skrwawionych po utracie dusz. Rodzice Diunki nie skorzystali z uslug luma, dumnie nie chcieli dzielic sie ciezarem wlasnego nieszczescia; moze stary uznal, ze stojacy z boku procesji Klaw bedzie jego klientem.
- Nie. - Klaw odwrocil sie. - Dziekuje, ale... Ja nie wierze w to wszystko. Prosze odejsc...
- W co nie wierzysz? - zdziwil sie starzec.
- Chce byc sam - powiedzial Klaw szeptem. - Z... nia. Prosze odejsc.
- Jestes w bledzie. - Starzec westchnal. - Jestes w bledzie... ale odchodze. Tylko...
Zniecierpliwiony Klaw podniosl glowe.
- Tylko - staruch poruszyl wargami, jakby smakiem wyszukujac odpowiednie slowo - ty... czynisz to, czego czynic nie wolno. Dreczysz ja i przywolujesz. Nie puszczasz jej; tych, ktorzy naleza do tamtego swiata, w zadnym przypadku nie wolno ciagnac tutaj. Niawki...
Klaw poderwal sie:
- Odejdz.
- Zegnaj...
Czarne jodlowe galezie drgnely, przepuszczajac bezszelestnie odchodzacego luma. Klaudiusz Starz, szesnastoletni chlopiec, uwazajacy sie za mezczyzne, zostal sam.
Z Diunka.
* * *
Noc spedzila na dworcu.
Bolesne poczucie bezbronnosci przeganialo ja z kondygnacji na kondygnacje, z sali do sali; za kazdym razem, zasypiajac na kilka minut w glebokim samolotowym fotelu, budzila sie jak z maligny i dlugo nie potrafila zrozumiec, kim jest i co tu robi.
W koncu, zmeczona dusznym cieplem i nienaturalnym swiatlem bialych plafonow, wyszla na wilgotny z powodu mzawki peron; drobniutkie kropelki wody wirowaly wokol nieznosnie jasnych latarn jak muchy. Przyjezdzaly i odjezdzaly niewygodne nocne pociagi, ktos rzeczowy i czarny maszerowal wzdluz strasznych kol, postukujac zelazem o zelazo. Wskazowki okraglego dworcowego zegara na smierc przykleily sie do cyferblatu, noc nadciagnela na zawsze. Iwga wpadla w rozpacz.
Policjant z nocnego dyzuru przy kasach zerknal na nia najpierw obojetnie, potem z zainteresowaniem; Iwga przejela inicjatywe - demonstracyjnie stanela przed nim i dlugo studiowala rozklad jazdy, ogromne pole nazw i cyfr, caly swiat, skomasowany na rownych migajacych linijkach.
Ogarnela ja przemozna ochota przetrzepania kieszeni i zakupienia sobie prawa do spokojnego przechadzania sie po dworcu. Jak dama. Pani biletu i wlasnego losu, z gory patrzec na ciekawskiego policjanta i przynajmniej w tym byc legalna. Prawowita. Prawidlowa...
Pomysl ten tak kusil, ze Iwga juz nawet zrobila krok w kierunku okienka, rozwazajac jak daleko moga ja zawiezc nedzne resztki jej fortuny; zreszta, juz drugi krok byl o polowe krotszy od pierwszego, a potem nogi w ogole stanely w miejscu, bo wyjazd w tej chwili oznaczal calkowita rezygnacje z Nazara.
Policjant wytrzeszczyl oczy; Iwga stala wpatrzona w rozklad i naiwnie sadzila, ze jesli lzy nie plyna po policzkach, to jakby wcale ich nie widac...
Ale w koncu oczy sie wypelnily. Jak dwa jeziorka przegrodzone tamami.
- Panienko, moge ci w czyms pomoc?
Policjant byl ledwo widoczny przez lzy. Chyba patrzyl ze wspolczuciem.
Iwga potrzasnela glowa i wolno skierowala sie do wyjscia.
* * *
Poranek powital ja w towarzystwie najady z fontanny miejskiej. Okutana szara kurtka od Nazara usilowala utrzymac w niej i w ciele resztki ciepla, nie wpuscic za kolnierz ani krzty wilgotnego zimnego powietrza, wstrzymac oddech; na glowie najady siedzial golab, lapki mu sie slizgaly, zjezdzaly...
Chwilami Iwdze wydawalo sie, ze nie ma wcale zadnego golebia. Ze to owoc jej wyobrazni, ze zamiast najady jest biala rzezba, przedstawiajaca kobiete przykuta lancuchami do pala, a pod jej stopami leza wiazki chrustu, po ktorym juz przemyka, wzbija sie w powietrze kamienny ogien...
W czubek glowy ktos jakby wbil gwozdz. Siedzial tam od dawna, czul sie coraz bardziej i bardziej swobodnie. Wrastal.
Zaskrzypialy kola; Iwga drgnela.
Przez poranek, wczesny i niemal bezludny, szla dziewczyna w ponaciaganym swetrze, spod ktorego wystawala niebieska sukienka, przypominajaca szkolny mundurek. Za nia hurkotal po asfalcie jej jaskrawy wozek.
- Gorace sandwicze - oswiadczyla dziewczyna, mimo ze wozek byl pusty i martwy.
Iwga oblizala wargi. Gwozdz w glowie wpil sie w nia jeszcze glebiej.
- Nie nocuj juz wiecej na dworcu. - Dziewczyna dotknela palcem nosa miedzy oczami. Iwga nagle uswiadomila sobie, ze ma nie czternascie lat, a znacznie wiecej. - Juz wpadlas w oko... Niedobrym ludziom.
Iwga milczala, nie odwracajac od niej spojrzenia.
- Niedobrzy ludzie czynia niedobre sprawy, a bezdomna dziewczyna to marnujacy sie towar. - Sprzedawczyni sandwiczy usmiechnela sie kacikami ust. - Dworca unikaj.
Iwga poczula, ze sie boi. Dziewczyna stala i usmiechala sie, a w jej oczach widniala gotowa odpowiedz na nie zadane jeszcze pytanie: wiesz, kim jestem. Dlatego, ze wiesz, kim sama jestes. Pomysl troche...
Wiedzma, stara otrzaskana wiedzma patrzyla na Iwge z watlego ciala uczennicy. Po plecach Iwgi przelecialy ciarki; chcac zwalczyc lek, wyobrazila sobie swoja rozmowczynie na lekcji matematyki. Przy tablicy, z poszczerbionym kawalkiem kredy w palcach, z powaznie przygryziona dolna warga...
Dziewczyna chyba sie zdziwila:
- Co w tym smiesznego?
- Nic - odparla Iwga, pospiesznie odwracajac spojrzenie.
Dziewczyna przeturlala swoj wozek do przodu, do tylu:
- Idziesz ze mna?
- Nie. - Iwga wstala, czujac jak nagle zwiekszyl sie ciezar jej torby. Rozzloscila sie za swoje leki i dodala: - Wole heteroseksualne zwiazki.
Gwozdz w glowie drgnal i obudzil silniejszy bol; zarzuciwszy torbe na ramie, Iwga pomaszerowala przed siebie, ale rzucone za nia slowa dogonily ja i bolesnie uderzyly w plecy:
- Nie masz wyboru, kretynko. Jeszcze gorzej, jak cie spala za nic.
* * *
Atak paniki minal, pozostawiajac jednak slad w kolanach i okropny smak w ustach; Iwga wsiadla do tramwaju i przejechala dwie tury, az do chwili, kiedy konduktor zaczal sie jej podejrzliwie przygladac.
Mowia ludzie, ze kazda wiedzma boi sie inicjacji, jak kazda dziewica - pierwszej nocy poslubnej. Iwga nie wiedziala, czy to prawda: ona sama pozegnala sie z dziewictwem figlarnie - wydawalo sie jej, ze bawia sie z Nazarem. Ale na mysl o mozliwej inicjacji ogarnial ja zwierzecy strach, wydawalo sie jej, ze stoi na skraju przepasci, ze jej zebaty skraj to krawedz, zza ktorej nie ma powrotu. Ze czlowiek i pies bardziej sa do siebie podobni niz czlowiek i wiedzma...
W koszmarach sennych widziala siebie, jak w czarnej dlugiej szacie pochyla sie nad otwarta stara ksiega. Jak idzie po waskiej kretej drodze, jedna z wielu w strasznym, oszalamiajacym pochodzie; w koncu, jak naga leci na miotle, a na tylku ma malutki ogonek. Ale wystarczylo, ze sie budzila, ze czula obok siebie cieplego, rozmieklego we snie Nazara...
Ocknela sie. Na wprost jej oczu znajdowal sie nowiutki aparat telefoniczny - szary, z jednym tylko drugim i glebokim zadrapaniem. Przypominal blizne na mlodziutkiej twarzy...
Iwga zaczerpnela powietrza. Od dwoch dni przesladuja ja telefony. Telefony gonia za nia, chwytaja za rece, ciskaja sluchawkami w twarz: wykrec numer! Wykrec, a Nazar powie: Iwga... Lisku moj, dokad...
Przygryzla warge. Glos slychac bylo zbyt dobrze, by uznac go za wymysl, moze potrafi na odleglosc sluchac mysli Nazara? Moze...
- Halo.
Iwga omal nie krzyknela. Przycisnela sluchawke tak, ze zabolalo ucho.
- Halo, slucham.
Chlodny, ale pelen napiecia glos. Czy oczekiwal telefonu? Czy moze sie domyslic, kto tak milczy i dyszy w sluchawke?
Nie moze sie nie domyslic, uswiadomila sobie Iwga i oblala sie zimnym potem. Nie moze. Po tym, co sie wydarzylo - kto jeszcze moglby dzwonic i milczec?!
- Nic nie slysze - powiedzial znudzonym glosem Nazar. - Nic nie slysze... Halo. Prosze mowic.
Juz miala sie odezwac. Juz nabrala w pluca powietrza, przez co po telefonicznych kablach przez wiele kilometrow lecialo zdlawione: ch-cha...
- Nic nie slysze - oswiadczyl Nazar. - Prosze zadzwonic jeszcze raz.
Sygnal. Sygnal, sygnal pcha sie i wyrywa ze sluchawki - ale Iwga nie wychodzila z kabiny. Patrzyla, jak pelzna po szkle krople niespiesznego, wolno rozpedzajacego sie deszczu.
Plac Zwycieskiego Szturmu osiem, mieszkania cztery. Telefon...
Zawsze nielatwo jej bylo zapamietac telefony. Jak zapamietac szereg nic nie znaczacych cyfr?
Ale ten numer na zawsze wcial sie w czerep. Jak na zlosc...
Czy to moze takie sa te wizytowki? Raz czlowiek przeczyta i do konca zycia nie zapomni?
Deszcz zaczal wnikac za kolnierz, odruchowo wciagnela glowe w ramiona.
* * *
Po calym dniu bezsensownej tulaczki dotarla pod Palac Inkwizycji.
Od kilku godzin krazyla, bladzila, wchodzila do kawiarn na filizanke taniej kawy, uczyla sie nazw ulic, a tak naprawde zawezala ciagle kola, przemierzala spirale; w koncu miala przed oczami ten wysoki, dosc nowy, ale stylizowany na staroc budynek z ostrym, wbijajacym sie w niebo dachem.
Iwga stala jak piskle przed nora zmii. Ze skrzydel szerokich drzwi patrzyly miedziane herby z ukosnym napisem: „Niech zginie zlo”. Zlo - to ja, zrozumiala nagle Iwga, stojac z przycisnieta do piersi torba.
Z prawej strony glownego wejscia znajdowala sie wytworna szklana budka; obok stal reklamowy stend, tyle ze zamiast zwyczajnej reklamy znajdowal sie na nim powazny plakat. Iwga mrugnela; gwozdz w glowie rozjeczal sie.
„Wiedzmo, pamietaj, ze spoleczenstwo nie wyrzeka sie ciebie. Odrzucajac zlo i rejestrujac sie, przejdziesz do kategorii pelnoprawnych, prawowitych obywateli... Skazujac sie zas na zlo, skazujesz na nieszczescie i samotnosc... Zgodnie z paragrafem... kodeksu prawnego... nie zaewidencjonowane... karane sa skazaniem na prace spoleczne... zamieszane w czynach karalnych...