w krag. Narzedzie potwornej kazni - taniec cugajstrow.

Korowod. Sekwencje skomplikowanych ruchow - to powolnych i przeciaglych, to szybkich, blyskawicznych; warsztat tkacki, wyciagajacy zyly. Obrecz czarnego, okrutnie obracajacego sie kola; taniec czyjejs smierci...

I zapach fiolkow. Nienaturalnie silny zapach.

Ziemia stanela deba.

Z kazdym ruchem mnozyly sie niewidzialne nici, oplatujace ofiary. Jak pulsujace weze, pochlaniajace zycie. Jak czarne ssawki, wyciagajace dusze. Dwa cienie, tlukace sie w dlugiej agonii i trzeci - oszalala, bezdzwiecznie krzyczaca Iwga.

Duszna, nasaczona fiolkami noc. Nicujaca, zdzierajaca parujace wnetrznosci z wywroconej skory...

- Wiedzma...

Chyba na mgnienie oka pozwolono jej stracic przytomnosc. Potem ktos dokads ja wlokl za rece, po trawie, po zwirze wpijajacym sie w cialo. Noc stala sie dniem - w jej oczy uderzylo swiatlo jednoczesnie kilku latarek; Iwga zatrzepotala rekami, oslaniajac sie przed nimi.

- Cicho, glupia...

- Wplatala sie...

- Potem. Zaraz...

Zostawili ja w spokoju.

Oto dlaczego niawki tak krzycza. Oto, co one, mniej wiecej, odczuwaja... Potem zostaje po nich pusta powloka. Jak ponczocha. Na pierwszy rzut oka - cienki, po mistrzowsku uszyty kombinezon. Z plytkami paznokci. Z bialymi kulami oczu. Z wlosami na plaskiej glowie, plaskiej, niczym pozbawiony powietrza balon, nienaturalnie przy tym wielki...

Cugajstrzy skonczyli swoje. Iwga zdolala tylko odpelznac na bok. Pod wagon, gdzie od razu zostala znaleziona.

- Chodz tu...

Nie sprzeciwiala sie.

- Jestes wiedzma? Co tu robisz, glupia?

Wyjasnilaby im, powiedziala... Och, jak powiedzialaby...

- Rozkleila sie dziewczyna - powiedzial jeden, na jego latarce byl zolty sloneczny filtr.

- No to po co sie szlajasz po pustkowiach? Uciekac tez nie masz powodu, jak nie jestes niawka...

Iwga poczula, jak jej bezwolna reka opada na czyjes ramie:

- Chodzmy, dziewczyno... A ty - to bylo skierowane do kumpla - swoje kazania oglos na pismie... O prawidlowym zachowaniu mlodych wiedzm, ktore nie chca sie inicjowac, a zarejestrowac sie boja. Prawda? - to do Iwgi.

Iwga pociagnela nosem. Posiadacz twardego ramienia wszystko zbyt szybko zrozumial i zbyt tresciwie objasnil; ziemia kiwnela sie pod stopami i, starajac sie utrzymac rownowage, Iwga wczepila sie palcami w futrzany bezrekawnik na ramieniu.

- Nie boj sie... Nie ruszymy cie. Po licho nam jestes, glupia... - To ten, ze slonecznym filtrem. - Inni moze by i skorzystali z okazji, ale my nie mamy zapotrzebowania... Mamy takich dziewczyn... I nie takich, tylko czystszych i ladniejszych, musze powiedziec...

Ktos sie rozesmial. Ktos rzucil obojetne „przymknij sie...” Walczac z oszolomieniem i bolem, Iwga pomyslala, ze posiadacz zoltego filtra gra wsrod pozostalych role blazna. Blazen-cugajster to rzecz niemozliwa, ale - prosze - zdarza sie...

- Hej, dziewczyno, a torba - twoja czy ktorejs z tamtych?

Iwga chlipnela znowu i przycisnela torbe do piersi.

Ich samochody staly z drugiej strony muru. Furgonetka z buda i zolto-zielonym kogutem na dachu oraz kilka osobowych, wiekszych i mniejszych, zniszczonych i niezbyt zniszczonych.

- Podrzucic cie gdzies? - Wysoki cugajster z okragla, niemal na zero wygolona glowa otworzyl przed Iwga drzwi furgonetki; pod pacha trzymal niedbale zwiniety plastykowy worek z eklerem, Iwga wiedziala dobrze, co w nim jest.

Widocznie ta wiedza odbila sie na jej twarzy, poniewaz ten, ktory udzielil jej swego ramienia, pokojowo

rzucil:

- Nie boj sie...

Pokrecila glowa. Nie wsiadzie do tej furgonetki nawet pod grozba smierci. Raczej rzuci sie pod jej kola...

- Chodz, podwioze cie - nagle zupelnie powaznie zaproponowal posiadacz zoltego filtra. - Mam maksika, przeciez zwyczajnych cywilnych wozow sie nie boisz?

Wszyscy oni, jeszcze pol godziny temu bedacy trybikami potwornego mechanizmu, teraz cicho, calkiem po ludzku rozmawiali za jej plecami. Po kolei uruchamiali silniki wozow, Iwga nagle uswiadomila sobie, ze stoi przed zamknietymi drzwiami furgonetki, a dookola niej nie ma juz nikogo, a ten, ktorego ramienia ciagle sie trzymala, rozmawia o czyms z tym wysokim, ogolonym, i obaj mowia o jutrzejszym dniu, ale nie okreslaja go Jutro” tylko „dzis”...

A niebo stracilo swoja czern, jest szare. Ciemno-szare, metno-szare, swit...

- A ty co, nie masz dokad jechac? - cicho zapytal ten, ktorego Iwga nazywala w duchu blaznem. - Nie masz domu? Wypedzili cie, czy jestes przyjezdna? Bez pieniedzy?

Iwga chciala poprosic, by sie od niej odczepil - ale zamiast tego tylko zalosnie rozciagnela wargi, usilujac usmiechnac sie.

- Idziemy - chwycil ja za reke.

Rzeczywiscie - mial maksika. Malutki samochodzik, jakby przed chwila kopniety przez duza wywrotke, dlatego bagaznik zgial sie w harmonijke.

- Mam teraz dobe wolnego... Nie boj sie, przeciez nie jestem zwierzeciem... Popatrz na siebie, jestes ladna dziewucha... Rozumiem, ze Inkwizycja was gania, ale ja nie jestem inkwizytorem... Rzuc ta torbe na tylne siedzenie, co sie tak jej trzymasz, nie zabiore ci...

Zolty mur szybko plynal do tylu. Szybko, szybciej...

Iwga westchnela spazmatycznie i zamknela oczy.

* * *

Odnica powitala Klaudiusza duszna noca, lancuchami ogni i pancernym wozem na skraju betonowego pasa - czarnym, przypominajacym z daleka lakierowany sztyblet.

- Niech zginie zlo, patronie.

Minelo dobre pol minuty, zanim rozpoznal ten glos. Gleboki i mocny glos niezrealizowanej spiewaczki operowej. Ale sie zmienila przez te minione trzy lata! Nie postarzala - ale zmienila sie wyraznie, a moze winne jest zolte swiatlo latarn?

Spolaryzowane szyby limuzyny sprawialy, ze swiat zewnetrzny byl rozmigotany, drzacy, matowy i widmowy; gardzac pozna godzina, Odnica polyskiwala ogniami, migotala plachtami reklam, puszczala do przyjezdnych oko. Klaudiusz przypomnial sobie, jak dobre trzydziesci lat temu pierwszy raz odwiedzil ten kurort razem z matka i tez przybyli w nocy, z lotniska wzieli taksowke, a magiczne miasto za oknami wydawalo sie...

- Kurator Mawin przygotowal sprawozdanie, patronie. I na kazde pana zyczenie...

- Nocami zarzucam etykiete - rzucil Klaudiusz. - Nie drecz mnie, Fedoro, i tak jestem troche zmeczony... Jak tam dzieci?

Pauza. Ostatnie samochody, ktorych na nocnych ulicach bylo jeszcze sporo, z szacunkiem pryskaly na boki przed wolno pelznacym czarnym pancernikiem; krotko ostrzyzony tyl glowy kierowcy za niebieska szyba chwytal odblyski swiatel i pewnie dlatego zdawal sie byc planeta, wirujaca dookola setki slonc.

- Dzieci... dobrze - wolno odpowiedziala Fedora. - Wszystko... dobrze.

- Nie wiedzialem, ze jestes w Odnicy - uczciwie przyznal sie Klaudiusz.

Fedora usmiechnela sie blado:

- Wizna nie moze upilnowac wszystkich kadrowych roszad... To by bylo nienormalne.

- Przez te trzy lata awansowalas na szczeblu sluzbowym.

- Staram sie...

- A jak wygladaja twoje stosunki z tym zlosliwcem Mawinem?

Znowu pauza; Klaudiusz zrozumial, ze zle sformulowal pytanie. Niewlasciwie je sformulowal.

- W dosc serdecznych - odezwala sie w koncu kobieta. - Ale nie w bliskich... Jesli to chciales wiedziec.

Klaudiusz chcial ja zapewnic, ze „nie chcial” - ale powstrzymal sie w ostatniej chwili. Takie zapewnienie dopiero by zabrzmialo wyzywajaco.

- Twoja wizyta nie byla wczesniej zaplanowana - powiedziala kobieta z krotkim smieszkiem. - Cos za bardzo to zaskakujace... Mawin zaczal sie miotac, przeciez on sie ciebie boi.

- Naprawde? - szczerze zdziwil sie Klaudiusz.

Kobieta zaczerpnela powietrza. Zamilkla na chwile.

- Wiesz... Byloby mi latwiej, gdybysmy jednak pozostali w ramkach etykiety.

Latwiej - nie zawsze oznacza lepiej, chcial powiedziec Klaudiusz. Ale znowu sie powstrzymal, nie pozwolil jezykowi na dwuznaczna wypowiedz. Jeszcze sobie Fedora pomysli, ze jest madrzejszy, niz jest naprawde...

Usmiechnal sie krzywo, kobieta napiela miesnie.

- Mozemy wrocic do tych ramek - powiedzial pojednawczo.

Fedora odwrocila sie:

- Za pozno... Teraz bede sie czula urazona.

Zelazny charakter, umysl zmii i wrazliwosc nieladnego nastolatka. Nie, nigdy i w niczym nie potrafil jej pomoc, i zapewne nigdy nie pomoze.

- Jak sadzisz, po co tu przyjechalem?

Znowu napiecie w pieknych zimnych oczach. Niemal lek, a moze to zludzenie spowodowane brakami swiatla?

- Klaudiuszu - rzucila szybko. - Klaw...

Po raz pierwszy wymowila jego imie. Pospiesznie i jakos tak, ze zabrzmialo, jakby zostalo zwiniete w klebek, jakby chciala je szybciej wyrzucic z ust, obawiajac sie oparzenia.

- Klaudiuszu, mamy spore klopoty... Ja, Mawin, wszyscy...

- Tak?

- Tak... Latem statystyka zgonow w okregu tradycyjnie wzrasta. Wypadki w gorach, w wodzie... Zatrucia, bojki mlodziezowych grup... Ogromny naplyw turystow... i jest bardzo trudno okreslic, kiedy powodem smierci jest wiedzma. Ale... w ciagu ostatnich dwoch tygodni skazalismy dziesiec osob. Wyroki nie zostaly jeszcze wykonane...

Klaudiusz milczal. Fedora denerwowala sie. W calej historii Inkwizycji dzialajace w niej kobiety mozna bylo policzyc na palcach. Obu rak i jednej nogi. Na tego typu stanowiskach kobiety, z reguly, wyrozniaja sie okrucienstwem i nieprzejednaniem - w duszy Fedory byly wystarczajace zasoby i jednego, i drugiego. Ale teraz byla zdenerwowana i Klaudiusz nie chcial jej przerywac.

Вы читаете Czas Wiedzm
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату