wschod w kierunku frontu motelu. Trzeci ruszyl prosto na Jilly, Dylana i Shepa.

– …luna, plomien…

Gdy Jilly pomyslala, ze furgonetka zaraz ich rozjedzie i rozwazala, czy uskoczyc w lewo, czy w prawo, zastanawiajac sie rownoczesnie, czy jednak nie zwymiotowac, trzeci kierowca okazal sie nie gorszym showmanem niz jego dwaj koledzy. Chevrolet zahamowal tak ostro, ze niemal zaryl przednim zderzakiem w ziemie. Na dachu nagle rozblysly cztery ruchome reflektory, wziely ich na cel i zalaly ostrym swiatlem o mocy zdolnej upiec szpik w kosciach.

– …polysk, odblysk, poblask…

Jilly miala wrazenie, jak gdyby zamiast przed zwyklym ziemskim pojazdem stanela przed wehikulem kosmitow, ktorzy przeswietla jej cialo, wyssa umysl i przeszukaja dusze promieniami rejestrujacymi dane, w ciagu szesciu sekund policza atomy w jej ciele, przejrza wspomnienia z calego zycia, poczynajac od chwili, gdy niechetnie opuscila lono matki, i wydrukuja surowa nagane za zalosny stan postrzepionej bielizny.

Po chwili reflektory zgasly, a przed jej oczami mignely cienie swiatel jak fosforyzujace meduzy. Gdyby nawet nie zostala oslepiona, nie potrafilaby dojrzec twarzy kierowcy ani nikogo innego siedzacego w furgonetce. Szyby nie byly po prostu przyciemniane, ale zrobione chyba z jakiegos egzotycznego materialu, przezroczystego od wewnatrz, a z zewnatrz nieprzeniknionego jak plyta czarnego granitu.

Poniewaz Jilly, Dylan i Shep nie stanowili – na razie – celu poszukiwan, chevrolet skrecil, wymijajac ich. Kierowca wdusil pedal gazu i woz pomknal na wschod, w kierunku frontu motelu, dolaczajac do drugiego samochodu, ktory z piskiem opon skrecil juz za rog budynku i zniknal im z oczu.

Shep zamilkl.

Majac na mysli stuknietego lekarza, ktory ostrzegal, ze beda go scigac bezwzgledni ludzie, Dylan rzekl:

– Moze jednak wcale nie byl z niego taki zaklamany worek lajna.

9

Nastaly wyjatkowe czasy, pelne szalencow wyglaszajacych plomienne mowy na czesc przemocy, zakochanych w bogu przemocy, czasy inwazji apologetow zla, ktorzy obwi- niali ofiary za wlasne cierpienia i wybaczali mordercom w imie sprawiedliwosci. Nastaly czasy wciaz wstrzasane intrygami utopistow, ktore w ubieglym wieku omal nie doprowadzily do katastrofy cywilizacji, bombardowane niszczycielskimi kulami ideologii, ktore w pierwszych latach nowego milenium atakowaly z coraz mniejsza sila, ale pozostalo im jeszcze tyle mocy, by pogrzebac nadzieje rzesz, jesli zdrowi na umysle ludzie nie zachowaja czujnosci. Dylan O'Conner rozumial ten burzliwy wiek, mimo to zachowal gleboki optymizm, bo w kazdej chwili kazdego dnia, w najlepszych dzielach ludzkosci oraz we wszystkich barokowych detalach natury widzial piekno, ktore pokrzepialo go na duchu, i wszedzie odnajdywal potezna architekture i subtelnosc szczegolow, ktore przekonywaly go, ze swiat ma rownie przemyslana konstrukcje jak jego obrazy. Polaczenie realistycznej oceny, wiary, zdrowego rozsadku i niezachwianej nadziei sprawialo, ze wydarzenia tych czasow rzadko wprawialy go w zdumienie i przejmowaly groza, i nigdy nie pograzaly w rozpaczy.

Dlatego tez, kiedy Dylan dowiedzial sie, ze przyjaciel i towarzysz podrozy Jillian Jackson, Fred, jest sukulentem i pochodzi z poludniowej Afryki, zdziwil sie tylko troche, w ogole sie nie przerazil i zamiast przygnebienia poczul ulge. Gdyby chodzilo o innego Freda, nie rosline, mieliby znacznie wiecej klopotow i komplikacji niz z niewielka zielona istota w glazurowanej donicy z terakoty.

Majac na uwadze trzy czarne chevrolety krazace wokol motelu jak trojka glodnych rekinow grasujacych po asfaltowym morzu, Jilly pospiesznie spakowala swoje przybory toaletowe. Dylan zaladowal jej neseser i walizke do forda przez tylna klape.

Zamieszanie zawsze wytracalo biednego Shepa z rownowagi, a gdy odczuwal niepokoj, bywal najbardziej nieprzewidywalny. Teraz jednak, gdy najmniej mozna sie bylo spodziewac po nim posluszenstwa, potulnie wdrapal sie do forda. Usiadl obok plociennej torby z rozmaitymi przedmiotami, ktore Dylan wozil, by zajac nimi brata podczas dlugich godzin podrozy, gdy Shepa nudzilo obserwowanie pustki czy ogladanie wlasnych palcow. Jilly upierala sie, ze bedzie trzymac Freda na kolanach,

Shep mial wiec tylne siedzenie tylko dla siebie, co powinno zlagodzic jego niepokoj.

Podchodzac do forda z doniczka w rekach i czujac, ze skutki narkozy wreszcie ustapily na dobre, Jilly zaczela miec nagle watpliwosci, czy powinna wsiadac do samochodu z dwoma mezczyznami, ktorych zna dopiero od kilku minut.

– Rownie dobrze moglbys byc seryjnym morderca – powiedziala do Dylana, ktory otworzyl drzwi jej i Fredowi.

– Nie jestem seryjnym morderca-zapewnil ja. – Tak wlasnie powiedzialby seryjny morderca. – Tak samo powiedzialby czlowiek niewinny.

– Zgadza sie, ale tak wlasnie powiedzialby seryjny morderca. – No juz, wsiadaj – rzekl niecierpliwie.

Ostro reagujac na jego ton, odparla: – Nie bedziesz mi rozkazywal.

– Przeciez nie rozkazuje.

– Nikt w ostatnich stuleciach nie rozkazywal nikomu z mojej rodziny.

– Wobec tego naprawde musisz sie nazywac Rockefeller. Czy bylabys uprzejma wsiasc do samochodu?

– Nie jestem pewna, czy powinnam.

– Pamietasz te trzy chevrolety, ktore wygladaly jak pojazdy Terminatora?

– W koncu jednak nie zainteresowaly sie nami.

– Ale niedlugo sie zainteresuja – ostrzegl. – Wsiadaj do samochodu. '

– „Wsiadaj do samochodu, wsiadaj do samochodu'. Mowisz to zupelnie jak seryjny morderca.

Sfrustrowany Dylan wykrzyknal:

– Czy seryjni mordercy podrozuja zwykle z uposledzonymi bracmi? Nie sadzisz, ze przeszkadzaloby im to w dokonywaniu roznych makabrycznych rzeczy przy uzyciu pil lancuchowych i innych narzedzi?

– Moze on tez jest seryjnym morderca.

Shep przygladal sie im zdezorientowany z tylnego siedzenia: z przekrzywiona glowa, mrugajac szeroko otwartymi oczami, nie wygladal jak psychopata, ale raczej jak duzy szczeniak, ktory czeka, zeby go zawiezc do parku na zabawe w lapanie frisbee.

– Seryjni mordercy nie zawsze wygladaja na krwiozerczych szalencow – odrzekla Jilly. – Sa przebiegli. W kazdym razie, jesli nawet nie jestes morderca, mozesz byc gwalcicielem.

– Nadzwyczaj uprzejma z ciebie kobieta – zauwazyl cierpko Dylan.

– Moglbys byc gwalcicielem. Skad moge wiedziec? – Nie jestem gwalcicielem.

– Tak wlasnie powiedzialby gwalciciel.

– Na litosc boska, nie jestem gwalcicielem. Jestem malarzem.

– Jedno nie wyklucza drugiego.

– Sluchaj no, moja pani, to ty zwrocilas sie do mnie o pomoc, a nie odwrotnie. A skad ja mam wiedziec, kim ty jestes? – Na pewno nie jestem gwalcicielem. Mezczyzni nie musza sie tego obawiac, prawda?

Rozgladajac sie nerwowo w obawie, ze lada moment pojawia sie z rykiem silnikow trzy czarne chevrolety, Dylan powiedzial:

– Nie jestem seryjnym morderca, gwalcicielem. kidnaperem, bandyta ulicznym, kieszonkowcem, wlamywaczem, malwersantem, falszerzem, zlodziejem sklepowym, nie napadam na banki i nie przechodze przez jezdnie w niedozwolonych miejscach! Dostalem dwa mandaty za przekroczenie predkosci, w zeszlym roku zaplacilem kare za przetrzymanie ksiazki z biblioteki, zatrzymalem sobie cwiercdolarowke i dwie dziesieciocentowki, ktore znalazlem w automacie, zamiast oddac je firmie telefonicznej, przez pewien czas nosilem szerokie krawaty, kiedy w modzie byly waskie, a raz w parku oskarzono mnie, ze nie sprzatnalem kupy swojego psa, chociaz to wcale nie byl moj pies, bo ja w ogole nie mam psa! Wsiadaj do samochodu i wiejemy stad albo stoj i dalej sie zastanawiaj, czy wygladam, czy nie wygladam jak Charles Manson z troche gorsza fryzura, ale z toba czy bez ciebie spadam z Dodge City, zanim wroca ci kaskaderzy za kolkiem i zaczna do mnie strzelac.

– Strasznie duzo mowisz jak na malarza. Wybaluszyl na nia oczy.

– Co to niby ma znaczyc?

Вы читаете Przy Blasku Ksiezyca
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату