drugiej ladowaly z brzekiem na tacy, zmowila polglosem „Zdrowas Mario', nie dolaczajac do modlitwy prosby zwiazanej z wlasna fizjologia, ale skladajac w Niebie malenki dowod dobrej woli.

Taszczac trzy puszki napoju i plastikowe wiaderko pelne po brzegi kostek lodu, pokonala niewielka odleglosc dzielaca ja od pokoju. Wychodzac, zostawila uchylone drzwi, aby gdy bedzie wracac z zajetymi rekami, miala je jak otworzyc.

Przy pierwszym piwie bedzie musiala zadzwonic do mamy w Los Angeles i pogadac z nia od serca o rodzinnym przeklenstwie grubego tylka, o nowym materiale na program, o tym, kto ostatnio zostal zastrzelony w dzielnicy, czy sadzonka Freda dobrze sie rozwija pod troskliwa opieka mamy i czy Fred Klon bedzie rownie sliczny jak Fred Pierwszy…

Kiedy pchala ramieniem drzwi, pierwsza rzecza, jaka rzucila sie jej w oczy, byl oczywiscie Fred, niczym oaza spokoju zen w chaosie kolorow przypominajacym wystroj garderoby klowna. Ale zaraz potem spostrzegla stojaca na biurku w cieniu Freda puszke coli pokryta kroplami wilgoci oraz trzy torebki fistaszkow.

Ulamek sekundy pozniej ujrzala otwarty czarny neseser, ktory lezal na lozku. Wczesniej widziala go u usmiechnietego komiwojazera. Pewnie torba z probkami.

Nieustraszone Amazonki z Poludniowego Zachodu poskramiajace weze musza z psychiczna i fizyczna czujnoscia reagowac na amory knajpianych kowbojow, i tych nabuzowanych lone starem, i tych niewytlumaczalnie trzezwych. Jilly potrafila obronic sie przed najbardziej natretnym casanowa z taka sama energia, z jaka tanczyla swinga, a jej kolekcja nagrod z konkursow swinga zajmowala cala gablote.

Mimo to, chociaz zrozumiala niebezpieczenstwo w ciagu niecalych dwoch sekund po przekroczeniu progu pokoju, nie udalo sie jej zapobiec atakowi komiwojazera. Zaszedl ja od tylu, zacisnal ramie na szyi i przylozyl do twarzy jakas szmate. Miekka tkanina smierdziala chloroformem albo eterem, albo moze podtlenkiem azotu. Jilly nie byla koneserem srodkow znieczulajacych, nie rozpoznala wiec gatunku ani rocznika.

Nie oddychaj – rozkazala sobie w mysli i wiedziala, ze powinna nadepnac mu na stope, wbic lokiec w brzuch, ale zgubil ja moment zaskoczenia, kiedy nabrala powietrza w chwili, gdy szmata zakryla jej usta i nos. Probowala poruszyc prawa stopa, lecz ta zadygotala, jak gdyby obluzowala sie w kostce. Jilly nie potrafila sobie przypomniec, gdzie ma lokcie i jak dzialaja. Zamiast wstrzymac oddech, jeszcze raz wciagnela powietrze, by odzyskac jasnosc umyslu i tym razem jej pluca wypelnily sie najczarniejsza ciemnoscia, jakby byla tonacym plywakiem pograzajacym sie coraz glebiej i glebiej…

5

– Ciach dylu-dylu.

Plynal dziad na krokodylu.

– Ciach dylu-dylu.

Spadl i wnet utonal w Nilu.

Zabawa w rymowanie zawsze pomagala Dylanowi O'Connerowi nie wpasc w szal podczas napadow monotonnych mantr brata. Tym razem jednak doszedl do wniosku, ze jesli nie przestanie sluchac glosu Shepa, nie skupi sie na pilnym zadaniu, czyli wyswobodzeniu z wiezow. Wciaz bedzie siedzial przyklejony tasma do krzesla, przezuwajac bawelniany knebel i czekajac na bezimiennych zabojcow, ktorzy zbadaja mu krew na obecnosc szprycy, a potem pokroja na cienkie plasterki i rzuca padline pustynnym sepom.

Rece Shepa trzepotaly, ukladajac w blyskawicznym tempie dwuwymiarowa swiatynie.

– Ciach dylu-dylu.

Dylan skoncentrowal sie na swoim polozeniu.

Rozmiary szmaty w ustach – wypelniajacego mu usta mokrego galgana, od ktorego trzymania bolala go cala twarz – uniemozliwialy mu poruszanie szczekami tak energicznie, jakby chcial. Jednak napinajac uparcie miesnie twarzy, zdolal poluzowac paski tasmy, ktora powoli zaczela sie odrywac na koncach i odchodzic jak bandaze z mumii.

Wysunal jezyk spod knebla, zwinal za szmaciana kula i usilowal wypchnac z ust obcy material. Szmata naciskala od wewnatrz na odklejona w polowie tasme i Dylan czul lekkie uklucia bolu, gdy lepkie paski odrywaly sie od jego warg wraz z fragmentami skory.

Niczym gigantyczna hybryda cmy i czlowieka – z niskobudzetowego horroru – zwracajaca niesmaczna kolacje, powolutku wysunela mu sie na brode obrzydliwa szmata i spoczela na piersi. Patrzac na przesiakniety slina knebel, poznal go: byla to jego dluga skarpeta, ktora Doktor najprawdopodobniej znalazl w walizce. Przynajmniej byla czysta.

Polowa tasmy odkleila sie, ale zostaly dwa pasy dyndajace w kacikach ust jak wasy suma. Wykrzywial usta w roznych grymasach, potrzasal glowa, ale kawalki tasmy mocno sie trzymaly.

Wreszcie mogl wolac pomocy, lecz milczal. Ktokolwiek pospieszy mu na ratunek, bedzie chcial wiedziec, co sie stalo, a jakis zatroskany obywatel zadzwonilby na policje, ktora zjawilaby sie, zanim Dylan zdazylby wrzucic swoje rzeczy – i Shepa – do samochodu i uciec. Jezeli mordercy byli na jego tropie, kazda chwila zwloki mogla kosztowac go zycie.

Musial uzyc scyzoryka, ktory lsnil, wbity w sosnowe drewno. Dylan przechylil sie w przod, pochylajac glowe, i zacisnal zeby na pokrytej guma rekojesci noza. Chwycil ja mocno. Ostroznie poruszal scyzorykiem w przod i w tyl, poszerzajac dziure w drewnie, dopoki nie wyciagnal ostrza.

– Ciach dylu-dylu.

Wyprostowal sie na krzesle, trzymajac w zebach scyzoryk i zezujac, spogladal na czubek ostrza polyskujacy w swietle. Byl juz uzbrojony, ale nie czul sie szczegolnie niebezpieczny.

Za nic nie mogl upuscic noza. Gdyby bron upadla na podloge, Shepherd na pewno by jej nie podniosl. Dylan, aby odzyskac scyzoryk, musialby rozkolysac krzeslo i przewrocic na bok, ryzykujac obrazenia. Ryzykowanie obrazen ciala zawsze zajmowalo wysokie miejsce na jego liscie Rzeczy, ktorych Nie Robia Ludzie Inteligentni. Nawet gdyby przewrocil krzeslo i wyszedl z tego bez szwanku, w nowej i zapewne niewygodnej pozycji trudno byloby mu siegnac ustami do rekojesci, zwlaszcza gdyby noz wyladowal pod lozkiem.

Zamknal oczy i przed nastepnym ruchem przez moment rozwazal rozne mozliwosci.

– Ciach dylu-dylu.

Dylan byl artysta, zatem rozwazania powinny przychodzic mu z latwoscia; nie byl jednak artysta tego rodzaju – nie dreczyl sie ponurymi myslami i sytuacja ludzkosci ani nie rozpaczal nad nieludzkim postepowaniem czlowieka wobec drugiego czlowieka. W wymiarze jednostkowym sytuacja ludzkosci zmieniala sie co dzien, nawet co godzine, a gdy ktos rozczula sie nad nieszczesciem, moze przegapic okazje odniesienia triumfu. Kazdy swoj nieludzki czyn gatunek rekompensowal setka dobrych uczynkow; jesli wiec ktos lubi spedzac czas na rozwazaniach, rozsadniej jest rozmyslac o dobrej woli, z jaka wiekszosc ludzi traktuje innych, nawet w spoleczenstwie, gdzie elity kulturalne szydza z cnoty, stawiajac na piedestale brutalnosc.

W tym wypadku mial bardzo ograniczone mozliwosci i choc nie byl zbyt dobry w ich rozwazaniu, potrafil szybko opracowac plan dzialania. Znow pochylil sie w przod i zblizyl ostrze scyzoryka do jednego z blyszczacych zwojow tasmy przywiazujacych jego lewy nadgarstek do oparcia krzesla. Jak rzucajaca glowa ges, jak Shep godzinami udajacy rzucajaca glowa ges, Dylan zaczal pilowac scyzorykiem peta, ktore zaczely puszczac. Kiedy uwolnil lewa reke, przelozyl do niej noz.

Kiedy pospiesznie rozcinal reszte tasmy, nalogowiec ukladanek – dodajacy elementy obrazka w goraczkowym tempie, jakiego nie potrafilaby wywolac nawet metamfetamina – odrobine zmienil swoj tekst:

– Dylu ciach-ciach.

– Siku chce mi sie az strach. – Dylu ciach-ciach.

– Rozplynalem sie we lzach.

6

Jilly otworzyla oczy i jak przez mgle ujrzala komiwojazera i jego identycznego brata blizniaka pochylonych nad

Вы читаете Przy Blasku Ksiezyca
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату