czy inny sposob nalezy oszwabic. Silna wiez, jaka ich laczyla, mogla siegac nawet owego dziecka-potworka. Co wiecej, istnialo spore prawdopodobienstwo, ze opowiedza sie raczej po stronie Conrada niz jej; juz rodzice Strakera pracowali w lunaparku, podczas gdy ona rozpoczela wedrowne zycie w wesolym miasteczku zaledwie przed czternastoma miesiacami.
Maszerowala przed siebie.
Wyszla z gaszczu i znalazla sie na glownym placu lunaparku. Teraz, kiedy byla nie oslonieta, strugi deszczu siekly ja z jeszcze wieksza zacietoscia niz miedzy drzewami; grube krople rozpryskiwaly sie na ziemi, w zwirowych alejkach i splachetkach trocin rozsypanych wokolo. Wesole miasteczko spalo. Palilo sie tylko kilka lamp; kolysaly sie na szarpanych wiatrem przewodach tworzac amorficzne, tanczace cienie. Wszystkie slady ludzi zniknely, zatarte przez fatalna pogode. Lunapark byl opustoszaly. Ellen zobaczyla jedynie dwoch karlow w zoltych olejowkach; przemknely miedzy milczaca karuzela i „Mlotem', a potem obok jaskrawo udekorowanego salonu tanca erotycznego, spogladajac na Ellen; ich oczy, w cieniu naciagnietych gleboko kapturow, wydawaly sie jasne niczym ksiezyce i pytajace.
Ruszyla w strone frontowej bramy. Kilkakrotnie obejrzala sie za siebie w obawie, ze Conrad mimo wszystko zmieni zdanie i ruszy za nia w pogon.
Sciany namiotow wydymaly sie i plywaly, targane wiatrem, ktory bezlitosnie szarpal liny przymocowane do kolkow.
Posrod strug zacinajacego deszczu, przeplatanych waskimi pasmami mgly, widac bylo mroczne kolo Diabelskiego Mlyna, unoszace sie niczym osobliwy, tajemniczy prehistoryczny szkielet; jego znajome kontury w nocy i we mgle wydawaly sie znieksztalcone i jakby zamazane. Minela rowniez Tunel Strachu. Byl on wlasnoscia i chluba Conrada. Pracowal tam przez caly dzien. Ze szczytu Tunelu Strachu patrzyla na nia glowa wielkiego, usmiechnietego klauna. Dla zartu artysta nadal mu rysy twarzy Conrada. Ellen nawet w polmroku mogla dostrzec podobienstwo.
Miala niepokojace wrazenie, ze wielkie namalowane oczy klauna przez caly czas ja obserwuja. Odwrocila wzrok w druga strone i przyspieszyla kroku.
Kiedy dotarla do glownej bramy lunaparku, zatrzymala sie. Dopiero teraz uswiadomila sobie, ze wlasciwie nie wie, co ze soba zrobic. Nie miala dokad pojsc. Nie miala nikogo, do kogo moglaby sie zwrocic. Zawodzacy wiatr zdawal sie z niej drwic.
Pozniej tej samej nocy, kiedy front burzowy juz przeszedl i padala jedynie lekka, szara mzawka, Conrad wszedl na spowita mrokiem karuzele, posrodku centralnej alejki. Zamiast na koniu usiadl na barwnie pomalowanej, misternie rzezbionej laweczce.
Cory Baker, ktory obslugiwal karuzele, stanal przy konsoli kontrolnej za kasa. Wlaczyl swiatla karuzeli. Uruchomil potezny silnik, przesunal dzwignie i platforma zaczela obracac sie do tylu. Rozlegla sie glosna muzyka, ale nie byla w stanie rozproszyc posepnej atmosfery otaczajacej cala ceremonie. Mosiezne slupki przesuwaly sie rytmicznie w gore i w dol, w gore i w dol. Drewniane ogiery galopowaly do tylu, ogonami naprzod, w kolo, w kolo, bez konca. Conrad, samotny pasazer, patrzyl przed siebie. Usta mial zacisniete, twarz posepna.
Taka przejazdzka na karuzeli oznaczala w tradycji lunaparku rozwiazanie malzenstwa. Kiedy mlodzi chcieli sie pobrac, jezdzili na karuzeli krecacej sie normalnie, to znaczy do przodu; jezeli ktores z nich chcialo rozwodu, otrzymywalo go po samotnej przejazdzce na karuzeli obracajacej sie wstecz. Te ceremonie dla ludzi z zewnatrz wydawaly sie absurdalne, ale w rozumieniu pracownikow lunaparku ich tradycje byly mniej bezsensowne niz wszelkie religijne i prawne rytualy normalnego swiata.
Piecioro pracownikow lunaparku, swiadkow rozwodu, przygladalo sie karuzeli. Cory Baker z zona. Zena Penetsky, jedna z dziewczat uprawiajacych taniec erotyczny. Dwa dziwolagi – gruba kobieta z broda oraz czlowiek aligator, o skorze grubej i pokrytej luskami. Zbili sie w ciasna gromadke posrod siapiacego deszczu, obserwujac w milczeniu, jak Conrad przemyka w kolo poprzez chlodne powietrze i mgle, przy dzwiekach halasliwej muzyki.
Kiedy karuzela wykonala szesc pelnych obrotow przy normalnej predkosci, Cory wylaczyl silnik. Platforma zaczela zwalniac. Czekajac, az karuzela sie zatrzyma, Conrad pomyslal o dzieciach, ktore Ellen urodzi… ktoregos dnia. Uniosl obie dlonie w gore i spojrzal na nie, usilujac wyobrazic je sobie czerwone od krwi potomka Ellen. Za kilka lat ona na pewno znow wyjdzie za maz; byla zbyt piekna, aby miala pozostac sama. Za dziesiec lat bedzie miala co najmniej jedno dziecko. Za dziesiec lat Conrad zacznie jej szukac. Wynajmie detektywow; nie bedzie szczedzil grosza. Wiedzial, ze do rana Ellen przestanie traktowac jego grozbe powaznie, ale ON nigdy nie zapomni o swojej zlowrogiej obietnicy. A kiedy po latach odnajdzie ja, gdy Ellen bedzie juz czula sie pewnie i bezpiecznie, odbierze jej to, co dla niej najcenniejsze. Conrad Straker, ktorego zycie bylo jednym dlugim pasmem nieszczesc i niepowodzen, nareszcie mial po co zyc. Odnalazl swoj prawdziwy cel.
Zemste.
Pozniej, tej samej nocy, kiedy front burzowy juz przeszedl i padala jedynie lekka, szara mzawka, Conrad wszedl na spowita mrokiem karuzele.
Ellen spedzila noc w motelu niedaleko wesolego miasteczka. Nie spala dobrze. Chociaz opatrzyla rany, wciaz odczuwala dojmujacy bol i nie potrafila znalezc dla siebie wygodnej pozycji. Co gorsza, za kazdym razem, kiedy przysypiala na kilka minut, zaczynaly dreczyc ja krwawe koszmary.
Obudziwszy sie, patrzyla w sufit zamartwiajac sie o wlasna przyszlosc. Dokad pojdzie? Co zrobi? Nie miala zbyt duzo pieniedzy. W przyplywie rozpaczy rozwazala nawet mozliwosc popelnienia samobojstwa, szybko jednak odegnala od siebie te mysl. Moze nie pojdzie do piekla za zabicie dziecka-potworka, ale za odebranie sobie zycia z cala pewnoscia zostalaby potepiona.
Dla katolika samobojstwo jest grzechem smiertelnym.
Ellen, ktora w formie reakcji na religijne opetanie matki zerwala wiez z kosciolem i na kilka lat utracila wiare, stwierdzila, ze teraz NAPRAWDE WIERZY. Znowu byla katoliczka i pragnela oczyszczenia, jakie daje spowiedz, oraz duchowego wsparcia mszy swietej. Narodziny tego groteskowego, zlego dziecka, a zwlaszcza ostatnia z nim walka przekonaly Ellen, ze istnieje cos takiego jak pojecie dobra i zla, i ze na swiecie rzeczywiscie dzialaja sily Boga i Szatana.
Lezac w motelowym lozku, nakryta przescieradlem po sama brode, tej nocy bardzo czesto sie modlila.
Przed switem zdolala w koncu przespac kilka godzin bez mrocznych, zlowrogich koszmarow, a kiedy sie obudzila, nie czula sie juz przygnebiona. Depresja minela. Przez wysokie okno wpadl zloty promien slonecznego swiatla i zatrzymal sie na jej ciele. Ellen rozkoszowala sie rym cieplem i jasnoscia. Znow zaczela odczuwac nadzieje. Conrad zostal za nia. Na zawsze. Dziecko-potworek odeszlo. Na zawsze. Swiat byl pelen interesujacych mozliwosci. Doswiadczyla tak wiele strachu i bolu, ze miala ogromne zaleglosci, jesli chodzi o szczescie.
Zupelnie zapomniala o pogrozkach Conrada.
Byl wtorek, szesnastego sierpnia 1955 roku.
CZESC PIERWSZA
1
W noc balu maturalnego Jeny Galloway zapragnal kochac sie z Amy Harper, co bynajmniej jej nie zaskoczylo. Zawsze mial ochote na seks. Stale wyciagal po nia lapska. Nigdy nie mial jej dosc. Ale Amy zaczynala miec dosc Jerry'ego. Prawda powiedziawszy miala go po dziurki w nosie. Byla w ciazy. Za kazdym razem, kiedy o tym myslala, czula w piersi zimny, nieprzyjemny ucisk. Bala sie przyszlosci – upokorzenia, rozczarowania ojca, gniewu matki. Wzdrygnela sie. Kilkakrotnie tego wieczoru Jeny widzial jej drzenie, ale sadzil, ze wine za to ponosi powiew chlodnego powietrza z klimatyzatora w sali gimnastycznej. Amy miala na sobie koronkowa zielona sukienke bez