proste, tu pewnie jakies humanitarne elektryczne ognisko... Wiedzmi grill...
Przebywanie w podziemiu nagle zaczelo jej ciazyc; wydostala sie na powierzchnie, dlugo dochodzila do siebie, udajac, ze przyglada sie czasopismom na wystawie kiosku. Przechwycila kilka zdziwionych spojrzen i uswiadomila sobie, ze stoi przed sciana dosc frywolnych pism, z metka „tylko dla mezczyzn”.
Zrobila krok, chcac odejsc - i omal nie zderzyla sie z mlodziencem w obcislym ubraniu, na ktore niedbale narzucona byla futrzana kamizelka.
Cugajster przemknal po niej obojetnym, jakims takim gumowym spojrzeniem; spojrzenie natychmiast wrocilo, zainteresowane i znowu obojetnie opadlo jak waz, z ktorego wyplynal jedrny strumien. Iwga stala w miejscu, nie majac sily oderwac od asfaltu podeszew podniszczonych szarych butow.
Z nimi tak zawsze. Najpierw rzucaja sie, potem kreca nosem; cugajstrzy wyczuwaja wiedzmy, ale interesuja ich tylko niawy. Kazdy cugajster widzi Iwge na wylot - ale nie spieszy sie z oglaszaniem wyroku, no i dobrze...
Cugajster zapomnial o niej. Niewazne, ile niezywych kobiet uczynil jeszcze bardziej niezywymi dzisiaj; teraz w jego reku znalazlo sie blyszczace czasopismo, na okladce ktorego wykrzykiwalo swe zycie rozowe jedrne cialo. Wzywajace cialo, od samego wezwania mozna ogluchnac...
Iwga odwrocila sie i odeszla, powloczac nogami.
* * *
Sklepik ze starociami byl otwarty, Iwga nie zdecydowala sie wejsc tam, po prostu weszla do budki telefonicznej naprzeciwko. Wykrecila numer wlascicielki i od razu szarpnela widelkami, potem zacisnawszy zeby, zadzwonila do Mitecow i dlugo wsluchiwala sie w
gluche, triumfujace sygnaly.
W miejskim mieszkaniu Nazara tez nikt nie odbieral. Z glowa wciagnieta w ramiona Iwga przeciela plac Roz, dotarla do skweru i usiadla, wyprostowala zmeczone nogi.
- Gorace sandwicze?
Iwga drgnela.
Na wprost niej zatrzymal sie niski wozek z jaskrawo pomalowanym pojemnikiem, nad uchylona pokrywa ktorego klebila sie para. Wozek prowadzila mniej wiecej czternastoletnia dziewczyna; spod dlugiego swetra wysuwal sie brzeg ciemnej sukienki, przypominajacej szkolny mundurek.
- Gorace sandwicze - oswiadczyla dziewczyna, glosem nie znoszacym sprzeciwu. - Z pomidorami i cebula... Tylko piec monet.
Iwga zadzwonila w kieszeni drobniakami. Naplynela i odplynela obojetna mysl, ze moze jutro juz w ogole
nie bedzie miala pieniedzy. Nawet na sandwicze.
Dziewczyna jakos nie spieszyla sie z odejsciem. Stala i patrzyla, jak Iwga przezuwa, moze oczekiwala pochwal?
- Swietne sandwicze - Iwga zmusila sie do usmiechu.
- Jestes ta lisica, ktora postanowila mieszkac miedzy kurami - bez usmiechu oswiadczyla nagle dziewczyna. - I masz nadzieje, ze cie nie poznaja.
Iwga milczala. Kawalek kanapki stanal jej w poprzek gardla.
- Lisice nie jedza ziarna! - uroczyscie zapewnila ja dziewczyna. - Zobaczysz... potem - i ruszyla ze swoim wozkiem. - Do widzenia.
Jej reka bolesnie tracila Iwge w ramie, ta zakrztusila sie, a dziewczyna juz odeszla, popychajac przed soba wozek z taka uroczyscie zalobna mina, jakby to byl katafalk na wojskowym pogrzebie.
* * *
Przy wjezdzie do miasta, na panelu nadzwyczajnego wywolania obudzila sie i zamigotala czerwona, klujaca w oczy lampka. Klaudiusz nie podniosl sluchawki, ale przeczucie odezwalo sie: no i masz...
Na placu Zwycieskiego Szturmu zawsze bylo pelno parkujacych samochodow, teraz tez jakis zreczny bialy maksik zatarasowal przejazd swoim szerokim karbowanym tylem, zirytowany Klaudiusz musial wlaczyc sluzbowa syrene.
Po wejsciu do siebie, przez chwile badal zawartosc lodowki, potem trzasnal drzwiczkami, postawil na ogniu czajnik i usiadl przed telefonem.
- Niech zginie zlo, patronie. - Glos zastepcy mial profesjonalna chrypke, ale Klaudiusz uslyszal w nim nutke szczerej ulgi. - Szukalem pana, patronie...
- Niech zginie zlo, Glurze... Co tam? - Klaudiusz polozyl sie na kanapie, nie zdejmujac zakurzonych polbutow.
- Epidemia, patronie. Przypadki dzumy w Riance.
- Przypadki - znaczy ile?
- Dziesiec, patronie.
- Ile?!
- Dziesiec przypadkow dzumy i juz trzy zgony... Garnizon sanitarny postawiony w stan alarmu. Rianka zostala zamknieta... Wiadomosci juz przesaczyly sie do prasy...
- Dalej.
- Samosad.
Klaudiusz przytrzymal sluchawke ramieniem. W kuchni coraz glosniej gwizdal gotujacy sie czajnik.
- Gdzie?
- W Riance wybuchla panika, patronie... Na glownym placu. Nasi ludzie przybyli, kiedy stos sie juz dopalal.
- Wielka szkoda - glos Klaudiusza brzmial obojetnie i sucho. - Bardzo szkoda, ze nasi ludzie w Riance sa tacy nieruchawi. Ofiara?
- Byla wiedzma. Ale... to byla glucharka, niezainicjowana, patronie. Jej zwiazek z epidemia...
- Aresztowania?
- Pietnastu ludzi. Kurator okregu Rianka wykazal sie gorliwoscia... Zeby, ze tak powiem, zatrzec...
- Kuratora okregu Rianka wezwac tu, do Wizny - wolno oswiadczyl Klaudiusz. - Na zastepce prosze wyznaczyc... jesli dobrze pamietam, w tym okreg pracuje Juritz?
Zastepca milczal. Potem powiedzial ostroznie, jakby probujac kazde slowo na smak:
- To sie raczej nie spodoba Radzie Kuratorow... Oni i tak wrzeszcza, gdzie tylko sie da, ze Wizna wszedzie foruje swoich ludzi.
Klaudiusz rozesmial sie. Jego smiech bylo dobrze slychac pod drugiej stronie kabla, dlatego zastepca szybko przygryzl jezyk.
- Wszystkich aresztowanych... - Klaudiusz pstryknal kilka razy zlotym kolpaczkiem piora. - Wszystkich dostarczyc do miasta. Do mnie.
- Tak, patronie - pospiesznie zamamrotal zastepca, nawet nieco przesadnie pospiesznie, szybciej, niz na to pozwalala mu duma.
Klaudiusz milczal chwile, wpatrujac sie we wzor lisci winorosli za oknem.
Jesli przeczuwal tylko to, to - trudno, ale nie az tak niezwyklego... Bywalo gorzej...
- Zaraz przyjade - bede potrzebowal bardzo szczegolowej informacji, Glurze. Lacznie z rozmieszczeniem studni w okregu Rianka... A wlasnie, dlaczego do tej chwili nie powiadomil mnie pan, ze dzwonil ksiaze?
Zastepca milczal oszolomiony.
- Patronie... Skad pan wie?..
- Wiadomo - Klaudiusz usmiechnal sie. - Za kazdym razem, kiedy mamy jakas wpadke... Przeciez sie pan domysla, ze to, co sie stalo, to nasza mala wpadka? Prawda?
Zastepca z wysilkiem przelknal sline. Slychac to bylo w sluchawce.
- Tak, patronie. Oczywiscie, ze tak.
(DIUNKA. CZERWIEC)
W dniu pogrzebu siostra Diunki zawolala go na bok i, nie spuszczajac z niego zapadnietych, rozgoraczkowanych oczu, poprosila:
- Miej sumienie, Klaudiusz. Zachowujesz sie tak, jakbys tylko ty kochal Dokie.
Klaudiusz zmiekl, opadl, jakby uderzony obuchem. I skinal glowa.
Trzy dni zlaly sie w jedna niekonczaca sie dobe. Trzykrotnie nadchodzila noc; Klaudiusz odpowiadal na jakies pytania, a za jego plecami wymieniali spojrzenia, rozmawiali koledzy, ludzie z roku i kompletnie nieznane osoby: „To ten chlopiec, z ktorym ona byla tego dnia na plazy. To ten chlopiec...”
- Nie mogla tak po prostu utonac! Ona plywala jak... Nie mogla!
- Prosze sie uspokoic, Starz. Na ciele nie ma sladow gwaltu. Zgubil ja zwyczajny skurcz.Zwyczajny.
- Klaw, no wiesz... Nie wariuj... Idz na ten egzamin, moze sie oderwiesz...
- Klaw, wybacz, ale czy wyscie z nia, wiesz, tego, byliscie?..
... Potem poczekal, az wszyscy opuszcza cmentarz.
Ludzie, jeszcze chwile temu idacy i stojacy w zalobnej procesji, teraz wolno zmierzali do wyjscia, tylko Julek Mitec zostal, zaskoczony rozgladal sie w poszukiwaniu Klawa. Nie znalazl, biegiem dogonil chlopakow - zasmuconych i podnieconych jednoczesnie. Mama Diunki juz zniknela - trzasnely drzwi samochodu.
Wszyscy ci ludzie przestali interesowac Klawa wiele godzin temu. „Miec sumienie” - oznacza bycie konsekwentnym w swoim egoizmie.
Zapadal wieczor. Mocno, gesto, ciezko pachnialy wiednace kwiaty.
- Diunko - powiedzial, opadajac na kolana. - Diunko, chcialem ci powiedziec, ze ozenimy sie po egzaminach... Nie przepedzaj mnie. Moge tu u ciebie posiedziec?
Miekkie wieczorne niebo. Uspokajajace glosy cykad.
- Diunko...
Nie znalazl slow.
Moze chcial powiedziec, ze niewybaczalnie przywykl do jej milosci. Ze zbyt czesto pozwalal sobie na opedzanie sie - przyjdz jutro. Ze ona byla dla niego w polowie przedmiotem, w polowie dzieckiem. Ze nie wie, jak siebie ukarac. I czy pomoze najstraszliwsza kara...
I wtedy powiedzial to, co uwazal za sluszne. Co uwazal za jedynie sluszne i naturalne.
- Diuneczko, przysiegam, ze nigdy i nikogo poza toba nie beda kochal.
Czy to wiatr poruszyl czubkiem cmentarnej ciemnej jodly? Czy Diunka, patrzaca stamtad, ogromnie sie oburzyla, potrzasnela mokrymi wlosami, hardo zadarla ostry nos?
- Powiedzialem - szepnal bezglosnie. - Wybacz.
Za jego plecami trzasnela galazka. Napial miesnie, policzyl do pieciu i obejrzal sie.
Nie pamietal wszystkich uczestnikow pogrzebu, ale z jakiegos powodu byl pewien, ze wlasnie tego starca wsrod nich nie bylo. Wymiety ciemny garnitur, rozdeptane buty - moze to cmentarny stroz? Bo wloczega, sprzedajacy puste butelki, nie moze miec takiego zdecydowania w oku. I takiego jasnego spojrzenia.
- Jestem lumem - powiedzial stanach, jakby odpowiadajac na bezglosne pytanie. - Nie denerwuj sie.
Lum. Pocieszyciel cmentarny. Powiadaja, ze to rzemioslo pochodzi z jakiejs zapomnianej dzis religii. Od kaplanow, znajdujacych kiedys slowa pocieszenia dla najbardziej chorych, najbardziej