- W ostatnim miesiacu, patronie, poziom zainicjowanych wiedzm wzrosl srednio dwukrotnie... „Studnie” - siedemdziesiat piec, osiemdziesiat... Niebywala... agresywnosc... I zlacza. Tego wczesniej nie bylo, kazda wiedzma dzialala samotnie... Teraz...

- Dlaczego wiec kurator Mawin nie przeslal sprawozdania do Wizny? - zaszelescil Klaudiusz jednym z najstraszliwszych ze swoich glosow.

I poczul, jak zdretwiala, jak odsunela sie Fedora.

- On... Najpierw myslelismy, ze to jakas pomylka. Potem, ze to nasze niedopatrzenie, ze gdzies cos przegapilismy i teraz pijemy nawarzone piwo... Wiadomo jak to jest... meldunek o wlasnej niekompetencji...

- Wszystko rozumiem - powiedzial Klaudiusz zwyczajnym glosem. - Nie mow Mawinowi o naszej rozmowie. Niech sam mi to opowie.

Samochod zatrzymal sie przed slabo oswietlonym budynkiem - zabytkiem architektury. Najstarszy i najladniejszy Palac Inkwizycji w kraju.

- Klaw...

Poczul, ze trzyma go za rekaw.

- Klaudiuszu... Czy ty to wszystko rozumiesz? Co sie dzieje? Powstrzymasz to, prawda?

Otworzyly sie drzwiczki. Szofer schylil glowe w pelnym szacunku uklonie, zapraszajac dwoje inkwizytorow do wyjscia.

Nieprzyjemnie zaskoczony jej slaboscia, chcial odpowiedziec cos uspokajajacego i zarazem nieokreslonego - ale w tym momencie nocy jakby rzucila spojrzenie zwezonych oczu nieboszczka Magda Rewer. Z ktorej splywal platkami jej pomiety urzedniczy garnitur...

Widzial Fedore naga. Taka, jaka ja pamietal - ciepla i kobieca, z ciezkimi kraglymi piersiami, z przesadnie wybujalymi wedlug dzisiejszych wzorcow biodrami; na prawym ramieniu ma pieprzyk, ze sterczacym hardo czarnym wloskiem. Jedrnym jak antenka...

Samiec, uliczny napalony kundel! Na oczach dwoch poddanych!..

- Wysiadaj - powiedzial gwaltownie. Zbyt gwaltownie, Fedora szarpnela sie, ale Klaudiusz juz nie zamierzal zacierac niezrecznosci. Jego walka ze soba trwala dluga minute i kosztowala go kilka nowych siwych wlosow - dobra, teraz bedzie twardy. Z Fedora rowniez, i... z nimi. Kamratkami Magdy Rewer. Bez wzgledu na to, ile sie ich odkryje w blogoslawionym okregu Odnica.

(DIUNKA. LUTY-MARZEC)

Tydzien przed zakonczeniem zimy wyblagal od przyjaciela uprawiajacego wioslarstwo klucze od domku w bazie sportowej.

Pod sufitem palila sie zarowka w abazurze z pajeczyny, a ciala zdechlych much rzucaly na sklejke scian nieproporcjonalnie duze cienie. Do czerwonosci rozpalily sie spirale elektrycznego kominka, w kacie lezala pomaranczowa sterta kapokow, a wzdluz scian w szyku, jak wartownicy, staly ladne lakierowane wiosla. Klaw siadal na wygniecione lozko i czekal.

Nie wiedzial, skad sie pojawi. Przychodzi przez granice czy kryje sie w lozinach? Czy, byc moze, pod woda?

Drewniane stopnie starego domku cicho skrzypialy pod jej bosymi stopami. Slyszac to skrzypienie, za kazdym razem czul slabosc graniczaca z omdleniem. I jeszcze ten odglos spadajacych kropel - kap... kap...

Otwieraly sie skrzypiace drzwi. Diunka stala w progu, a mokre, nieuczesane wlosy opadaly na jej ramiona. Z kosmykow-strakow splywaly przezroczyste strumyki wody. Metnie polyskiwala wezowa skorka stroju kapielowego...

Najpierw bylo to dla niego udreka. Plotl jakies bzdury, usilujac paplanina pokryc strach i meczacy dyskomfort. W takich chwilach Diunka milczala, leciutko usmiechala sie i smutnie, ze zrozumieniem kiwala glowa.

Potem troche sie uspokoil. Przyzwyczail sie, zaczal naprawde czekac na randki - juz nie na uginajacych sie kolanach, bez oslupienia i koszmarow sennych. Diunka poweselala i wtedy uwierzyl w koncu, ze wrocila.

On mowil, ona sluchala. Wszystkie rozmowy byly takie o niczym; czasem kladla mu na ramieniu zimna dlon, a on zaciskal zeby, starajac sie nie drzec. I bral jej reke w swoja dlon. A jej reka z lodowatej stawala sie nagle goraca i Klaw dotykal jej ustami. I mruczal, jak zaprogramowany: „Diunko, ja nikogo poza toba... Diuneczko, czy nie moglabys wrocic calkowicie... Chodz ze mna, bedziemy mieszkac w miescie, jesli chcesz, to rzuce liceum...”

Ona milczala i usmiechala sie zagadkowo. Ni to „tak”, ni to „nie”...

A potem odchodzila, przykladajac palec do warg - ksztaltna postac, personifikacja wiecznego milczenia. A on zostawal sam w pustym pokoiku, przemierzal go z kata w kat, liczyl do stu; potem wychodzil na zewnatrz, wyciagal spod schodow wylysiala miotle i starannie zamiatal sciezke, poniewaz gdzieniegdzie na sniegu, na zamarznietym piasku widoczne byly slady bosych stop. Dalej, pod trzcinami, slady znikaly; Klaw odpoczywal, patrzyl na gwiazdy, potem bral na ramie swoja sportowa torbe i szedl do autobusowego przystanku, zeby za dwa dni przyjechac znowu...

Julek Mitec z milczaca aprobata przygladal sie zmianie w zachowaniu sasiada. Klaw w koncu znalazl sobie dziewczyne - dobra, stala, porzadna, nie to co Linka wedrowniczka; Julek powaznie uwazal siebie za odpowiedzialnego za wyleczenie druha - w koncu kto tak dlugo i nienatretnie nakierowywal go na taki pomysl. Nie nadaremnie poznal Klawa z piekna Mira, swoja wlasna byla przyjaciolka i niechby nawet z Mira nie wyszlo, ale w koncu znalazl chlopak dla siebie przystan!

Jedyne, co sie nie podobalo dobrodusznemu Julkowi to ciagly zapach tytoniu, na stale juz obecny w ich pokoju. Klaw dymil z moca kombinatu chemicznego. Tanie smierdzace papierosy.

Wczesna wiosna Klaw skonczyl siedemnascie lat. Chroniczne napiecie, milosc, radosc i tajemnica, stale noszone w zakamarkach duszy i pamieci, powodowaly, ze stal sie niezmiernie interesujacym obiektem dla wszelkich dziewczyn. Julek pomrukiwal, odnajdujac pod drzwiami pokoju kolejne kokietujace poslanie. Klaw tylko sie usmiechal kacikami ust, a kochajacy zycie dobroduszny gamon Julek krecil z podziwu glowa, widzac taka wiernosc. Patrzcie go, jaki trwaly w milosci, na bok nie skoczy i nawet tam nie zerknie!..

* * *

Mial na imie Prow, na czystej klatce schodowej przed waskimi drzwiami jego mieszkania pachnialo kurzem i zimnym dymem papierosowym. Iwga przygryzla warge - ten zapach i wzor na obiciu drzwi, i na dodatek wygieta klamka, przypomnialy jej ten dzien, kiedy Nazar po raz pierwszy przyprowadzil ja do swego miejskiego mieszkanka. Jakby czas, znecajac sie nad nia, wykonal petle i wszystko, co sie kiedys Iwdze przydarzylo, teraz sie powtorzylo, jakby w krzywym, wynaturzonym zwierciadle.

- Wejdz.

W przedpokoju panowal inny zapach - klej, mydlo i jeszcze cos, cos nieokreslonego. Iwga przelknela sline.

- Chcesz kawy?

Na mysl o kawie Iwga wstrzasnal dreszcz. Wszystkie te kawiarnie z jednakowymi bialymi filizankami, ciemna ciecz na dnie, spojrzenia stalych bywalcow - z ukosa i masliste...

Herbaty bym wolala albo mleka, pomyslala z tesknota, ale wargi nie chcialy sie rozkleic, wiec tylko pokrecila glowa.

- Glodna jestes?

Skinela pospiesznie, nawet pozadliwie.

- No to usiadz sobie i odpocznij... Odetchnij, mozesz sobie obejrzec obrazki...

Przez jakis czas tepo wpatrywala sie w zakurzona pileczke tenisowa, wystajaca zza nozki szafy, potem odkryla, ze siedzi na samym koniuszku miekkiego fotela, ciemnofioletowego, z wytartymi lekko podlokietnikami. Potem granice swiata rozsunely sie i zobaczyla niski stolik ze sterta czasopism, tapczan przykryty futrzastym pledem i prostokacik slonecznego swiatla na podlodze. Po granicy swiatla i cienia, dokladnie po terminatorze szla niewielka domowa mucha.

Iwga westchnela; mucha wystraszywszy sie jej ruchu wzleciala pod sufit i zaczela fruwac wokol bialego plafonu, na ktorym Iwga dojrzala ukosem przyklejone ogloszenie z gazety: „Ogrod zoologiczny zaprasza do pracy na stanowisko stroza i sprzatacza tylnej czesci na wybiegu sloni, wynagrodzenie do uzgodnienia...”

Iwga oblizala spieczone wargi i rozejrzala sie juz swiadomie. Sloneczny promien wpadal przez przesloniete muslinem okno - na parapecie stala doniczka, z ktorej wyrastala styropianowa palma z gumowa malpka, przyklejona do pnia. Na czubku palmy lezala, jak na spodeczku, naderwana paczuszka papryki.

Iwga usmiechnela sie slabo. Prow pogwizdywal w kuchni, szelescila woda lejaca sie z kranu, cicho brzeczaly naczynia, wszystkie te zwyczajne, domowe odglosy spowodowaly, ze Iwdze zakrecilo sie w glowie.

Przez jakis czas siedziala po prostu, opierajac sie plecami o fotel, z zamknietymi oczami. Kto by pomyslal, ze odglos cieplej wody w kuchni posiada taka hipnotyczna sile. Ciche kroki, brzek naczyn, sloneczny promien na podlodze... To jest realne. To jest teraz. Nie ma niawek ani inkwizycji, ani przeszlosci, ani przyszlosci - szmer wody i zapach smazonego miesa, jej zycie trwa i trwa, poki trwa poranek...

Usmiechnela sie nieco pewniej. W slonecznym promieniu wirowaly drobiny kurzu, pstre tapety wydawaly sie jeszcze bardziej pstre z powodu zestawow tu i tam przyklejonych zdjec, obrazkow i wycinkow z czasopism. Iwga odepchnela sie rekami i wstala.

Zimowe lodowisko, na lodzie tanczy kobieta, odziana tylko w buty z lyzwami i czerwony szal na szyi. Rozowa swinka z niepodrabialnym sceptycyzmem na pysku wpatrujaca sie w ekran malego monitora. Prow, opalony, w wylenialych kapielowkach, wierzchem na kozle gimnastycznym stojacym w wodzie. Nastepne zdjecie - ten sam koziol, na nim czworo, trzej mezczyzni i dziewczynka, dwunastoletnia moze, trzymaja w wyciagnietych rekach ogromnego pytona, tak na oko sadzac - zywego i prawdziwego...

Kacik zdjecia byl starannie przekluty igla. Na nitce wisial niebieski bilet autobusowy, plastykowe kolko, wreczane uczniom za zwyciestwo w jakims konkursie i paczuszka lemoniady w proszku. Talizmany majace sens tylko dla ich posiadacza...

Morski brzeg. Na poly wyschniety i rozsypujacy sie zamek z piasku, na progu siedzi smutny piecioletni chlopczyk, golutki, na glowie ma kolpak maga i lunete na kolanach...

Troje, stojacy w szerokim trojkacie. W jego srodku...

Iwga odsunela sie, ale juz nie potrafila oderwac spojrzenia.

W srodku trojkata lezala na trawie kobieta z dziwnie zdeformowanym cialem. Z twarza zapadnieta w glab czerepu, z wylazacymi na wierzch oczami. Nadmuchiwana zabawka, z ktorej uszlo powietrze.

Przez jakis czas Iwga walczyla ze soba - chciala odetchnac, ale powietrze nie wchodzilo jej do pluc, jakby w gardle miala czop ze sklebionej waty. Miniona noc nie zniknela. I nie zniknie.

Nastepne zdjecie - zaskakujaco duze, szerokoformatowe. Starszawy pan na asfalcie, w kaluzy krwi. Przyczepiona spinaczem zolta sluzbowa metka - „smierc nastapila... w wyniku upadku z wysokosci... jako nastepstwo kontaktu z niawa...”

Mezczyzna w srednim wieku w mokrym dresie, na pokrywie kanalu. „Smierc nastapila... w wyniku utopienia... jako nastepstwo kontaktu z niawa”.

Wanna, wypelniona ciemnobordowa woda. Zolta twarz - nie da sie powiedziec - chlopiec czy krotko ostrzyzona dziewczyna. „Smierc nastapila... w wyniku kontaktu z niawa...”

Niedzwiedz, grajacy na lutni. Cos jasnego, letniego, jakies pilki i namioty, smiejace sie dzieci, fontanny bryzg...

- Dosc tego patrzenia. Chodzmy na sniadanie...

Prow stal za jej plecami. Iwga odruchowo drgnela; szeroka twarda dlon uspokajajaco legla na jej talii:

- Cicho, cicho... Zaraz dostaniesz miksturki. Bo jakas nerwowa jestes ponad miare... Nerwowa wiedzma to smutne. To jak krokodyl-wegetarianin.

Oslabiona i pokorna, poszla za nim do kuchni. Na polyskujacym biela stole z dwoch talerzy ulatywal miesny aromat, mieso obramowane bylo krazkami pomidorow.

- Myjemy rece...

W lazience, na prawo od wielkiego lustra, zobaczyla malutkie akwarium. Na piaszczystym dnie lezala peknieta amfora, kilka rzecznych muszelek i prezerwatywa w opakowaniu. Dwie czerwone rybki obojetnie przeplywaly na tle tabliczki: „W razie koniecznosci rozbic szklo mlotkiem”.

* * *

- W ostatnim czasie przestalem je rozumiec. - Kurator Mawin czwarty raz w ciagu ostatniej minuty zdjal okulary, zeby przetrzec szkla. - One stracily... moze nie ostroznosc, ale poczucie miary.

Вы читаете Czas Wiedzm
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату