podlegaja osadowi Inkwizycji...”

Iwga chlipnela. Oto zaraz otworzy te sympatyczne szklane drzwi i wstapi na sciezke... na spotkanie z innymi mieszkancami miasta, pelnoprawnymi i prawowitymi, takimi, jak Nazar. Jesli spoleczenstwo ze mnie nie rezygnuje, to dlaczego ja mialabym z niego rezygnowac? Czy jestem lepsza od spoleczenstwa?!

Wierzchem dloni Iwga otarla wilgoc pod nosem. Czula ze ogarnia ja jakas dziwna desperacja - pomyslala, ze to lepiej, niz rozpacz czy panika. Zaraz, teraz, od razu wezmie i zadzwoni do Wielkiego Inkwizytora. Wlasnie tak zadziala, z grubej rury. Do licha, a gdzie tu telefon?! Przeciez jeszcze przed chwila bylo ich pelno, cale miasto telefonow...

Jej palce szybko wykrecily odpowiedni numer, zawahawszy sie dopiero przy ostatniej cyfrze. Ale tylko na mgnienie oka.

Miala nadzieje, ze zle zapamietala. Ze nie ma takiego numeru i automat natychmiast zakomunikuje o tym swoim wstretnym, medliwym glosem.Sygnal. Dlugi sygnal wywolania. Iwga poczula lod w zoladku.

Zaraz sluchawke podniesie jakas zatroskana gospodyni domowa: „Co? Inkwizycja? Przepraszam, ale prosze tak nie zartowac, pomylila pani numery!”

Ile sygnalow odsluchala? Trzy czy piec? Pan Wielki Inkwizytor jest zajety, praktycznie nigdy nie ma go w domu...

Przy osmym sygnale niemal uspokoila sie. Zdecydowala, ze dla spokoju sumienia doliczy do dziesieciu - a potem bedzie mogla sie wynosic. Tym bardziej, ze zuchwalosc, ktora popchnela ja do telefonu, juz cala sie ulotnila.

- Slucham.

Iwga niemal upuscila sluchawke.

Chlodny, nieco zmeczony glos. Obcy, jakby nie z tego swiata.

- Slucham, tak?

Iwga oblizala wargi i wyciagnela reke do widelek.

- Iwgo, czy to ty?

Nie zdolala powstrzymac wlasnej reki: dlon, konczac ruch, przycisnela widelki i to tak, ze metalowe rogi wpily sie w cialo.

* * *

Przez dobe epidemii, w okregu Rianka zmarlo dziesiec osob, zachorowalo sto osiem. Cala wina za chorobe slusznie spadla na wiedzmy. Dzienniki, tradycyjnie pojawiajace sie co godzine, ciagle pokazywaly te same bulwersujace ujecia: mloda wiedzma z piana na ustach krzyczy do obiektywu:

- To dopiero poczatek! To tylko poczatek, zobaczycie!

Amatorskie zdjecia sabatu. Oburzony tlum, na srodku placu spalone na stosie ciala. Klaudiusz lykal goraca kawe - ale krzywil sie, jakby pil lekarstwo.

Ten sabat nakrecil jakis wariat jeszcze w ubieglym roku, stacja telewizyjna wykupila zdjecia za bajeczna kwote i teraz, na dzwiek slowa „wiedzma”, natychmiast serwuje ten film jako kronike biezacych wydarzen. Klaudiusz usmiechnal sie zlosliwie; wszyscy oni maja bardzo, ale to bardzo przyblizone pojecie o tym, co to jest prawdziwy sabat. I niejedna setka ludzi dalaby sobie odjac uszy w zamian za mozliwosc zapuszczenia zurawia do wideoarchiwum Inkwizycji.

Cialo na stosie. Tez stare zdjecia - ale tam, w Riance, naprawde ktos zostal spalony i to ktos niewinny. Przed okregowym sztabem Inkwizycji w Riance od rana dyzuruja pikiety z haslami: „Broncie nas przed wiedzmami!”

Ale z jakiego domu wariatow wyciagnieto te histeryczke? „To dopiero poczatek! To tylko poczatek, zobaczycie!”

Przestraszona kobieta z dzieckiem na reku. „Co mysmy im zrobili, tym wiedzmom, co zrobilismy? Ludzie mowia, ze wszystkie studnie... ze wodociagi tez sa zatrute...”

Klaudiusz wylaczyl ekran. Wylowil z czesciowo oproznionej paczki kolejnego papierosa; w kacie zamarl w pelnej szacunku postawie goniec. Stal i myslal, ze potrafi starannie ukrywac swoje mysli, a tymczasem spod warstwy uprzejmej uwagi na jego twarzy wyraznie widac bylo zmieszanie i oburzenie: Wielki Inkwizytor leniwie odpoczywa. Wielki Inkwizytor leniuchuje z nogami na taborecie, pije kawe i zalatwia paczke papierosow, podczas gdy epidemia sie rozrasta, a tak ogolnie to panika zagraza takze stolicy...

Polglosem odezwal sie telefon. Dzwonil dowodca wewnetrznej strazy.

- Niech zginie zlo...

- Tak - Klaudiusz pstryknal zapalniczka, zmruzonymi oczami przyjrzal sie jasnoblekitnemu ognikowi.

- Przywiezli je, patronie... Cztery. Lupiny odsiali w okregowym zarzadzie...

- Do pokoju przesluchan.

- W jakim porzadku?

- Wszystko jedno, alfabetycznie. - Klaudiusz cisnal sluchawke na widelki i podniosl sie.

Napotkawszy jego spojrzenie, goniec odruchowo cofnal sie o krok; Klaudiusz skinal glowa, zwalniajac go.

W poczekalni meczyl sie kurator okregu Rianka. Nie chcac truc dymem niepalacego rianskiego kolege po fachu, Klaudiusz wyszedl przez sekretne drzwi; kurator siedzial w poczekalni od rana, czekajac na wezwanie, Klaudiusz jeszcze nie zdecydowal, dlaczego dreczy tego w sumie godnego czlowieka; odlozyl decyzje na pozniej. I postara sie zapomniec, ze piec lat temu tenze kurator gotow byl zdechnac, zeby tylko nie dopuscic Klaudiusza Starza do jego obecnego stanowiska. A moze na odwrot - postara sie o tym pamietac...

Cela przesluchan tradycyjnie miesci sie w piwnicy, piec minut spokojnego marszu od gabinetu Klaudiusza. No i bardzo dobrze, to znaczy, ze Wielki Inkwizytor spokojnie zdazy dopalic.

(DIUNKA. PAZDZIERNIK-GRUDZIEN)

Na nastepny rok licealista Starz zostal przeniesiony warunkowo, ale juz jesienia mlodzieniec zdal dwa

brakujace egzaminy w „trybie roboczym”. Jego sasiadem w bursie byl teraz Julek Mitec, dobroduszny gamon, pupil dziewczyn, rycerz z mandolina; w ich pokoju niemal codziennie bylo ciasno i halasliwie. Klaw tez halasowal, jak wszyscy. Wszystko teraz robil jak wszyscy, poniewaz mocno zapadly mu w pamiec slowa siostry Diunki: „Miej sumienie, Klaw... jakbys tylko ty kochal Dokie...”

Na cmentarz wygodnie sie jezdzilo autostopem. Kierowcy ciezkich wywrotek wkrotce zaczeli poznawac go i zatrzymywali sie, nawet nie widzac uniesionej dloni.

O jego nocnych wypadach wiedzial tylko Julek. „Klaw, no wiesz co... dzisiaj tak leje, moze jutro wyskoczysz, co?.. Dobra-dobra, milcze, ale w takim razie przyprowadze dzis Linke do siebie, nie masz nic przeciwko temu?”

Godzinami siedzial na niskiej laweczce przy cmentarnym murze. Stawial obok siebie samochodowy reflektor z akumulatorem i pograzal sie w polsnie, w sen na jawie i tam, w tym snie, Diunka zyla. Byla obok niego.

Stary lum spotkal go tylko raz. Bezszelestnie wyszedl z mroku, stanal na drodze do grobu:

- Chlopcze, nie wiedzac, co czynisz, czynisz zlo. Nie dajesz spokoju. Nie drecz jej i siebie, wspominaj ja radosnie, ale nie zaklocaj tego spokoju swoimi wezwaniami!..

- Nie potrafi mnie pan pocieszyc - powiedzial Klaw cicho. - Prosze odejsc.

Stary lum zacisnal wargi.

- Jestes obdarzony specyficznymi... mozliwosciami. Nie wiem, kim zostaniesz, ale... Twoje zyczenie ma zbyt wielka wage. Nie zadaj czegos nierozumnego.

Z tymi slowy odszedl.

* * *

Kiedy nadeszla zima, Julek Mitec, do tej chwili pokornie czekajacy az Klaw „przecierpi” swoje i pokona w koncu rozpacz, nie wytrzymal i zbuntowal sie:

- Jestes nienormalny! Po prostu sfiksowales, zaklinowales sie jak termometr we wrzatku! Wezwe do ciebie pogotowie, niech ci wstrzykna cos na uspokojenie! Nie mozesz, jak wszyscy, chodzic na cmentarz w niedziele?!

Klaw otworzyl usta i poslal przyjaciela tam, skad sie nie wraca. Julek obrazil sie smiertelnie i dlugo sie do niego nie odzywal.

A tydzien pozniej Klaw rzeczywiscie sie przeziebil i zachorowal, niezbyt mocno, ale akurat na tydzien wyladowal w izolatce. Z krolestwa medycyny nie dalo sie wymknac niezauwazalnie, a ponury sanitariusz niemal obil pysk denerwujacemu go pacjentowi. Pozbawiony tresci swego zycia, Klaw wlazl z glowa pod koldre i w znajomej malignie zaczal przywolywac Diunke. „Nic opuszczaj mnie...”

W dniu jego wyzdrowienia w liceum odbywal sie tradycyjny zimowy bal; dla Klawa byla to znakomita okazja do wymkniecia sie. Podajac jako powod bol glowy i slabosc - a po chorobie naprawde byl oslabiony - odmowil towarzystwa Julkowi i jego mandolinie. Pod wieczor rozszalala sie zamiec i to taka, ze nawet fanatyczny Klaw poszedl po rozum do glowy i zrezygnowal z wizyty na cmentarzu.

Licealisci bawili sie; Klaw siedzial w pustym pokoju, przy zaklejonym sniegiem oknie, a na stole przed nim stala lampka w ksztalcie grubej kreconej swiecy. Odbicie lampy w czarnym okiennym szkle wygladalo na prawdziwa zywa swiece; nad swieca siedzial posepny mlodzieniec, uwazajacy siebie za doroslego - jego odbicie bylo tak powazne i tak samo posepne jak on sam. W okno walil zly, rozdrazniony snieg.

... To uczucie pojawilo sie zwolna. Schwytal siebie na tym, ze juz od kilku minut wsluchuje sie z napieciem ni to w odlegle dzwieki zabawy, ni to w wycie wiatru, ni to w samego siebie. Cieniutki robaczek niepokoju najpierw tylko poruszyl sie w duszy, potem szarpnal sie jak na haczyku, parzac skore mrozem znacznie gorszym niz ten, panujacy za oknem. Klaw mial wrazenie, ze szklany ognik swiecy poruszyl sie, jak plomien w przeciagu. Przetarl twarz rekami. Posiedzial kilka minut, kryjac sie przed swiatem za niepewna kratownica splecionych palcow. Potem wysunal szuflade, po omacku wyszukal znajoma fiolke z pigulkami, polknal od razu dwie, nie popijajac woda.

Spokoj nadszedl po kilku minutach. Spokoj na sile - jakby na jego kolaczace sie serce narzucono kaftan bezpieczenstwa. Sennie zamrugal oczami, potem ziewnal, patrzac w ciemne okno, opuscil glowe na rece...

Nocny alarm przebil sie przez senne oszolomienie, jak noz przez wate. Przez kilka sekund Klaw walczyl, potem wstal i wlaczyl plafon pod sufitem. Pokoj zalalo jasne swiatlo, ale w duszy Klawa panowal mrok i lek. Jak przykuty do zelaznych poreczy obcych schodow, sluchal miekkich, wolnych, zblizajacych sie krokow na schodach. Wolnych, ale miarowych i nieuchronnych. Kto idzie? Co idzie?

Rozumial, ze glupio to bedzie wygladalo, gdy wpadnie nagle w srodek balu - blady i wystraszony, w wyplowialym dresie. Rozumial to i gryzl wargi - ale nie duma i nie wstyd go powstrzymaly, kiedy juz byl gotow przekroczyc prog.

Nic potrafil tez okreslic uczucia, ktore go powstrzymalo. W okno walil suchy snieg. Swiecila elektryczna swieca i plafon pod sufitem swiecil uczciwie i jasno, a w oknie, jak w czarnym lustrze, odbijal sie przytulny pokoj dwoch pracowitych licealistow. A po drugiej stronie szyby bielala twarz, do polowy oswietlona

uliczna latarnia, jak nadgryziony ksiezyc.

Klaw przycisnal dlon do podskakujacych zeber. Przekleci pijani dowcipnisie, jak im sie udalo wejsc na balkon...

Mysli kotlowaly sie nie te, co trzeba i nie o tym, co trzeba. Mysli byly obronne, instynktowne... Tak ptak, broniacy gniazda, udaje postrzalka... Klaw zrobil krok w kierunku okna. Potem drugi. Potem...

Jej twarz byla smutna. Bardzo smutna, wydluzona i delikatna jak ognik swiecy, z zalosnie przygryzionymi wargami, z cieniami dookola nienaturalnie ogromnych oczu. Jedno spojrzenie. Dluga chwila.

Wiatr!

Wsciekly wicher, ciskajacy sniegiem w szklo i szklo, jak sie okazalo, jest pokryte lodem z zewnatrz, pokryte wzorem, nic przez nie nie widac - tylko uliczna latarnia oswietla je z boku, i szalonemu chlopakowi w tancu cieni wydaje sie nie wiadomo co...

Вы читаете Czas Wiedzm
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату