- Nie... brzydzisz sie? Nie jestem wstretna?

Prow przygladal sie jej tak dlugo i uwaznie, ze wlasciwie powinna byla wlezc pod pled.

- Boisz sie mnie - powiedzial przesuwajac palcem po dolnej wardze. - A czy ciebie ktos sie kiedys bal?

Iwga siorbnela nosem.

Prow poruszyl sie i nagle mocno przycisnal do tapczanu pasmo wlosow, a Iwga poczula, ze Prow pachnie mieta. Nie mietowa pasta do zebow, nie mieta gumy do zucia.

- Zaraz zemscimy sie na twoim... tym profesorskim synku - jego reka delikatnie uwolnila pasmo wlosow. - Wlasnie teraz... To glupiec, prawda?

- Prawda - szepnela, wpatrujac sie z zamierajacym sercem w czarne oczy z nieruchomymi zrenicami.

- Zaplacze, kiedy sie dowie, jak sie zemscilismy?

- Zaplacze... - powtorzyla Iwga szeptem.

I zobaczyla blada twarz Nazara, z zacisnietymi ustami. I to bylo powazne.

- Ale ty przeciez... chyba jestes zmeczony... po dyzurze... - powiedziala cichutko, spazmatycznie wczepiajac sie we wlasne niezdecydowanie.

- Juz odpoczalem. Idz, nakarm rybki... Wez zielony recznik. Karma jest w pudeleczku obok lustra...

Rybki chciwie pochlanialy pokarm.

Drzwi do lazienki nie mialy zamka, pozostala po nim tylko dziura. Iwga nie wiadomo po co wlozyla wen palec i pokrecila nim. Niby czego sie boi... Przeciez to nie egzekucja. Nie idzie na smierc. Nie w krag tanczacych cugajstrow, nie do plastykowego worka z metalowym eklerem... Nie w piwnice inkwizycji. Nie do dusznego biura, gdzie rejestruje sie wiedzmy, a sam ten akt, jak powiadaja, jest przeohydny...

A wlasciwie, Nazarze, czegos ty oczekiwal? Widzisz, jaki mam niewielki wybor. Nie chce ani do rejestracji, ani na stos... Na ulice tez nie chce. Chociaz... Panowie, wstapcie do naszego egzotycznego burdelu „Sabat w lozku”. Seks na miotle, panowie, bedziecie zachwyceni, spedziwszy wolny czas z naszymi temperamentnymi wiedzmami...

Stesknila sie za goraca woda. Zarliwie zdrapywala z siebie noce spedzone w poczekalniach, zmywala won metra i namolny zapach dezodorantu rowniez - miala go dosc. Ile mozna uzywac tego samego, od trzech dni? Musi sobie kupic inny, nawet gdyby miala wydac ostatnie pieniadze. Ale kupi, i to dzis, dzis...

Usilowala zedrzec z siebie skore. Zeby ja zmienic, jak zmija. Odnowic sie, odrzucic niepotrzebne, poprzednie, bezbarwne i dziurawe zycie. Jak stara ponczoche. I, na przyklad, bez ogladania sie na cokolwiek, pokochac dobrego czlowieka Prowa...

Bez ogladania sie. Na te dobe, co mu zostala do nowego dyzuru.

Ekler na plastykowym worku. Ekler, ekler, czerwone rybki, chciwie chwytajace grudki przenikliwie pachnacej karmy. Straszne resztki niawki na wydeptanej trawie. Strugi goracej wody...

Prow delikatnie zastukal do drzwi:

- Nie utonelas tam przypadkiem? Czy moze te piranie cie pozarly?

Zielony recznik mial wielkosc przescieradla. Iwga stala przed Prowem, owinieta niczym pomnik na sekunde przed otwarciem. Mocno zaciskala w opuszczonej rece wilgotne od pary ubranie.

- Poczekaj - Prow wszedl do lazienki, w marszu rozpinajac spodnie. - Ja tez je nakarmie...

Przez kilka chwil Iwga stala w ciemnym przedpokoju, wsluchujac sie w szum plynacej wody.

* * *

Przybyli na stadion pol godziny po rozpoczeciu koncertu, kiedy trybuny na calego byly rozspiewane i rozklaskane, kiedy tlum usilujacy przedostac sie za ogrodzenie bez biletu, juz troche sie rozplynal, a samo ogrodzenie, szpaler chlopakow w mundurach, juz z lekka sie rozluznil i przestal zloscic. Nad boiskiem plywaly kolorowe dymy, a przeszywaly je, nicowaly, nurkowaly w nich i wynurzaly sie mocne promienie zarliwych reflektorow.

- Nigdzie nie pojdziesz - powiedzial Klaudiusz do Fedory.

W mikrobusie, wypelnionym uzbrojonymi ludzmi, bylo nienormalnie cicho. Jak w sali rozpraw, sekunde przed ogloszeniem wyroku. Jak w szpitalu...

- Patronie - Mawin odkaszlnal, na szklach jego okularow mignely bliki. - Wielki Inkwizytor nie... to nie sa dzialania operacyjne. Lokalna operacja na moim odcinku, za ktory odpowiadam ja i tylko...

Klaudiusz skinal glowa na znak zgody. Odczekal, az Mawin odetchnie z ulga i oswiadczyl zimnym, oficjalnym tonem:

- Majac na uwadze nadzwyczajna sytuacje uwazam swoj osobisty udzial za usprawiedliwiony i wlasciwy dla dobra sprawy. Grupa operacyjna - przyjrzal sie obecnym w mikrobusie - przechodzi pod moje bezposrednie rozkazy. Niech zginie zlo...

Mawin milczal. Klaudiusz stal przed nim przez sekunde - by utrwalic efekt - potem otworzyl drzwi i wyskoczyl na asfalt.

Plac przed stadionem byl zasmiecony do absurdu. Przestepujac przez zmiete plastykowe kubeczki, urywki

gazet i kolorowe skorki jaskrawych poludniowych owocow, Klaudiusz ruszyl na obchod ogromnej murowanej misy, misy pod wieczornym niebem, talerza wypelnionego wrzacym ludzkim warem...

War. Zupa. Spoznil sie?!

Od strony sceny widnialy trzy kordony. Pierwszy tworzyly grupki nie majacych nic do roboty wielbicieli, ponuro patrzyli ochroniarze, obwieszeni kaburami, jakby na pokaz. Na widok Klaudiuszowej oznaki straznicy rozstepowali sie - troche wystraszeni, jak tlumek wiejskich dzieciakow.

Nad stadionem szalala piosenka - i chyba nawet nienajgorsza, szkoda, ze Klaudiusz nigdy nie odczuje jej uroku. Tak jak chirurg podczas spektaklu baletowego, widzacy zamiast tanca tylko napiete miesnie i pracujace sciegna, Klaudiusz slyszy teraz zamiast muzyki natretny halas, gluche rytmiczne uderzenia. Arytmiczne wzgledem serca. Przeszkadzajace w koncentracji.

Nie zatrzymujac sie, wyciagnal prawa reke w bok i w dol. Ci co ida za nim, na pewno nie sa dyletantami. Och, jak dawno juz nie zdarzalo mu sie brac czynnego udzialu w operacji, jak dawno...

Drugi kordon, w cywilu. Magiczne dzialanie migoczacych inkwizytorskich odznak, zdziwione twarze. Jakies dziewczyny z grupek choreograficznych, na pol nagie, w przezroczystych szortach na gole cialo. Damulka w dlugopolej marynarce, z profesjonalnie twardymi zmarszczkami w kacikach zacisnietych ust:

- O co chodzi, panowie? Wy...

- Prosze zachowac spokoj. Najwyzsza Inkwizycja.

Trzeci kordon. Byczysko, ktore ma w nosie odznaki i dobre zachowanie. Klaudiusz nie chcialby brudzic sobie nim rak wlasnie w tej chwili, kiedy coraz wyrazniej i lepiej wyczuwa wiedzme. Tam, za zamknietymi drzwiami...

- Co to jest?! Stac, z powrotem!

Byczysko wymachuje czyms... Chyba to pistolet. Takiemu wystarczy rozumu, zeby wystrzelic... A w takim tlumie...

Klaudiusz usunal sie w bok. Niech bykami zajmuja sie ci, co maja to wpisane w zakres obowiazkow sluzbowych; on, Wielki Inkwizytor, wyczuwa wiedzme. Zapomnial juz, ze wiedzmy nie rodza sie w celach przesluchan, gotowiutkie, w dybach, nie pamieta juz, jak wyglada dobra wiedzma na swobodzie...

Nie dotykal klamki. Po prostu dal znak - ktorys z tych, co szli za nim, skoczyl jak wiewiorka i uderzyl w drzwi ramieniem. Ustepujaca z latwoscia sklejka, a taka niby na oko odporna...

Grzmot. Wysoki okrzyk, wszystko ginie w rytmie trwajacej i ciagnacej sie piosenki.

Wspaniale pomieszczenie. Na aksamitnych kanapach malowniczo porozrzucane jakies szmatki; glebokie zwierciadla poslusznie odbijaja niekonczacy sie rzad lamp. Kobiety sa dwie - jedna kleczy w kacie, zaslaniajac oczy rekami, druga zamarla nad oparciem obrotowego krzesla, a w reku trzyma kasetke z przyborami do charakteryzacji, a oczy...

Klaudiusz cofnal sie. Mial wrazenie, ze dwa niewyobrazalnie dlugie, ostre ostrza jednoczesnie przeszywaja jego szyje pod uszami. Stojaca przed nim wiedzma byla niewyobrazalnie silna. Potwornie.

- Wracaj, inkwizytorze.

Znowu wysoki okrzyk. Krzyczy ta kobieta, co kleczy w kacie.

- Wracaj. Albo na trybunach znajdziesz wiele, mnostwo parujacego miesa.

Klaudiusz milczal. Nie bylo sensu i czasu marnowac sily na rozmowy.

- Slyszysz mnie, inkwizytorze?..

Piosenka urwala sie.

Efektownie, w locie i na wysokiej nucie, gwaltownie, jak ustrzelona. Stadion eksplodowal oklaskami i w tym momencie Klaudiusz skoczyl. Starz uderzyl w twarz umiejetnie wycelowanym promieniem strachu - panicznego, przyprawiajacego o mdlosci. Zdazyl wysunac przed siebie rece, zrenice wiedzmy zrobily sie pionowe, jak u kota.

- Wra... caj...

Znowu lawina strachu - jak uderzenie bicza. Ale juz slabnacego bicza, gotowego wypasc z rak.

- Wracaj... inkwizytorze...

W jej reku matowo blysnal metal. Srebro. Wygiety jezyk srebra.

Westchnienie. Wiedzma odchylila sie do tylu - z gracja, pieknie w swoisty sposob; potem gwaltownie zgiawszy sie w pol, rzucila sie na podloge.

Uderzenie rekojesci o parkiet. Koniec.

Ta, co kleczala w kacie, cicho zaskowytala. Tam, na gorze, na scenie, gwaltownie uderzyla muzyka i rytmicznie zaczelo belkotac kilka dziewczecych niewyksztalconych glosow.

Klaudiusz gestem powstrzymal ludzi, stojacych w progu. Podszedl do lezacej wiedzmy. Przejechal nad nia dlonia, jakby chcac ja poglaskac, ale jednoczesnie nie decydujac sie ten gest. Reka nic nie wyczula - jakby parkiet byl pusty.

Klaudiusz chwycil lezaca za ramie i z wysilkiem odwrocil na plecy.

Krew wiedzmy wygladala jak czarna dekarska smola. Klaudiusz dopiero teraz zrozumial, ze lezaca ma na sobie szlafroczek charakteryzatorki. A spomiedzy dwu kuszacych kieszonek na piersiach wystaje rekojesc

srebrnego rytualnego kindzalu, darujacego blyskawiczna i gwarantowana smierc. Wspanialy los kazdej wiedzmy. Wielkie odejscie.

- Co sie tu... panowie... wy...

Klaudiusz odwrocil sie. Odsunal lokciem spocona, wystraszona gwiazde, bliska paniki na progu wlasnej charakteryzatorni. Jak powiedziala nieboszczka? „Znajdziesz wiele, mnostwo parujacego miesa”?

Wiedzma-bandera, prorokini. „Odnica, okreg Odnica, tak, tak, tak!..”

Co ona jeszcze wieszczyla?

Za drzwiami, przed frontem wystraszonego tlumu organizatorow i obslugi stal kurator Mawin, a oczy jego plonely zimno i drapieznie.

(DIUNKA. KWIECIEN)

- No to gdzie was podwiezc, chlopaki?

Pasazerow bylo dwoje. Chlopak, chyba szesnastoletni i dziewczyna owinieta w dlugi czarny plaszcz; podniesiony kolnierz zakrywal jej twarz az po oczy.

Вы читаете Czas Wiedzm
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату