logiczne myslenie. Pora na sprytny plan i skuteczne dzialanie. Nadeszla chwila, by jakims cudem dosiegnac scyzoryka i dokonac nim zdumiewajacych, fenomenalnie pomyslowych rzeczy, takich, ze szczeka opada.
– Ciach dylu-dylu.
Zrobmy bal w motylim stylu.
4
W swoj niepowtarzalny zielony i milczacy sposob Fred podziekowal Jillian za roslinne pozywienie, jakie mu podala, i starannie odmierzona miarke napoju, ktorym schlodzila mu liscie, gaszac jego pragnienie.
Rozlozyl galezie w przytlumionym swietle lampki na biurku, wygodnie usadowiony w swojej pieknej donicy. Jego obecnosc wprowadzala element elegancji do pokoju motelowego urzadzonego w jaskrawych, kontrastowych kolorach, ktore mozna zinterpretowac jako glosny protest wscieklego projektanta wnetrz przeciw harmonii barw natury. Rano Jilly zamierzala wstawic Freda do lazienki, gdy bedzie brala prysznic; ubostwial pare.
– Zamierzam bardziej cie wykorzystac w programie-poinformowala go. – Wykombinowalam pare nowych kawalkow, ktore mozemy zagrac razem.
Podczas wystepu zwykle wnosila Freda na scene na ostatnie osiem minut, stawiala na wysokim stolku i przedstawiala publicznosci jako swoja ostatnia sympatie, jedynego chlopaka, ktory ani nie przynosil jej wstydu wsrod ludzi, ani nie probowal dawac jej do zrozumienia, ze jakis szczegol jej anatomii pozostawia wiele do zyczenia. Siedzac na stolku obok niego, mowila o wspolczesnej milosci, a Fred odgrywal ideal uczciwego mezczyzny. Nadal terminowi „pokerowa twarz' nowe znaczenie i publicznosc go uwielbiala.
– Nie przejmuj sie -powiedziala Jilly. – Nie wstawie cie do zadnych kretynskich doniczek i w zaden sposob nie narusze twojej godnosci.
Zaden sukulent, kaktus czy rozchodnik nie potrafil rownie przekonujaco jak Fred promieniowac zaufaniem.
Poniewaz nakarmila i napoila swego partnera scenicznego i zrobila wszystko, zeby czul sie zadbany, zarzucila na ramie torebke, chwycila puste plastikowe wiaderko i wyszla z pokoju, by przyniesc lod i wrzucic pare cwiercdolarowek do najblizszego automatu z napojami. Ostatnio byla uzalezniona od piwa korzennego. Chociaz wolala napoje dietetyczne, to kiedy nie mogla ich nigdzie znalezc, pila zwykle: dwie, czasem trzy butelki co wieczor. Jesli nie miala innego wyboru i byla skazana na gatunek z pelna zawartoscia cukru, nastepnego dnia jadla na sniadanie tylko sucha grzanke, by zrekompensowac wieczorna rozpuste.
Utrapieniem kobiet w rodziny Jilly byl gruby tylek, co nie dotyczylo mezczyzn, za ktorych wychodzily. Jej matka, siostry matki i wszystkie kuzynki w wieku kilkunastu, a nawet dwudziestu kilku lat, mialy szczuple i ponetne tyleczki, lecz nie uplynelo wiele czasu, a kazda z nich wygladala, jakby wepchnela sobie do spodni dwie dynie. Rzadko nabieraly ciala w udach albo na brzuchu, ale zawsze w okolicach trzech miesni posladkowych: gluteus maximus, medius i minimus, ktore przeksztalcaly sie w czesc anatomii zwana zartobliwie przez jej matke gluteus muchomega. Klatwa rodzinna przechodzila z pokolenia na pokolenie, ale nie w linii Jacksonow, tylko Armstrongow – rodzinie matki – w ktorej mezczyzni dziedziczyli lysine i podobne poczucie humoru.
Wielkiego tylka Armstrongow po trzydziestce nie miala tylko czterdziestoosmioletnia dzis ciotka Gloria, ktora czasem przypisywala swa wiecznie szczupla sylwetke temu, ze trzy razy w roku odprawiala nowenne do Najswietszej Panienki. Modlila sie, odkad w wieku dziewieciu lat zdala sobie sprawe, ze w przyszlosci moze jej grozic nagly rozrost tylka; kiedy indziej natomiast sadzila, ze to byc moze dzieki okresowym flirtom z bulimia moze siedziec na rowerze i zsiadac z siodelka bez pomocy proktologa.
Jilly tez byla wierzaca, ale nigdy nie odprawiala nowenny w nadziei, ze wymodli litosciwe zwolnienie z gluteus muchomega. Nie poruszala tej kwestii nie dlatego, ze watpila, czy taka modlitwa odniesie skutek, po prostu nie potrafila mowic o swoim tylku w duchowej rozmowie z Matka Boska.
Gdy miala trzynascie lat, przez dwa dni praktykowala bulimie, uznala jednak, ze codzienne dobrowolne wymioty sa znacznie gorsze od perspektywy obaw o zbyt waskie drzwi i noszenia przez dwie trzecie zycia elastycznych spodni narciarskich. Teraz cala nadzieje pokladala w suchej grzance na sniadanie i magicznych postepach chirurgii plastycznej.
Automaty z lodem i napojami staly we wnece oslonietego przejscia, przy ktorym znajdowal sie jej pokoj, nie dalej niz piecdziesiat stop od jej drzwi. Od strony pustyni wial lekki wietrzyk, nie przynoszac ani odrobiny chlodu w ten goracy wieczor – tak suchy, ze Jilly miala wrazenie, jakby za moment jej spieczone wargi mialy peknac z glosnym trzaskiem; podmuch zdawal sie
wirowac w korytarzyku, syczac cicho, jak gdyby tez szukal czegos, czym moglby zwilzyc spragnione usta.
Po drodze Jilly natknela sie na odrobine wymietego mezczyzne o sympatycznym wygladzie, ktory najprawdopodobniej wracal z oazy automatow, zaopatrzywszy sie tam w puszke coli i trzy torebki fistaszkow. Oczy mial bladoniebieskie jak niebo nad Sonora albo pustynia Mojave w sierpniu, gdy w intensywnie bialym blasku nawet niebiosa nie zachowuja swej barwy, ale nie pochodzil z tych stron, poniewaz jego okragla twarz nie byla chorobliwie opalona, lecz rozowa, a widocznych w niej bruzd nie wyrylo slonce Poludniowego Zachodu, tylko nadwaga i brzemie lat.
Mimo ze nie spojrzal wprost na Jilly i usmiechal sie z roztargnieniem kogos zagubionego w dzungli zawilych, choc przyjemnych mysli, zblizajac sie do niej, powiedzial:
– Gdybym umarl za godzine, na pewno zalowalbym, ze na koniec nie najadlem sie fistaszkow. Uwielbiam fistaszki.
Byla to deklaracja co najmniej osobliwa, ale Jilly mimo mlodego wieku miala dosc doswiadczenia, by wiedziec, ze we wspolczesnej Ameryce nie nalezy odpowiadac obcym, ktorzy nieproszeni informuja o swoich lekach przed umieraniem i ulubionych przekaskach na lozu smierci. Mozesz miec do czynienia ze znekana dusza, ktora zbladzila na manowce pod wplywem stresow nowoczesnosci. Prawdopodobniejsze bylo jednak spotkanie z psychopata, ktory mial ochote zrobic sobie rurke do koki z twojej kosci udowej, a z twojej skory ozdobny pokrowiec na swoja ulubiona siekiere do odcinania glow. Pewnie dlatego, ze facet wygladal nieszkodliwie, albo dlatego, ze sama Jilly czula sie odrobine stuknieta po dlugich rozmowach tylko z gruboszem jajowatym, odparla:
– Ja wole piwo korzenne. Kiedy przyjdzie moja pora, chce przeplynac Styks czystego piwa korzennego.
Nie reagujac na jej slowa, minal ja spokojnie, zdumiewajaco lekkim krokiem, zwazywszy na jego gabaryty, slizgal sie niemal jak lyzwiarz ruchem, ktory harmonizowal z jego na wpol oblakanym usmiechem.
Patrzyla, jak sie oddala, dopoki nie zyskala pewnosci, ze to po prostu kolejna znuzona istota zbyt dlugo przemierzajaca wyludnione przestrzenie pustyn Poludniowego Zachodu – byc moze zmeczony komiwojazer, ktoremu przydzielono ogromny obszar, wystawiajac na probe jego wytrwalosc – oszolomiony i zniechecony odlegloscia miedzy kolejnymi miastami i tonacymi w sloncu autostradami, ktore zdawaly sie nie miec konca.
Wiedziala, jak mogl sie czuc. Jeden z jej popisowych numerow, znak rozpoznawczy jako komika, polegal na graniu prawdziwej dziewczyny z Poludniowego Zachodu, z krainy piasku i kaktusow, ktora codziennie je na sniadanie miske papryczek jalapeno, wloczy sie z facetami o imionach Tex i Dusty po barach, gdzie graja country, jest dojrzala w sloncu kobieta, ale nie da sobie w kasze dmuchac i potrafi zlapac grzechotnika, ktory by smial na nia syknac, i strzelic z niego jak z bicza, az mozg wyjdzie mu oczami. Rezerwowala sobie terminy w klubach w calym kraju, ale sporo czasu spedzila w Teksasie, Nowym Meksyku, Arizonie i Nevadzie, nie tracac kontaktu z kultura, ktora ja uksztaltowala, doskonalac swoj numer przed tupiaca publicznoscia, ktora okrzykami aprobaty reagowala na kazda trafna obserwacje, ale umiala tez wyciem wygonic ja ze sceny, jesli probowala oszukiwac, ze ketchup to salsa, albo uciekala sie do estradowej sztucznosci. Czesc zycia autentycznej dziewczyny z krainy piasku stanowily podroze z wystepu na wystep i choc Jilly uwielbiala te skaliste pustkowia i widoki rozleglych polaci srebrnych bylic, rozumiala, jak bezkres pustyni moze wplywac na czlowieka, ktory potem z usmiechem szmacianej lalki opowiada wyimaginowanemu przyjacielowi o smierci i fistaszkach.
W automatach we wnece korytarza mozna bylo kupic trzy gatunki dietetycznej coli, dwa dietetycznego napoju cytrynowego i pomaranczowego, lecz jesli chodzi o piwo korzenne, miala nastepujacy wybor: abstynencja lub nafaszerowany cukrem pelnowartosciowy preparat do powiekszania tylka. Wrzucila cwiercdolarowki do maszyny z rezygnacja starej hazardzistki wpychajacej ostatnie monety do jednorekiego bandyty, a gdy trzy puszki jedna po