znalezc Catherine. Podjal decyzje, zamknal list w butelce i wyrzucil ja za burte.
Od tamtego dnia napisal szesnascie, moze siedemnascie listow… wierzyl, ze w ten sposob dotrzymuje obietnicy. Dzis rano tez napisal list i mial go teraz ze soba. Niebo stalo sie olowiane. Radio nadawalo ostrzezenia przed nadciagajacym sztormem. Po krotkim wahaniu wylaczyl je i spojrzal na niebo. Doszedl do wniosku, ze ma jeszcze troche czasu. Bedzie pisal nastepny list.
Na Atlantyku zaczynala sie pora sztormow. Wiedzial, ze gdyby spoznil sie o dzien, nie moglby wyplynac co najmniej przez tydzien.
Rozhustane fale dawaly sie „Happenstance” coraz bardziej we znaki. Skrzypialy zagle szarpane wzmagajacym sie wiatrem. Garrett ustalil pozycje. Woda byla tu gleboka, ale nie wystarczajaco. Zniknal Prad Zatokowy, ktory pojawial sie latem. Butelka dotrze do celu tylko wtedy, gdy wyrzuci ja daleko na oceanie. Ze wszystkich listow, ktore napisal do Catherine, chcial, aby przynajmniej jeden dotarl do Europy. Mial byc ostatni.
Nalozyl sztormiak i zapial go starannie.
„Happenstance” zaczela podskakiwac na falach, plynela dalej na otwarte morze. Garrett trzymal ster obiema rekami, probujac utrzymac go w tym samym polozeniu. Kiedy wiatr sie zmienil i przyspieszyl – sygnalizujac zblizajacy sie sztorm, zmienil hals, mimo niebezpieczenstwa kierujac lodz po przekatnej przez fale. W tych warunkach halsowanie bylo bardzo trudne, plynal coraz wolniej, ale wolal isc pod wiatr, niz podejmowac probe powrotu w chwili, gdyby sztorm go dogonil.
Przy kazdej zmianie halsu tracil sily. Za kazdym razem, gdy stawial zagle, zapanowanie nad nimi wymagalo nadzwyczajnego wysilku. Mimo rekawiczek palily go dlonie. Dwukrotnie nieoczekiwany ostry podmuch prawie zwalil go z nog. Uratowalo go tylko to, ze wiatr cichl rownie szybko, jak sie zrywal.
Halsowal juz godzine, obserwujac przed soba zbierajacy sie sztorm. Wydawalo sie, ze burza sie zatrzymala, ale wiedzial, ze to zludzenie. Za kilka godzin sztorm dotrze do ladu. Na plytszej wodzie przyspieszy i na ocean nie bedzie mozna wyplynac. Teraz po prostu zbieral sily jak palacy sie powoli lont, przygotowujacy sie do wybuchu.
Garrett nie pierwszy raz plynal podczas burzy, ale wiedzial, ze nie wolno mu lekcewazyc niebezpieczenstwa. Jeden nieostrozny ruch, a ocean go pochlonie. Nie moze do tego dopuscic. Byl uparty, ale nie glupi. W chwili gdy zobaczy prawdziwe zagrozenie, natychmiast zawroci lodz i pogna do portu.
Nad glowa gestnialy chmury i zaczal padac drobny deszcz. Garrett rozejrzal sie i juz wiedzial, ze sie zaczyna.
– Jeszcze tylko chwila – mruknal pod nosem. Potrzebowal jeszcze kilku minut…
Niebo rozdarla blyskawica. Garrett liczyl sekundy od blysku do uderzenia. Dwie i pol minuty pozniej uslyszal dudnienie rozchodzace sie po oceanie. Oko sztormu znajdowalo sie mniej wiecej dwadziescia piec mil od niego. Obliczyl, ze przy obecnej predkosci wiatru mial ponad godzine, nim sztorm uderzy z cala moca. Planowal, ze juz go wtedy nie bedzie na wodzie.
Padal coraz mocniejszy deszcz.
Zaczelo robic sie ciemniej. Slonce powoli zachodzilo, geste, nieprzeniknione chmury przeslonily resztki swiatla, powodujac szybki spadek temperatury. Dziesiec minut pozniej zaczela sie prawdziwa ulewa.
Cholera! Konczyl mu sie czas, a on jeszcze nie byl na miejscu.
Fale stawaly sie coraz wieksze, ocean sie gotowal, gdy „Happenstance” plynela naprzod. Szeroko rozstawil nogi, zeby utrzymac rownowage. Ster utrzymywal pozycje, ale fale zaczely napierac po przekatnej, hustajac lodzia jak chwiejna kolyska.
Znowu blyskawica… chwila ciszy… grom. Dwadziescia mil. Rzucil okiem na zegarek… Jesli sztorm zblizal sie w takim tempie, to znalazl sie za blisko… Jesli wiatr bedzie wial w tym samym kierunku, jeszcze zdazy bezpiecznie wrocic do portu.
Gdyby wiatr sie zmienil…
Przypominal sobie droge i liczyl. Byl juz dwie i pol godziny na morzu, a poniewaz plynal pod wiatr, potrzebowal poltorej godziny, zeby wrocic. Oczywiscie, o ile wszystko pojdzie zgodnie z planem. Sztorm dotrze do ladu w tym samym czasie.
– Cholera! – zaklal, tym razem glosno. Musial wyrzucic butelke, mimo iz nie doplynal tak daleko, jak sobie zaplanowal. Nie mogl dluzej ryzykowac.
Chwycil dygoczacy ster jedna reka, a druga siegnal do kurtki po butelke. Wcisnal mocniej korek i wyciagnal butelke przed siebie, tak ze zobaczyl w srodku list.
Patrzac na butelke, poczul sie tak, jakby dluga podroz wreszcie dobiegla konca.
– Dziekuje – szepnal. Jego szept zagluszyl coraz glosniejszy ryk fal.
Rzucil butelke jak najdalej. Widzial, jak leci. Stracil ja z oczu, gdy uderzyla o fale. Stalo sie.
Teraz trzeba bylo zawrocic lodz.
Po chwili dwie blyskawice jednoczesnie rozjasnily niebo. Pietnascie mil. Zawahal sie, coraz bardziej zaniepokojony.
Burza nie moze zblizac sie az tak szybko – przemknelo mu przez mysl. A jednak nabierala szybkosci i mocy, wydymajac sie niczym balon nacierajacy wprost na niego.
Wykorzystal petle z lin do unieruchomienia steru. Tracac cenne sekundy, walczyl rozpaczliwie, probujac zachowac kontrole nad bomem. Liny palily mu dlonie, niszczac rekawiczki. W koncu udalo mu sie zmienic ustawienie zagli i lodz przechylila sie, lapiac wiatr. W chwili gdy zawrocil, z innego kierunku dmuchnelo lodowatym powietrzem.
Cieple powietrze wpada na zimne.
Wlaczyl radio i uslyszal ostrzezenie przed sztormem. Szybko pokrecil galka glosnosci. Sluchal uwaznie komunikatu opisujacego gwaltownie zmieniajace sie warunki. „Powtarzam… zaleca sie malym jednostkom… zrywa sie niebezpieczny wiatr… mozna spodziewac sie ulewnego deszczu…”
Sztorm byl coraz blizej.
Temperatura szybko spadala. Wial coraz silniejszy, grozny wiatr. W ciagu trzech minut osiagnal predkosc huraganu – dwudziestu pieciu wezlow.
Z rosnacym niepokojem nacisnal kolo sterowe.
Nie zareagowalo.
Nagle uswiadomil sobie, ze wysokie fale wynosza rufe nad powierzchnie wody, uniemozliwiajac dzialanie steru. Lodz znieruchomiala w niewlasciwym polozeniu, kolyszac sie niepewnie. Pokonal nastepna fale i kadlub opadl ciezko na wode. Dziob niemal sie zanurzyl.
– Dalej… ruszaj – szepnal. Poczul pierwsze dotkniecie strachu. Wszystko trwalo za dlugo. Z kazda chwila niebo stawalo sie coraz ciemniejsze, deszcz zacinal z ukosa gestymi, nieprzeniknionymi falami.
Minute pozniej ster wreszcie zareagowal i lodz zaczela sie obracac.
Powoli… powoli… zaglowka byla za bardzo wychylona na bok…
Z przerazeniem zobaczyl, ze ocean wokol niego podnosi sie z potwornym rykiem… tworzac olbrzymia fale biegnaca wprost na lodz.
Nie moglo mu sie udac…
Przytrzymal sie steru, gdy woda spadla z ogromna sila na bezbronny kadlub, wzbijajac biale pioropusze piany. „Happenstance” przechylila sie jeszcze bardziej. Pod Garrettem ugiely sie nogi, ale nadal mocno trzymal ster. Gdy wyprostowal sie z trudem, nastepna fala uderzyla w lodz.
Woda zalala poklad.
Zaglowka walczyla przez chwile, aby zachowac rownowage w silnych podmuchach wiatru, ale nabierala coraz wiecej wody. Prawie minute fale wlewaly sie na poklad, przypominajac rwaca rzeke. Wtem wiar na chwile ucichl i „Happenstance” cudem zaczela odzyskiwac rownowage. Maszt znowu kierowal sie ku ciemniejacemu niebu. Ster zaczal reagowac i Garrett obrocil kolo z calej sily. Wiedzial, ze musi jak najszybciej obrocic lodz.
Blyskawica. Siedem mil.
Radio trzeszczalo. „Powtarzam, wiatry do czterdziestu wezlow, powtarzam wiatry do czterdziestu wezlow, w porywach do piecdziesieciu”.
Garrett wiedzial, ze jest w niebezpieczenstwie. Nie sposob bylo zapanowac nad lodzia przy takim silnym wietrze.
Zaglowka obracala sie powoli, walczac z dodatkowym obciazeniem i rozszalalymi falami. Woda u stop Garretta miala nieledwie szesc cali. Prawie sie udalo…
Nagle huraganowy wiatr zaatakowal z przeciwnego kierunku, wstrzymujac obrot i kolyszac „Happenstance”