac sie tym stworzeniem, ona rowniez nie zaznalaby szczescia. Perspektywa wychowywania tego groteskowego dziecka przepelniala ja rozpacza. Zamordowanie go bedzie aktem milosierdzia tak dla niej, jak i dla tego zalosnego, choc przerazajacego mutanta, ktory teraz lypal na nia z kolyski.

Ale kosciol rzymskokatolicki nie zezwala na zabojstwo „z milosierdzia'. Nawet najszczytniejsze motywacje nie uchronia jej przed pieklem. A ona doskonale wiedziala, ze jej motywacje nie byly czyste; chec pozbycia sie tego brzemienia wynikala poniekad ze zwyklego egoizmu.

Stwor w dalszym ciagu sie jej przygladal, a ona nieodmiennie miala wrazenie, ze nie tyle patrzy NA NIA, co raczej NA WSKROS niej, wdzierajac sie w glab jej umyslu i duszy. To WIEDZIALO, o czym myslala, i nienawidzilo jej za to.

Jego blady, cetkowany jezyk przesunal sie powoli po ciemnych, bardzo ciemnych wargach. Stwor syknal na nia zlowrogo.

Czy ta istota byla czlowiekiem, czy tez nie, Ellen czula, ze to COS jest zle. Nie bylo tylko zdeformowanym dzieckiem, ale czyms innym. Gorszym. Czyms wiecej, a zarazem czyms mniej anizeli czlowiek. Zlo. Czula prawdziwosc tych slow calym cialem i sercem.

A moze jestem nienormalna? – zastanawiala sie. Nie. Nie mogla sobie pozwolic na zwatpienie. Nie byla wariatka. Mozna bylo powiedziec o niej wiele – ze byla przygnebiona, przybita, zrozpaczona, przerazona, zastraszona, zaklopotana. Nie byla jednak szalona. Czula zlo emanujace z dziecka i jezeli o to chodzilo, jej percepcja dzialala idealnie.

ZABIJ TO.

Niemowle krzyknelo. Jego chrapliwy, pelen napiecia glos urazil nerwy Ellen. Skrzywila sie. Niesione wiatrem strugi deszczu zadudnily w dach przyczepy. Rozlegl sie grzmot.

Dziecko wilo sie, miotalo i usilowalo odrzucic na bok cienki koc, ktorym bylo przykryte. Chwytajac koscistymi dlonmi brzegi kolyski, wczepilo sie w nie szponami, wyprezylo cale cialo, pochylilo sie do przodu i usiadlo.

Ellen wstrzymala oddech. Niemowle bylo zbyt male, aby moc podniesc sie i usiasc.

TO syknelo na nia.

Stwor rosl z przerazajaca szybkoscia, byl stale glodny i pochlanial dwa razy tyle co normalne dziecko w jego wieku. Z tygodnia na tydzien zauwazala w nim zdumiewajace zmiany. Z zadziwiajaca, niepokojaca szybkoscia uczyl sie wykorzystywac swoje cialo. Niedlugo bedzie umial raczkowac, a potem chodzic. I co wtedy? Jak duzy i szybki bedzie, zanim zupelnie straci nad nim kontrole? Usta miala wyschniete i czula w nich kwasny smak. Usilowala je zwilzyc, ale zabraklo jej sliny.

Struzka zimnego potu splynela jej od linii wlosow do kacika oka. Mrugnieciem powieki pozbyla sie slonego plynu. Gdyby mogla umiescic dziecko w zakladzie, gdzie bylo jego miejsce, nie musialaby go zabijac. Tylko ze Conrad nigdy nie zgodzilby sie na oddanie chlopca. Nie czul wobec niego odrazy ani sie go nie bal. Prawde mowiac zdawal sie cieszyc nim bardziej niz normalnym, zdrowym dzieckiem. Chlubil sie, ze jest ojcem, zas dla Ellen jego duma byla oznaka szalenstwa. Nawet gdyby doprowadzila do zamkniecia dziecka w zakladzie, to rozwiazanie nie byloby ostateczne. Zlo nie przestanie istniec. Wiedziala, ze dziecko bylo zle, nie miala co do tego watpliwosci i czula sie odpowiedzialna za sprowadzenie tej istoty na swiat. Nie mogla ot tak, po prostu odwrocic sie plecami i odejsc, pozwalajac by ktos inny zalatwil te sprawe za nia. A jezeli TO, doroslszy, kogos zabije? Czy odpowiedzialnosc za owa smierc nie spadnie rowniez na jej barki? Powietrze wpadajace przez otwarte okno bylo chlodniejsze niz przed deszczem. Chlodny podmuch musnal odsloniety kark Ellen.

