Conrad polozyl trupka na podlodze. Zrobil to delikatnie i z czuloscia. Wobec mnie nie bedzie rownie delikatny, pomyslala Ellen.

– Prosze, Conrad. Prosze, zrozum. Podniosl sie i podszedl do niej. Miala ochote uciec, ale nie mogla.

– Zabilas Victora – rzucil ostro Conrad.

Nadal dziecku-potworkowi imie – Victor Martin Straker, co Ellen wydalo sie absurdalne. Bardziej niz absurdalne. Niebezpieczne. Gdybys zaczal zwracac sie do tego po imieniu, moglbys zaczac myslec o tym jak o ludzkim dziecku. A to nie byl czlowiek. TO NIE BYL CZLOWIEK, do cholery! To bylo zlo. Czart. Gdy znajdowales sie w poblizu niego, musiales byc stale czujny. Sentymenty czynily cie bezbronnym i slabym. Nie chciala nazywac tego Victorem. Wzbraniala sie rowniez przed przyznaniem wobec samej siebie, ze TO mialo plec.

To nie byl maly chlopiec. To bylo male ZWIERZE.

– Dlaczego? Dlaczego zabilas mojego Victora?

– TO mnie zaatakowalo – powtorzyla.

– Klamiesz.

– Tak bylo!

– Klamliwa suka.

– Spojrz na mnie! – Uniosla do gory krwawiace rece. – Spojrz, co mi zrobilo!

Smutek na twarzy Conrada ustapil miejsca grymasowi najczarniejszej nienawisci.

– Probowalas go zabic, a on tylko sie bronil.

– Nie. To bylo okropne. Straszne. TO drapalo mnie pazurami. Probowalo rozszarpac mi gardlo. Usilowalo…

– Zamknij sie – rzucil przez zacisniete zeby.

– Conradzie, wiesz dobrze, ze TO bylo brutalne. Ciebie tez nieraz podrapalo. Jezeli spojrzysz prawdzie w oczy, zajrzysz w glab wlasnego serca, z pewnoscia przyznasz mi racje. Nie stworzylismy dziecka. Stworzylismy POTWORA. COS. I to bylo zle. Bylo wcieleniem diabla, Conradzie. To…

– Mowilem juz, zebys zamknela ten swoj pieprzony pysk, parszywa dziwko. Dygotal z wscieklosci. Jego wargi pokryly sie plamkami bialawej piany. Ellen skulila sie.

– Wezwiesz policje?

– Wiesz, ze my, z wesolego miasteczka, nigdy nie uciekamy sie do pomocy glin. Sami zalatwiamy wlasne problemy. Doskonale potrafie zalatwic sprawy z taka szumowina jak ty.

Zamierzal ja zabic. Byla o tym przekonana.

– Zaczekaj, posluchaj, pozwol mi wyjasnic. Jakie TO mialo miec zycie? -rzucila z rozpacza w glosie.

Conrad spojrzal na nia. Jego oczy przepelnial lodowaty gniew… i szalenstwo. Przeszyl ja chlodnym spojrzeniem i nieomal poczula, jak wskutek jakiejs powolnej, bezszelestnej, ledwie wyczuwalnej, lecz piekielnie niszczacej eksplozji cale jej cialo przeszywaja odlamki lodu. To nie byly oczy normalnego czlowieka.

Zadrzala.

– Mialoby okropne, ponure zycie. Byloby dziwolagiem, wyszydzanym, odrzucanym i pogardzanym. Nie potrafiloby cieszyc sie najzwyklejszymi przyjemnosciami. Nie zrobilam nic zlego. Po prostu wybawilam te zalosna istote od czekajacych j a nieszczesc i trosk. To wszystko. Uchronilam je przed latami samotnosci i…

Conrad spoliczkowal ja. Mocno.

Rozejrzala sie goraczkowo w prawo i w lewo, nie dostrzegajac zadnej mozliwosci ucieczki. Ostre, wyraziste rysy Conrada nie wygladaly juz na arystokratyczne; jego twarz byla przerazajaca, sroga, a rzezbiona przez cienie przypominala zlowrogi, dziki pysk wilka.

Podszedl blizej i ponownie uderzyl ja w twarz. Potem uzyl piesci, trafiajac raz, drugi i trzeci w brzuch i w zebra. Byla zbyt slaba, zbyt wyczerpana, by stawic mu opor. Osunela sie nieuchronnie ku podlodze i, jak przypuszczala, ku niechybnej smierci.

SWIETA MARIO, MATKO BOSKA!

Conrad uniosl ja w gore jedna reka i w dalszym ciagu policzkowal, klnac przy kazdym uderzeniu. Ellen stracila juz rachube otrzymanych uderzen i nie byla w stanie odroznic kolejnych fal bolu od tych, ktore odczuwala dotychczas. Wreszcie zemdlala.

Po jakims czasie powrocila z mrocznego miejsca, gdzie gardlowe glosy wygrazaly jej w dziwnych jezykach. Otworzyla oczy i przez chwile nie wiedziala, gdzie sie znajduje.

I wtem ujrzala male, upiorne zwloki lezace o kilka stop od niej, na podlodze. Zdeformowane oblicze, zastygle na zawsze w upiornym, zlowieszczym grymasie, bylo odwrocone w jej strone.

Krople deszczu bebnily w zaokraglony dach przyczepy.

Ellen uniosla sie z podlogi. Usiadla. Czula sie okropnie, jakby miala poobijane wszystkie wnetrznosci.

Conrad stal przy lozku i wrzucal ubranie do jej walizki.

Nie zabil jej. Dlaczego? Zamierzal zatluc ja na smierc, byla o tym przekonana. Dlaczego zmienil zdanie?

Z jekiem podniosla sie na kolana. Poczula krew, kilka zebow miala obluzowanych. Z ogromnym wysilkiem wstala i wyprostowala sie.

Conrad zatrzasnal walizki, przeszedl z nimi obok Ellen, otworzyl drzwi przyczepy i wyrzucil bagaze na zewnatrz. Jej torebka lezala na kuchennej ladzie; cisnal ja w slad za walizkami. Odwrocil sie do niej.

– Teraz ty. Wypieprzaj stad i nigdy nie wracaj.

Nie wierzyla, ze pozwoli jej zyc. To musiala byc jakas sztuczka. Teraz mowil podniesionym glosem:

– Wynos sie stad, kurwo! Ruszaj w droge! Natychmiast! Chwiejnie, jak zrebak stawiajacy pierwsze kroki, Ellen minela Conrada.

Byla spieta, spodziewala sie kolejnego ataku, ale nie podniosl na nia reki.

Kiedy dotarla do drzwi, gdzie niesiony wiatrem deszcz chlostal prog, Conrad powiedzial:

– Jeszcze jedno.

Odwrocila sie do niego, unoszac reke, by oslonic sie przed nieuchronnym w jej mniemaniu ciosem.

On jednak nie zamierzal jej uderzyc. Byl nadal wsciekly, ale juz w pelni nad soba panowal.

– Pewnego dnia, w zwyklym swiecie, poslubisz jakiegos mezczyzne. Bedziesz miala nastepne dziecko. Moze dwoje albo troje.

W jego zlowieszczym glosie kryla sie grozba, ale byla zbyt oszolomiona, by zrozumiec, co sugerowal. Czekala, az powie cos wiecej. Jego waskie, bezkrwiste wargi rozchylily sie z wolna w lodowatym usmiechu.

– Kiedy znowu bedziesz miala dzieci, kiedy zechcesz miec dzieci, ktore bedziesz holubic i kochac, przyjde i odbiore ci je. Obojetne dokad sie udasz, obojetne jak daleko i ile razy zmienisz nazwisko. Odnajde cie. Przysiegam, ze cie znajde. Odnajde cie, a potem odbiore ci dzieci, tak jak ty odebralas mi syna.

Zabije je.

– Jestes szalony – powiedziala.

Jego usmiech wygladal jak szeroki, pozbawiony wesolosci grymas kosciotrupa.

– Nie ma takiego miejsca, w ktorym moglabys sie ukryc. Nigdzie, na calym swiecie nie znajdziesz dla siebie spokojnej przystani. Zaden zakatek swiata nie bedzie dla ciebie bezpiecznym miejscem. Dopoki zyjesz, bedziesz musiala stale ogladac sie przez ramie. A teraz spadaj, dziwko. Wynos sie, zanim mimo wszystko zdecyduje sie rozwalic ci leb.

Ruszyl w jej strone.

Ellen szybko minela drzwi i zeszla po dwoch metalowych schodkach w ciemnosc. Przyczepa stala na niewielkiej polance, otoczonej drzewami, ale w gorze nie bylo galezi, ktore moglyby zatrzymac siekace strugi deszczu. W kilka sekund Ellen byla przemoczona do suchej nitki. Przez chwile w otwartych drzwiach widac bylo sylwetke Conrada skapana w bursztynowym swietle plynacym z wnetrza przyczepy. Przygladal sie jej. W koncu gwaltownie zatrzasnal drzwi.

Otaczaly ja zewszad drzewa kolysane podmuchami wiatru. Liscie wydawaly dzwiek kojarzacy sie z szarpana bezlitosnie i ciskana precz nadzieja. Wreszcie Ellen podniosla swoja torebke i ublocone walizki.

Przeszla przez parking dla pojazdow wesolego miasteczka, mijajac inne przyczepy, ciezarowki i samochody, a pod natarczywymi palcami ulewy kazdy z wozow wydawal drobne, ulotne nutki, skladajace sie na symfonie burzy. W niektorych przyczepach miala przyjaciol. Lubila wiekszosc pracownikow lunaparku, ktorych poznala, i wiedziala, ze wielu z nich rowniez darzylo ja sympatia. Kiedy tak brnela przez bloto, spogladala tesknie w strone oswietlonych okien, ale mimo to nie zatrzymala sie. Nie byla pewna, jak jej przyjaciele zareagowaliby na wiadomosc, ze wlasnie zabila Victora Marina Strakera. Pracownicy lunaparku byli przewaznie wyrzutkami, ludzmi, ktorzy nie pasowali nigdzie indziej; gorliwie chronili swoich, a wszystkich innych uwazali za frajerow, ktorych w ten

Вы читаете Tunel Strachu
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату