- Pasaz Pokoju? Ho-ho, o tej porze w centrum sa takie korki...

- My sie nie spieszymy.

Samochod bez pospiechu lykal kilometry. Klaw siedzial, wcisniety w skorzane oparcie kanapy, mocno zaciskajac w dloni zimna reke Diunki.

Teraz wszystko bedzie inaczej. Nie pozwoli, by ktos na nia polowal, nie odda jej nikomu. Wizna to wielkie skupisko ludzkie - nie pusta baza wioslarska, niech ktos wysledzi w milionie tropow ten jeden jedyny slad Diunki...

Wynajal mieszkanie w centrum. Wypatroszyl w tym celu utajnione konto, na ktore od trzech lat skladal pieniadze, by zrealizowac marzenie i kupic sportowy samochod. A wynajal klitke na pietnastym pietrze ciasnego jak ul budynku, gdzie nawet sasiedzi widuja sie od przypadku do przypadku i nie poznaja... Teraz on i Diunka beda mieli prawdziwe spokojne zycie. Takie, jakby nic z tamtych rzeczy sie nie wydarzylo...

Drgnal i mocniej zacisnal palce na dloni Diunki. Bal sie. Bal sie o Diunke - ale, co za koszmar, Diunki bal sie rowniez. Jego umysl usilowal i nie potrafil zwalczyc tej sprzecznosci: Diunka umarla... Diunka wrocila... Ona jest w grobie... Jest martwa i jednoczesnie siedzi tuz obok...

Wysilkiem woli zabronil sobie o tym myslec. O zyciu nie wolno myslec zbyt duzo, bo odechce sie tego zycia. Nie bedziemy przewidywali nieszczesc, bedziemy rozwiazywali problemy w miare ich wystepowania...

Na plecach Diunki pojawila sie plama wilgoci. To mokry stroj przebijal przez cienki plaszcz...

- Nie zimno ci?

Przeczacy ruch glowy. Teraz nigdy nie jest jej zimno. I palce ma zimne, jak zima...

Jakby wyczuwajac jego nastroj, odwrocila lekko glowe. Scisnela jego dlon, odrobine tylko:

- Klaw... Nic... opuszczaj... mnie.

* * *

Pokoik byl wielkosci autobusu. Nad ulica zawisl balkon, polokragly, z nierowna zardzewiala porecza. Klaw, gdy tylko wyszedl zapalic, od razu poczul zawrot glowy - pod nogami, w odleglosci czternastu pieter, plynely sobie na spotkanie dwa geste strumienie - polyskujacy metal, kolorowe swiatla, rozdraznione, bijace w niebiosa klaksony... I - brak nocy, tylko brudnawe, nienaturalne swiatlo.

Diunka siedziala na wygniecionym tapczanie. Zrzucila juz plaszcz i znowu byla w przekletym wezowym stroju.

- Zdejmij go - poprosil Klaw szeptem. - Wiesz co... spalmy go?

Wbrew oczekiwaniom poslusznie skinela glowa. I zsunela z ramienia ramiaczko. I drugie rowniez; Klaw patrzyl, nie domysliwszy sie, ze powinien sie odwrocic. W tym zyciu nie widzial Diunki nagiej. I nie moze teraz ocenic, zmienila sie od tamtej pory czy nie.

Jej piersi wydawaly sie biale w porownaniu z reszta ciala. Ach tak, opalenizna przeciez... Nie brazowa, a popielato-szara. Albo moze myli swiatlo, dochodzace z zewnatrz?

Diunka podniosla sie, sciagajac zmija tkanine z bioder. Klaw mial ochote zamknac oczy. Stroj zmienil sie w brudna szmatke, skrecony powroz na jej kolanach.

Klaw poczul fale goraca. Odruchowo dotknal klamry wlasnego paska; Diunka zrzucila stroj na podloge i wstala:

- Klaw...

Wlosy na jego glowie stanely deba. Niemal krzyknal - tak ostro starly sie w nim dwa nowe, jednakowo silne, jednakowo bezlitosne doznania.

Ukochane cialo. Jego dziewczyna. Jego kobieta. Pierwsza...

Mokre wlosy-sopelki. Lodowate dlonie. Bose slady na zamarznietym piasku. Duszna won kwiatow na grobie i jej twarz - ta sama! W ramce pogrzebowego portretu...

Widzial ja w trumnie. Jak teraz...

- Klaw... nie... wypedzaj... mnie...

- Nie wypedze - wydusil z siebie. - Ale...

- Nie boj sie... Klaweczku, nie boj sie... Przeciez cie kocham... Obejmij mnie, bo ja tak dlugo...

Wbil zeby w dolna warge tak, ze po podbrodku pociekla ciepla struzka krwi:

- Diuneczko, nie teraz...

- Klaw. Klaw...

Nie moge, pomyslal bezsilnie. Nie... moge.

Diunka stala obok, a jej rece byly zimne jak rybki. Jakby zbyt dlugo tkwila w rzecznej wodzie.

I tak bylo, dlugo. Ach, jak dlugo...

Zmusi siebie i uwierzy, ze czas cofnal sie o dziesiec miesiecy. Ze dzis jest upalny czerwcowy dzien, ze jutro ma egzamin, ze Diunka po prostu zbyt dlugo sie kapala i po prostu przemarzla. Zmusi siebie i zapomni o pogrzebowej procesji i o tym potwornym kwiatowym zapachu. Zapachu cmentarnej gliny... Zapomni. Zaraz.

- Klaw...

- Zaraz, Diuneczko. Zaraz...

Ten pocalunek mial posmak krwi z przegryzionej wargi.

- Klaweczku...

Zacisnal wargi. Juz wiedzial, ze sie zdecyduje.

Rozdzial 4

Telefon szlochal dlugimi sygnalami. Telefon zalosnie blagal: podejdz do mnie, no podejdz... Podnies sluchawke, to jest takie wazne, od tego zalezy ludzkie zycie...

Nazar nie slyszal. Nazar wyszarpnal wtyczka telefonu z kontaktu, zostawil w swoim swiecie cisza i spokoj. A moze po prostu spal.

Iwga opadla na wilgotna lawke.

W przedpokoju Prowa stal telefon. Na malym stoliku i Iwdze wystarczylo sil, by odwrocic stolik, postawic go w poprzek. Jednym rogiem zaprzec o drzwi do lazienki, drugim o przeciwlegla sciane... Ciasne bylo to mieszkanko Prowa. Waski korytarzyk.Tam rowniez, w przedpokoju, nalozyla wilgotna bielizne. Polykajac lzy, wbila sie w dzinsy i sweter. Nie zawiazujac sznurowadel na butach, wypadla za drzwi; odglos plynacej za drzwiami wody ustal. Iwga zachlysnela sie strachem - niemal tak, jak wtedy, na nocnym pustkowiu, wsrod nieruchomo czerniejacych wagonow.

Uciekla. Torba walila ja po tylku, jakby poganiajac, dodajac ochoty; na drozce przed domem prysnelo przed nia na boki stadko dzieciakow. Staruszek z torba z zakupami ledwo utrzymal sie na nogach; wskoczyla w zamykajace sie drzwi autobusu i przez piec przystankow bala sie, ze Prow ja dogoni.

Za co go tak urzadzila? Co on jej zrobil, przeciez nic zlego?

I co bedzie, jesli rzeczywiscie ja odnajdzie? Jesli zacznie szukac...

Och, na pewno zacznie. Takich rzeczy nikt nie wybacza. Zwlaszcza Prow.

Gdyby tylko ten Nazar odebral telefon. Iwga nie milczalaby do sluchawki - juz dojrzala, zeby mowic. Zeby unizenie pytac, tez dojrzala. Zeby wynajac sie tacie-swiekrowi... tfu, bylemu tacie- swiekrowi, profesorowi Mitecowi... Wynajac sie jako gosposia. Slubu nie bedzie, to wiadomo. Ale Iwga juz nie jest dumna, nie jest honorowa, w ogole juz nie jest... Jesli Nazar nie zechce kochac wiedzmy, to niech przynajmniej ja obroni. Niech bedzie... tolerancyjny... wobec wiedzmy...

Szybkie spojrzenie przechodzacej obok kobiety chlasnelo jak policzek. Litujace sie i jednoczesnie pelne obrzydzenia spojrzenie, podarowane mlodej wloczedze z mokrymi wlosami i czerwonym od lez nosem. Iwga poczula sie jak przyklejona do lawki slina. Obrzydliwa i oburzajaca z punktu widzenia higieny. Ciekawe, czy patrol policji, wolno maszerujacy wzdluz ulicy, nie zechce przepytac podejrzane dziewczynisko na okolicznosc dokumentow?

Iwga wyraziscie wyobrazila sobie siebie w rejestracji i podzielniku. Bezdomna bezrobotna wiedzma, nie znajdujaca sie w obowiazujacym prawnie wykazie, stuka piastka w biurko policyjnego kapitana: „W tej chwili dzwonie do Wielkiego Inkwizytora Wizny! Osobiscie! Natychmiast! A wtedy odpowie pan...”

Policyjny patrol zblizal sie, Iwga stlamsila odruch ucieczki. Wymacala w torbie notes, otworzyla na pierwszej lepszej stronie, zaglebila sie w badanie wlasnego brzydkiego pisma. Czlowiek jest zajety, czlowiek tylko na chwila przycupnal na parkowej laweczce, czlowiek jest abiturientem, ktory przyjechal z prowincji zdawac na studia; moze i lekko przetrzepana przez zycie, ale bardzo pilna uczennica...

Zezujac zobaczyla, ze ich cienie przeplynely o centymetr od jej sportowych butow. Przeplynely, ale nie zahaczyly, to dobry znak...

- Czego sie trzesiesz, glupia. Oni maja cie w nosie.

Na drugim koncu laweczki siedziala dziewczynka w sukience, przypominajacej szkolna. Obok emitowal apetyczna won wozek z goracymi sandwiczami.

- Zmienilabys image - poradzila jej Iwga przez zeby.

Dziewczynka uniosla brwi:

- Co?

- Wizerunek - Iwga wykrzywila sie z pogarda. - Kup sobie peruka i parasol... Albo wloz skorzana kurtka z nitami i skoluj motor. Mdli mnie od tych twoich „sandwiczy”.

Dziewczynka usmiechnela sie, wcale nie urazona:

- Obawiam sie, ze to ty bedziesz musiala zmienic wizerunek. Idz dzis sie zarejestrowac, pomoga ci wybrac swoj los. Podmiejska fabryka celulozy i ojcowski nadzor inkwizycji, calkowicie odpowiadaja twoim pogladom na zycie, czy nie tak?

Iwga milczala. Z waskich szczelin dziewczecych pozornie oczu, patrzyla na nia doswiadczona, drapiezna, madra istota.

- Czego ode mnie chcesz? - zapytala Iwga bezradnie.

Dziewczynka zmarszczyla nos:

- Mam ci opowiedziec, jak sie odbywa rejestracja? Najpierw kaza ci sie rozebrac do naga... Potem obnaza twoja dusze - bedziesz sie wywnetrzala chetnie jak nie wiem co, az sie zachlysniesz slowotokiem... Nagadasz co najmniej na duza-duza kasete... albo i niejedna. A potem przyjdzie taki lebas - dziewczyna drgnela, jakby pod wplywem uklucia bolu - z tych, co to... Markowy inkwizytor. I zacznie grzebac brudnymi lapami w tobie...

- Czy ciebie juz zarejestrowano? - zapytala Iwga.

Dziewczynka usmiechnela sie krzywo. Opanowala sie, zreszta - na dobra sprawe to nie tracila opanowania. Po prostu pozwolila sobie na troche emocji, zeby Iwga...

- Spadaj stad - poprosila Iwga szeptem. - Prosze. Dobrze?

Dziewczynka milczala chwile. Potem uniosla sie, wyciagnela z trzewi wozka sandwicz, starannie odgryzla kawalek, przyklejajac przy okazji na dolna warge kawalek zielonego piorka pietruszki.

- Zadziwia mnie, jak dlugo sie zastanawiasz... - Zielone piorko zniknelo, zdjete dlugim jezykiem. - Jak chetnie beltasz sie w tym gownie.

I, nie wypowiedziawszy juz ani slowa wiecej, wstala i ruszyla wzdluz ulicy. Krotka brazowa pola sukienki kolysala sie, co i rusz nurkujac pod coraz bardziej naciagniety workowaty, szary sweter.

Вы читаете Czas Wiedzm
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату