* * *
Ciasne sklepione pomieszczenie oswietlala samotna pochodnia, umieszczona za plecami przesluchujacego. Klaudiusz wyciagnal reke - niewidoczny straznik natychmiast narzucil mu na lokiec cienka, niewazka peleryne.
Cale umeblowanie pokoju przesluchan tworzyl debowy stol i debowy fotel z niewiarygodnie wysokim, rzezbionym oparciem; usiadlszy, Klaudiusz odruchowo siegnal po papierosa do kieszeni na piersi - reka dotknela paczki przez gladki jedwab peleryny.
Klaudiusz opamietal sie i narzucil na glowe kaptur. Lekka tkanina, pachnaca naftalina i wilgocia, zaslonila jego twarz az do ust. Na poziomie oczu znajdowaly sie szczeliny, po minucie Klaudiusz przestanie odczuwac niewygode. Przyzwyczail sie juz.Przez pewien czas w pomieszczeniu panowala glucha cisza; Klaudiusz patrzyl prosto przed siebie. Spotkanie z wiedzma nie znosi lekkomyslnosci; Klaudiusz milczal, kropla po kropli wpuszczajac w siebie Wielkiego Inkwizytora.
- Ruszamy - powiedzial w koncu. - Po jednej. Kolejnosc nie gra roli.
Przeciagle zaskrzypialy okute drzwi. Zawiasy tradycyjnie nie byly smarowane. Klaudiusz czekal.
Mloda. Ponizej trzydziestki. Nadgarstki i kostki w dybach - przez tych, co ja ujeli, uznana za dostatecznie niebezpieczna. Obojetna i harda mina...
Oczy Klaudiusza w szczelinach kaptura zwezily sie. Stala przed nim wiedzma-tarcza, i ci, co ja wbili w dyby, wcale nie byli tacy glupi. Wiedzma-tarcza, ktorej przyszlo juz pewnie spotykac sie z Inkwizycja - bliski kontakt z przygotowujacym sie do rozmowy Starzem byl dla niej udreka, jednakze nie uzewnetrznialo sie to wcale. Wiedzma przyjela uderzenie meznie i z wprawa; tak samo gruba skora bez bolu odbiera uderzenie bata.
- Witaj, tarczo - powiedzial polglosem Klaudiusz. - Masz jakies imie?
Wiedzma milczala. Za jej plecami, niczym dwa ciemne slupy, wznosily sie potezne sylwetki straznikow.
Klaudiusz opuscil reke na lezace przed nim papiery:
- Magda Rewer. Obojetne mi jest czy nazwano cie tak przy urodzeniu, czy sama nagrodzilas siebie tym imieniem... Moze chcesz zyc?
Fala jego naporu nakryla wiedzme cala; przechwyciwszy jej dumne spojrzenie, Klaudiusz wkrecil sie w nie, mierzac glebokosc „studni”. Wiedzma szarpnela sie, ale w szeroko otwartych oczach nie bylo widac bolu. Te tarcze wykuli nie dyletanci.
Klaudiusz rozluznil sie, poczul na plecach oparcie fotela. Wedlug jednolitej skali jej „studnia” ma siedemdziesiat dwa. Wysoko. Nawet bardzo. Niebezpiecznie...
- Rozumiesz, co cie tu czeka? Bedziesz rozmawiac ze mna czy mam ci pomoc opowiedziec to, co chce wiedziec?
Przez policzek Magdy Rewer przemknal tik.
- Nie dasz rady.
- Tak? - Klaudiusz wychylil sie do przodu.
Nic zamierzal wprowadzac w czyn swoja grozbe. Przedzieranie sie przez jej tarcze i to na poziomie siedemdziesieciu dwoch, to po tak ciezkim dniu, wcale nie bylo jego marzeniem. Ale wiedzma zinterpretowala jego ruch doslownie.
Jej wargi rozkwitly dziewczecym, niemal dziecinnym usmiechem, pomiete ubranie, w ktorym zostala ujeta, nagle zmienilo swoj brudno-bezowy kolor na snieznobialy, potem rozeszlo sie na strzepy i splynelo na kamienna podloge. Magda Rewer stala naga, a laczace jej przeguby i kostki stop dyby, wygladaly teraz na owoc wybujalej erotycznej fantazji.Magda Rewer odrzucila do tylu glowe, przez jej cialo przebiegl dlugi, slodki, gleboki spazm rozkoszy. Brazowe sutki nabrzmialy i patrzyly teraz inkwizytorowi w oczy. W uszy
Klaudiusza uderzyly bebny. Glosno, glosniej...
Przygryzajac warge, wysunal przed siebie prawa reke ze zlaczonymi palcami. Wiedzma nie byla w stanie powstrzymac sie od bolesnego okrzyku.
Przez kilka minut Klaudiusz przygladal sie swojemu wlasnemu cieniowi, podrygujacemu wraz z plomieniem
pochodni i sluchal, jak opada napiecie. Takich zwrotow akcji nie lubil szczegolnie. Po takich przesluchaniach zbyt dlugo czlowiek czuje sie jak uliczny kundel, zbytnio gardzi samym soba...
Podniosl oczy. Magda Rewer skulila sie, ale nie upadla; nadal miala na sobie wymiete ubranie, a straznicy za jej plecami stali z obojetnymi minami, jak gdyby nic sie nie wydarzylo. Bo oni nic nie widzieli. Wiedzma-tarcza nie bedzie sie wysilala dla calego meskiego towarzystwa...
- Magdo - powiedzial szeptem. - Zasluzylas na swoj stos.
Drgnela, ale jej spojrzenie nie zmienilo dumnego i obojetnego wyrazu.
- Masz dwie godziny na namysl... Chce uwolnic okreg Rianka od wiedzm. To nie jest latwe, ale ty mi pomozesz...
Wargi wiedzmy rozpelzly sie ku uszom.
- ... albo nie pomozesz - kontynuowal spokojnie Klaudiusz - a kat nie bedzie przezywal rozterek.
Wiedzma-tarcza milczala. Pod wymieta marynarka Klaudiusz zobaczyl nagle sterczace hardo sutki; zacisnal zeby.
- Jedziemy do Rianki. A ty przekazesz w moje rece wszystkie te cieniutenkie niteczki... nie szarp sie. Albo ty to uczynisz, albo kto inny... Ktos na pewno.
Podniosl reke pokazujac, ze przesluchanie zostalo zakonczone. Wyprowadzana Magda chciala cos powiedziec - ale nie powiedziala, tylko jej oczy na chwile zwezily sie i zaczely przypominac strzelnice obleganej twierdzy.
- Numer siedemset dwanascie - powiedzial Klaudiusz w przestrzen. - Tryb opieki - surowy.
Dwie godziny, dane jej na namysl, spedzi Magda w stacjonarnych dybach, w pojedynczej celi, w sciany ktorej wmurowany jest znak zwierciadla. Na malym skrawku przestrzeni, gdzie kazda mysl odbija sie od scian i wraca, dziesieciokrotnie wzmocniona, do swojego zrodla...
Jesli Magda chce przezyc, bedzie musiala myslec o czyms przyjemnym. Klaudiusz usmiechnal sie krzywo.
Mysl o kuratorze okregu Rianka spowodowala, ze usmiech stal sie dodatkowo jeszcze zlosliwy; teraz Klaudiusz juz wiedzial, co powie czekajacemu od kilku nieprzyjemnych godzin czlowiekowi. Teraz wie, dlaczego ponizyl swojego rianskiego kolege - nie z powodu wrodzonej zlosliwosci charakteru i nawet nie z zemsty za minione intrygi - schwytanie wiedzmy-tarczy przyniosloby kuratorowi zasluzone laury, ale przed epidemia, a nie w jej trakcie. Teraz biedak kurator raczej pochwal sie nie doczeka...
Klaudiusz stlumil w sobie ochote na papierosa. Zadrzal, przypomniawszy sobie jedrne piersi Magdy Rewer; zacisnal zeby i przysiagl sobie, ze bedzie dzis pracowal do utraty przytomnosci. Tak, zeby juz na nic nie miec ochoty. Jak trup.
- Dalej - rzucil w przestrzen. - Nastepna.
Przeciagle skrzypienie niesmarowanych zawiasow. Weszla kobieta, wolna, bez dybow, zasyczala przez zeby i opadla na rece straznikow.
Zwyczajna robocza wiedzma. Srednia w wielu wskaznikach, nie wiadomo, dlaczego zostala wyrozniona sposrod zatrzymanych i dostarczona do niego na przesluchanie. Chociaz z jej „studnia” wyraznie jest cos nie tak. Jakas dziwna ta „studnia”.
- Wstan - powiedzial cicho.
Straznicy musieli ja podtrzymywac. Doslownie wisiala w ich rekach; obronnej mocy wystarczalo jej tylko na utrzymanie przytomnosci.
- Proponuje zawieszenie broni. - Klaudiusz poprawil kaptur, zeby szczeliny znalazly sie dokladnie naprzeciwko oczu. - Nie masz sil do walki, a ja nie mam ochoty... Z czym mamy do czynienia w Riance? „Uderzenie” czy „siateczka”?
- Nie wiem - wychrypiala wiedzma z nienawiscia w glosie.
Karzac za klamstwo, wkrecil sie w jej spojrzenie i mierzyl „studnie”.
Wiedzma zaczela krzyczec, nie mogac wytrzymac bolu. Klaudiusz zacisnal zeby. Siedemdziesiat cztery. Szara, zwyczajna robocza wiedzma... Podobnie moze czuc sie tylko ogrodnik, kiedy na swoim poletku schwyta turkucia podjadka wielkosci pudla krolewskiego.
Kobieta zamilkla, pograzona w glebokim omdleniu. Klaudiusz zerknal do protokolu przesluchania wstepnego. Ksana Utopka, z zawodu nauczycielka w szkole podstawowej.
Zamknawszy oczy, wyobrazil sobie w najdrobniejszych szczegolach rianskiego kuratora. W myslach chwycil go za klapy marynarki, potrzasnal nim mocno...
Nic da sie uniknac wyjazdu do Rianki. Jak nie dzis, to jutro zaplona tam stosy samosadow. Takie, ktore pochlona nie wiedzmy-tarcze, nie wiedzmy-bojowniczki i nawet nie robocze wiedzmy - a zwyczajne niezainicjowane dziewczeta, cos jak ta, podobna do lisiczki...
- Numer siedemset dziewiec - rzucil w ciemnosc. - Ksana Utopka, tryb opieki - neutralny... i szybko lekarza.
Otworzyly sie i zamknely skrzypiace drzwi.
Nastepna wiedzma weszla do pomieszczenia z hardo uniesiona glowa, Klaudiusz od razu ja poznal. „To dopiero poczatek. To dopiero poczatek, zobaczycie!..”
- Witaj, wrzaskunie - rzucil przez zeby.
Dziewczyna miala moze z pietnascie lat. Obecnosc Klaudiusza ciazyla jej, ale nic wiecej; jej wewnetrznego pancerza pozazdroscic moglby ciezki czolg.
- Witaj, oprawco - odparla obojetnie. - Wyfasowales drewienka na stos?
- Wyfasowalem - czule uspokoil ja Klaudiusz. - Wiec, powiadasz, to dopiero poczatek?
Dziewczyna wyszczerzyla zeby:
- Sam zobaczysz.
To byla wiedzma-bandera. Te sa fanatyczne do szalenstwa, ale - co jest najgorsze - wladaja podstawami jasnowidzenia. Takie histeryczne przepowiadaczki, wrzaskliwymi przepowiedniami przyslaniajace wyrachowane umysly.
- Jestes pelnoletnia? - zapytal Klaudiusz.
- Nie - odparla spokojnie dziewczyna. - Nie mam jeszcze siedemnastu lat... Zgodnie z prawem o wiedzmach, niepelnoletnie osobniczki nie podlegaja przesluchaniom z torturami, tak samo jak i dowolnym rodzajom egzekucji... Jasne?
- Jasne - skinal glowa Klaudiusz i przechwycil jej spojrzenie.
Sekunda pauzy, dziewczyna gwaltownie zbladla, ale nie okazala bolu. Klaudiusz wypuscil ja i odchylil sie na oparcie fotela.
Poziom „studni” - siedemdziesiat szesc i pol. Albo kuratorowi okregu Rianka nalezy dac nagrode za wylapanie trzech najmocniejszych wiedzm kraju, albo...
Albo w Riance od niedawna rodza sie takie oto wiedzmie monstra. Jak grzyby po deszczu.
Klaudiusz przymknal powieki. Organizm z potworna sila domagal sie nikotyny.
Wiedzma-bandera, Przeczucia, przepowiednie, utajone nadzieje i leki...
- Zadnych przesluchan z torturami - wycedzil przez zacisniete zeby.
Jego prawa reka wyciagnela sie w kierunku rozmowczyni tak, ze koniuszki wyprezonych palcow znalazly sie na poziomie jej zielonych bezczelnych oczu. Wiedzmy- bandery maja swoj czuly punkt - zbytnio kochaja przepowiadanie.
- Prze... stan! - jeknela dziewczyna.
Palce Klaudiusza zacisnely sie w piesc.
Pewnie nie powiedzialaby niczego nawet na torturach, ale przepowiednie plynely z niej same, a ona nie mogla, a i nie za bardzo chciala, powstrzymac ten burzliwy, metny slowotok. Zielone oczy plonely natchnieniem:
- Ona... nadchodzi! Juz idzie, ona... - niezrozumiale mamrotanie. - Ona nas zabierze do siebie, i... - bezsensowne okrzyki.