lozkiem, na ktorym lezala.
Chociaz wiedziala, ze powinna sie bac, nie czula zadnego leku. Byla zupelnie rozluzniona. Ziewnela.
Jezeli pierwszy brat byl zly – a bez watpienia byl – to ten drugi musial byc dobry, miala wiec obronce. W filmach i czesto w ksiazkach moralnosc byla rozdzielona miedzy identyczne rodzenstwo dokladnie w takiej proporcji: jeden zly, drugi dobry.
Nie znala zadnych blizniakow. Gdyby kiedykolwiek poznala taka pare, nie potrafilaby zaufac zadnemu z nich. Zaufasz i mozesz byc pewien, ze zostaniesz zatluczony na smierc – albo stanie ci sie cos jeszcze gorszego – w drugim akcie czy rozdziale dwunastym, a juz na pewno pod koniec opowiesci.
Ci dwaj wygladali rownie dobrodusznie, ale jeden rozluznil opaske uciskowa z gumowej rurki, ktora byla zacisnieta na ramieniu Jilly, a drugi chyba robil zastrzyk. Zadnego z tych interesujacych dzialan nie mozna raczej nazwac zlym, ale na pewno bylo w nich cos niepokojacego.
– Ktory z was zdzieli mnie palka? – zapytala zdziwiona swoim belkotliwym glosem, jakby byla pijana.
Z podobnym zdumieniem komiwojazerowie blizniacy spojrzeli na nia rownoczesnie.
– Powinnam was ostrzec – powiedziala. – Znam karaoke. Kazdy z blizniakow trzymal prawa dlon na tloku strzykawki, ale obaj jednoczesnie zlapali lewa reka biala bawelniana chustke. Mieli znakomita choreografie.
– Nie karaoke – poprawila sie. – Karate. – Klamala, ale sadzila, ze zabrzmi to przekonujaco, mimo dziwnie niewyraznego glosu. – Znam karate.
Bracia, ktorych twarze widziala nieco zamazane, przemowili w doskonalej harmonii, sylaba w sylabe.
– Chce, zebys jeszcze troche pospala, mloda damo. Spij, spij.
Cudownie zsynchronizowani blizniacy rownoczesnie machneli w powietrzu chusteczkami, ktore rzucili jej na twarz z taka gracja, ze Jilly spodziewala sie czarodziejskiej przemiany dwoch kawalkow bialej tkaniny w golebie, zanim jeszcze dotknely jej skory. Jednak wilgotna bawelna zalatujaca ostra chemiczna wonia zapomnienia spadla na nia jak stado czarnych wron czy krukow, ktore poniosly ja na skrzydlach wprost w otchlan nocy.
Jilly zdawalo sie, ze otworzyla oczy natychmiast, jednak od chwili, gdy je zamknela, uplynelo kilka minut. Wyciagnieto igle z jej ramienia. Blizniacy juz nad nia nie stali.
W istocie byl tu tylko jeden z nich i Jilly zorientowala sie, ze ten drugi w ogole nie istnial, byl skutkiem zludzenia optycznego. Mezczyzna stal w nogach lozka, pakujac strzykawke do skorzanego neseseru, ktory wczesniej wziela za torbe z probkami towarow. Doszla do wniosku, ze to torba lekarska.
Mowil cos o dziele swojego zycia, ale w jego gadaninie Jilly nie mogla dostrzec zadnego sensu, moze dlatego, ze byl majaczacym psychopata, a moze dlatego, ze przestala go rozumiec od oparow eliksiru zapomnienia, ktore wciaz parzyly jej nos i zatoki.
Gdy probowala podniesc sie z lozka, dostala takich zawrotow glowy, ze z powrotem opadla na poduszki. Chwycila oburacz materac jak rozbitek kurczowo trzymajacy sie szczatkow statku unoszonych na powierzchni wzburzonego morza.
Uczucie wirowania i kolysania w koncu wzbudzilo w niej strach. Wiedziala, ze powinna sie bac, lecz az do tej chwili lek drzemal gdzies w zakamarkach jej umyslu. Oddech Jilly stal sie plytki i przyspieszony, a serce lomotalo w coraz bardziej szalonym rytmie, pompujac z krwia fale przerazenia, ktore lada chwila moglo przerodzic sie w panike.
Nigdy nie interesowala jej wladza nad innymi, ale za nic nie pozwolilaby, aby ktos zabronil jej byc pania wlasnego losu. Moze popelniala bledy, fakt, popelniala – mnostwo bledow – ale jezeli miala miec spieprzone zycie, to wolala spieprzyc je sama. Sila odebrano jej wladze nad wlasnym losem, posluzono sie chemia, narkotykami – z przyczyn, ktorych nie rozumiala, choc bardzo starala sie skupic na slowach swojego przesladowcy, mamroczacego cos na swoje usprawiedliwienie.
Wraz ze strachem zalala ja fala gniewu. Pomimo grozb o karaoke i karate, mimo pozowania na Amazonke z Poludniowego Zachodu, Jilly nie miala natury wojowniczki rozdzielajacej razy na prawo i lewo. Jej bronia z wyboru byl humor i wdziek. Teraz jednak, widzac przed soba obfity tylek napastnika, miala ochote wymierzyc mu poteznego kopniaka. Gdy komiwojazer-lekarz, czy kim on tam byl, podszedl do biurka po cole i trzy torebki fistaszkow, Jilly jeszcze raz usilowala wstac z lozka, przejeta swietym oburzeniem.
I znow jej tratwa zachybotala sie na jaskrawym morzu fatalnego wystroju motelu. Drugi atak zawrotow glowy, jeszcze gorszy od poprzedniego, wywolal wir mdlosci, ktory scisnal jej zoladek, wiec zamiast kopnac gruby tylek, jak sobie wyobrazila, jeknela tylko:
– Bede rzygac.
Zgarniajac puszke coli i fistaszki i zabierajac swoja torbe lekarska, nieznajomy rzekl:
– Lepiej sie opanuj. Skutki znieczulenia moga utrzymywac sie dosc dlugo. Moglabys znow stracic przytomnosc, a jezeli zemdlejesz podczas torsji, skonczysz jak Janis Joplin i Jimi Hendrix, duszac sie wlasnymi wymiocinami.
Och, cudownie. Po prostu wyszla kupic piwo korzenne. Zupelnie niewinnie. Nie wiazalo sie z tym zadne szczegolne ryzyko. Rozumiala, ze bedzie musiala okupic przyjemnosc picia sucha grzanka na sniadanie, lecz przez mysl jej nie przeszlo, ze narazi sie na niebezpieczenstwo uduszenia wlasnymi wymiocinami. Gdyby wiedziala, w ogole nie ruszalaby sie z pokoju i pila wode z kranu; w koncu to, co bylo dobre dla Freda, bylo tez dobre dla niej.
– Lez spokojnie – polecil jej dziwak bez cienia rozkazujacego tonu, ale z czyms w rodzaju troski. – Lez spokojnie, to mdlosci i zawroty glowy mina po dwoch, trzech minutach. Nie chce, zebys sie udusila, to byloby glupie, ale nie moge ryzykowac i zostac, zeby cie nianczyc. Pamietaj, jesli mnie dopadna i dowiedza sie, co zrobilem, zaczna szukac kazdego, komu zrobilem zastrzyk i zabija cie.
Pamietaj'? Zabija? Oni?
W ogole nie przypominala sobie, zeby ja przed czyms podobnym ostrzegal, doszla wiec do wniosku, ze musial o tym mowic, gdy jej umysl, nad ktorym zaczela juz odzyskiwac panowanie, tkwil pograzony w oparach mgly gestej jak londynska. Stojac przy drzwiach, obejrzal sie.
– Policja nie ochroni cie przed tymi ludzmi. Nikt ci nie pomoze.
Lezac na kolyszacym sie lozku w rozchybotanym pokoju, nie mogla powstrzymac mysli o kanapce z kurczakiem grubo posmarowanej majonezem i tlustych frytkach, ktore jadla wieczorem. Starala sie skupic na napastniku, pragnac zaatakowac go slowami, skoro nie mogla dac mu kopniaka w tylek, ale kolacja wciaz podchodzila jej do gardla.
– Jedyna twoja szansa – powiedzial mezczyzna – to wydostac sie z obszaru poszukiwan, zanim cie zatrzymaja i zmusza do badania krwi.
Kanapka z kurczakiem szamotala sie w niej, jak gdyby zachowala resztki kurzej swiadomosci, jak gdyby ptak probowal podjac pierwsza niezdarna probe powrotu do zycia.
Jednak Jilly zdolala sie odezwac, wstydzac sie w tej samej chwili, ze poczestowala go obelga, ktora i tak bylaby kiepska, nawet gdyby wypowiedziala ja bezblednie:
– Docaluj mnie w pupe.
W klubach czesto musiala sobie radzic z wesolkami, ktorzy zachowywali sie jak bydlo na widowni, walila ich po tepych lbach, wykrecala grube karki i kasala zlosliwe serca, dopoki nie zaczeli wolac mamy – w przenosni, oczywiscie – bombardujac ich slowami, ktore odnosily skutek jak ciosy Mohammeda Alego z jego najlepszego okresu. Jednak w oszolomieniu po zaaplikowanym specyfiku wydawala sie rownie zabawna jak majonez, ktory w tym momencie byl najmniej smieszna substancja we wszechswiecie.
– Jestes tak atrakcyjna – powiedzial mezczyzna – ze na pewno ktos sie toba zajmie.
– Klupi gutas – odrzekla, jeszcze bardziej zazenowana zupelnym upadkiem swej, kiedys poteznej, slownej machiny wojennej.
– W przyszlosci, dobrze ci radze, lepiej nie puszczaj pary z ust o tym, co sie tu wydarzylo…
– Tlupi gukas – poprawila sie, zdajac sobie tylko sprawe, ze odkryla nowy sposob przekrecania tej samej obelgi.
– …nie wychylaj sie…
– Glupi kutas – powiedziala, tym razem wyraznie, choc epitet zabrzmial mniej dobitnie niz wymowiony z bledem.
– …i nigdy nie mow nikomu, co ci sie przydarzylo, bo gdy tylko wyjdzie to na jaw, wezma cie na cel.
– Skruwiel! – niemal wyrzucila z siebie, choc takimi wulgaryzmami, wypowiadanymi poprawnie czy nie, raczej sie nie poslugiwala.
– Powodzenia – rzekl i wyszedl, zabierajac ze soba cole, fistaszki i diaboliczny, roztargniony usmiech.