Gdy minela furgonetke i nie znalazla cadillaca, zauwazyla dwoch ludzi biegnacych w jej strone. Zanim zdazyla sie przyjrzec uwazniej dziwacznej parze, powiedziala:
– Ten usmiechniety gnojek ukradl mi samochod.
Pierwszy z mezczyzn – wysoki i zbudowany jak zawodnik ligi futbolowej – niosl pudlo wielkosci opakowania pizzy, na ktorym chwiala sie para butow. Mimo zwalistej postury nie wygladal ani troche groznie, byc moze dlatego, ze przypominal niedzwiedzia. Nie krwiozerczego grizzly gotowego wypruc kazdemu flaki, ale dobrotliwego misia fajtlape z filmu Disneya. Byl ubrany w wymiete spodnie khaki i zolto-niebieska koszule hawajska, a na jego twarzy malowal sie wyraz glebokiego zatroskania, jak gdyby wlasnie ogolocil ul z miodu i spodziewal sie ataku roju rozgniewanych pszczol.
Towarzyszyl mu nizszy i mlodszy mezczyzna – mial moze piec stop i dziewiec, dziesiec cali wzrostu i wazyl jakies sto szescdziesiat funtow – ubrany w niebieskie dzinsy i biala koszulke z rysunkiem kojota, nieszczesnego przesladowcy Strusia Pedziwiatra. Byl bez butow i szedl za wyzszym mezczyzna z ociaganiem; na prawej nodze mial porzadnie nalozona skarpetke, ale lewa byla luzna i powloczyl nia przy kazdym kroku.
Mimo ze fan kojota trzymal bezwladnie opuszczone rece i nie stawial oporu, Jilly doszla do wniosku, ze wcale nie ma ochoty isc z niedzwiedziowatym, poniewaz byl ciagniety za ucho. Z poczatku zdawalo sie jej, ze nizszy protestuje przeciw takiemu upokorzeniu. Gdy zblizyli sie do niej, uslyszala wyrazniej slowa mlodszego i raczej nie mogla ich zinterpretowac jako sprzeciwu.
– …elektroluminescencja, luminescencja katodowa… Niedzwiedziowaty przystanal przed Jilly, zatrzymujac tez nizszego. Glosem znacznie nizszym – lecz nie mniej lagodnym – od glosu Kubusia Puchatka, powiedzial:
– Przepraszam, ale nie slyszalem, co pani mowila. Przechylajac glowe z powodu dloni trzymajacej go za lewe ucho, mlodszy caly czas gadal, ale chyba nie zwracajac sie ani do zwalistego, ani do Jilly:
– …nimb, aureola, halo, korona, halo przysloneczne…
Nie byla pewna, czy to spotkanie rzeczywiscie jest tak osobliwe, jak sie wydawalo, czy moze jej percepcje zaburzaja dlugotrwale skutki narkozy. Glos rozsadku nakazywal jej milczec i czym predzej biec do biura motelu, byle dalej od pary nieznajomych, ale glos rozsadku byl ledwie szeptem, powtorzyla wiec: – Ten usmiechniety gnojek ukradl mi samochod.
– …zorza polarna poludniowa, zorza polarna polnocna, swiatlo gwiazd…
Zauwazajac wzrok Jilly, wielkolud rzekl: – To moj brat, Shep.
– …swiatlosc, stoposwieca, strumien swietlny…
– Milo mi cie poznac, Shep – powiedziala, nie dlatego, ze rzeczywiscie bylo jej milo, ale nie wiedziala, co innego mozna powiedziec, bo nigdy wczesniej nie znalazla sie w takiej sytuacji.
– …kwant swiatla, foton, bougie decimale – rzekl Shep, nie patrzac jej w oczy i dalej wyrzucajac z siebie potok bezsensownych slow, gdy Jilly rozmawiala z jego starszym bratem.
– Jestem Dylan.
Wcale nie wygladal na Dylana. Wygladal jak Bruno albo Samson, albo Lagodny Ben.
– Shep jest troche chory – wyjasnil Dylan. – Ale nieszkodliwy. Nie boj sie. Jest tylko… niezupelnie normalny.
– A kto dzis jest? – odparla Jilly. – Normalnosc skonczyla sie moze w 1953 roku. – Czujac nawrot zamroczenia, oparla sie o jeden ze slupkow podtrzymujacych zadaszenie korytarzyka. – Musze wezwac gliny.
– Powiedziala pani „usmiechniety gnojek'.
– Dwa razy.
– Jaki usmiechniety gnojek? – spytal z takim zaniepokojeniem, jak gdyby chodzilo o jego samochod, nie jej.
– Usmiechniety gnojek, ktory je orzeszki, wbija igly i kradnie samochody, taki gnojek.
– Ma pani cos na rece.
Zerknela ciekawie, spodziewajac sie ujrzec zmartwychwstalego zuka.
– Ach, to plaster.
– Kroliczek – powiedzial, marszczac z niepokojem szeroka twarz.
– Nie, plaster.
– Kroliczek – upieral sie. – Sukinsyn dal pani krolika. Ja mam tanczacego psa.
W zadaszonym przejsciu bylo dosc swiatla, by Jilly zauwazyla, ze oboje paraduja z opatrunkami dla dzieci: ona ma kolorowego figlarnego krolika, on rozradowanego szczeniaka.
Uslyszala glos Shepa, ktory mowil nieprzerwanie: -…lumen, kandelogodzina, lumenogodzina… Przestala go sluchac, przypominajac sobie:
– Musze wezwac gliny.
Dylan, ktory do tej pory mowil bardzo serio, przemowil jeszcze powazniej:
– Nie, nie. Lepiej nie mieszajmy w to glin. Nie mowil pani, co sie ma stac?
– On, czyli kto?
– Stukniety lekarz.
– Jaki lekarz?
– Ten gnojek wbijajacy igly
– To byl lekarz? Mnie sie wydawalo, ze to komiwojazer. – Dlaczego sadzi pani, ze to komiwojazer?
Jilly zmarszczyla brwi. – Nie jestem pewna.
– Oczywiscie, ze to byl jakis stukniety lekarz.
– To dlaczego rozbija sie po motelu, atakuje ludzi i kradnie cadillaki? Czemu nie zabija pacjentow w swoim prywatnym gabinecie, tak jak powinien?
– Nic pani nie jest? – zapytal Dylan, przygladajac sie jej uwazniej. – Nie wyglada pani za dobrze.
– Prawie sie porzygalam, potem udalo mi sie powstrzymac, potem znowu chcialam wymiotowac i znowu nic. To przez narkoze.
– Jaka narkoze?
– Chyba chloroform. Stukniety komiwojazer. – Pokrecila glowa. – Nie, ma pan racje, to musial byc lekarz. Komiwojazerowie nie podaja narkozy.
– Mnie po prostu walnal w glowe.
– To bardziej podobne do komiwojazera. Musze zadzwonic po gliny.
– Nie ma mowy. Nie mowil pani, ze zaraz zjawia sie tu zawodowi mordercy?
– Ciesze sie, ze nie amatorzy. Jesli juz trzeba zginac, lepiej z reki profesjonalisty. A w ogole wierzy mu pan? To bandyta i zlodziej samochodow.
– Wydaje mi sie, ze mowil prawde.
– To zaklamany worek lajna – upierala sie.
– Przezroczystosc, promienistosc, pochodnia sloneczna – powiedzial, Shep, tak to w kazdym razie brzmialo, choc Jilly nie byla pewna, czy ktores z tych sylab faktycznie sa slowami.
Dylan spojrzal na cos ponad ramieniem Jilly i kiedy dal sie slyszec ryk silnikow, obejrzala sie, szukajac zrodla tego dzwieku. Obok parkingu biegla ulica. Jej przeciwlegla strone oslanial nasyp, nad ktorym ze wschodu na zachod, rownolegle do szlaku ksiezyca, przebiegala autostrada miedzystanowa. Po luku zjazdu mknely z zawrotna szybkoscia trzy wozy terenowe.
– …swiatlo, iluminacja, blask, promien…
– Shep, chyba sie powtarzasz – powiedzial, Dylan, nie odrywajac wzroku od trzech wozow.
Byly to trzy identyczne chevrolety suburbany. Szyby ciemne jak przylbica Dartha Vadera skutecznie ukrywaly pasazerow. -…jasnosc, swietlistosc, blysk, lsnienie…
Nawet nie probujac hamowac, pierwszy chevrolet przejechal znak stopu na dole zjazdu i przecial cicha dotad ulice. Byla to polnocna strona motelu, a wjazd na parking znajdowal sie od frontu kompleksu budynkow, od strony zachodniej. Nie zatrzymujac sie pod znakiem stopu, kierowca okazal brak respektu wobec kodeksu drogowego; teraz z fantazja zademonstrowal brak poszanowania dla tradycyjnej konstrukcji drogi. Chevrolet przeskoczyl kraweznik, przeryl szeroki na dziesiec stop pas zieleni, wyrzucajac spod kol grudki ziemi i zmiazdzone kawalki kwitnacej lantany, uniknal zderzenia z drugim kraweznikiem, wyladowal czterema kolami na parkingu mniej wiecej szescdziesiat stop od Jilly, ostro skrecil, nie zalujac gum, i pomknal na zachod, na tyly motelu.
– …promiennosc, ogien, pozar…
Drugi chevrolet suburban podazyl za pierwszym, a trzeci za nim, siekajac nastepne porcje salatki z lantany. Jednak kiedy dwa pozostale samochody znalazly sie na parkingu, drugi, zamiast jechac za pierwszym, skrecil na