Dziecko zaczelo proby wydostania sie z kolyski. Ellen, wzmocniona burbonem, wykrzesala z siebie resztki sil; szczekajac zebami, z palcami drzacymi jak u alkoholika w czasie delirium powoli chwycila dziecko. Nie. Nie dziecko. COS. Nie mogla o TYM myslec jak o dziecku. Nie mogla sobie pozwolic na zadne sentymenty. Musi dzialac. Musi byc zimna, twarda, nieugieta, nieublagana, bezwzgledna. Zamierzala uniesc odrazajaca kreature, wyjac poduszke w satynowej powloczce spod jej glowy, a potem udusic ja ta sama poduszka.

Nie chciala, by na ciele zostaly jakiekolwiek slady. Smierc musi wygladac na naturalna. Bywa, ze nawet zdrowe dzieci umieraja w swoich kolyskach bez widocznej przyczyny – nikt nie bedzie zdziwiony ani podejrzliwy, jesli ten zalosny zdeformowany potworek odejdzie cicho i spokojnie, we snie.

Kiedy jednak wyjela stworzenie z kolyski, zareagowalo tak szokujaca wsciekloscia, ze jej plan w jednej chwili spalil na panewce. Stwor pisnal i zaatakowal ja pazurami. Krzyknela z bolu, kiedy ostre szpony wryly sie w cialo i rozoraly jej przedramiona.

Krew. Waskie struzki krwi.

Dziecko zaczelo wic sie i kopac. Ellen z trudem mogla je utrzymac. Stwor wydal zdeformowane wargi i splunal na nia. Ohydna gruda zoltawej, cuchnacej plwociny trafila ja w nos. Wzdrygnela sie i zakrztusila. Dziecko – stwor wykrzywilo usta, obnazajac cetkowane dziasla, i zasyczalo. Grzmot znow rozbil ciemnosc i swiatla wewnatrz przyczepy zamrugaly raz po raz; zanim sie zapalily, oslepiajaca blyskawica po raz kolejny rozciela mrok.

Prosze, Boze, pomyslala zrozpaczona, nie zostawiaj mnie w ciemnosci z tym CZYMS.

Wylupiaste, zielone oczy potwora zdawaly sie emanowac osobliwy blask, fosforyzujaca poswiate, ktora plynela jakby z ich wnetrza. Stworzenie wilo i skrzeczalo. Oddalo mocz. Serce Ellen zabilo zywiej. Istota szarpala jej rece, rozdzierajac skore i tkanki, rozbryzgujac wokolo krew. Rozorala miekkie cialo dloni i zdarla paznokiec z jednego kciuka. Uslyszala dziwne, wysokie, piskliwe zawodzenie, nie przypominajace niczego, co znala dotychczas i dopiero po kilku sekundach uswiadomila sobie, ze wsluchuje sie we wlasny przerazliwy, przeciagly wrzask. Gdyby mogla cisnac to COS precz, obrocic sie na piecie i uciec, zrobilaby to, ale nagle stwierdzila, ze zwyczajnie nie jest w stanie sie od TEGO uwolnic. Stwor kurczowo trzymal sie jej ramion i nie puszczal.

Walczyla z nieludzka zawzietoscia, tak ze o malo nie wywrocila kolyski. Jej cien skakal dziko po stojacym opodal lozku i scianie, zahaczajac raz po raz o zaokraglony sufit. Klnac i wytezajac wszystkie sily, by utrzymac istote na odleglosc wyciagnietych ramion, zdolala zacisnac najpierw lewa, a potem prawa dlon na jego szyi, po czym wepchnela stwora na dno kolyski i zaczela dusic. Zaciskala palce najsilniej jak tylko mogla i zgrzytala zebami; choc czula odraze wobec wscieklosci, jaka wzbierala w jej wnetrzu, byla zdecydowana wycisnac ostatnie tchnienie z piersi malego monstrum.

Nie chcialo latwo umrzec. Ellen zdumiala sie, czujac pod palcami twarde jak postronki, naprezone miesnie jego szyi. Przesunelo szpony wyzej na jej przedramiona i ponownie wbilo paznokcie w skore, otwierajac nowe rany i powodujac kolejne fale bolu. Ten wlasnie bol nie pozwolil Ellen, by dala z siebie wszystko, gdy rozpaczliwie starala sie udusic potworka. Stwor wywrocil oczyma, gesta slina wyplynela z jednego kacika jego ust i splynela po

Вы читаете Tunel Strachu
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату