* * *

Wieczorem przyczepila sie do Iwgi para dziwnych metnookich mlodziencow.

Iwga pospiesznie przemierzala pustawa ulice, czujac za plecami ich przyklejone bezczelne spojrzenia; zeby im umknac, weszla do jasno oswietlonego sklepu; tam, wsrod wysokich polek i niespiesznie paletajacych sie klientow, chlopcy dogonili ja znowu, zatrzymali sie przy wejsciu nie kryjac wcale i zaczeli z pasja przegladac zawartosc stoiska z malo przyzwoitymi czasopismami. Od czasu do czasu jeden z nich rzucal na Iwge szacujace spojrzenie - jakby porownujac jej zalety z golym miesem na polyskujacych okladkach. Iwga

czula, ze ogarniaja wscieklosc, w koncu rzeczywiscie poczula zimny szal. Zacisnawszy wargi, poszla obok mlodziencow do wyjscia, poczula ich dziwny zapach. Ledwo wyczuwalny, slodkawy, mdlacy - nawet nie zastanawiala sie, czym byly nafaszerowane ich papierosy, dziwne, metne oczy przesladowcow przestaly robic na niej wrazenie. Napalone szmondaki...

- Hej, lisiczko!

Iwga drgnela. Tak czasem nazywal ja Nazar, teraz to czule imie zostalo spostponowane przez obca smierdzaca gebe.

Przyspieszyla.

- Lisiczko, nie pedz tak... Chcesz koniaczku?

- Poszedl won! - rzucila przez zeby.

Jej serce kolatalo sie jak wsciekle, a w ustach pojawil sie nieprzyjemny posmak. Znajomy smak leku.

Chwytliwe lapsko bolesnie chwycilo ja za ramie:

- Co to jest, ze byle suczka robi z siebie nie wiadomo co...

Iwga poczula, ze ciemnieje jej w oczach.

Dnie i noce hanby, ponizenia, ucieczki. Przed Inkwizycja jest bezsilna, cugajstrow sie boi - ale dlaczego kazde bydle...

To, co sie wydarzylo potem, pamietala kiepsko; noc puscila do niej oko z denka cisnietej pod lawke butelki i wygodna w uchwycie szyjka sama wskoczyla w dlon, i niczym bryzgi rozlecialy sie na boki odlamki:

- Poszli won!..

Chciala dodac jakies slowo, takie, ktore godnie okresliloby te pare - ale nie znalazla takiego. Najgorsze wyzwisko wydawalo sie w tym przypadku banalne i przasne, dlatego po prostu zrobila krok w ich kierunku, zamierzajac wypruc z obu flaki.

- A poszla ty, wiedzmo francowata...

W miare jak odchodzili od niej, cichly przeklenstwa, jakimi sie pocieszali. Slowo „wiedzma” nie bylo demaskujacym okresleniem, po prostu - jeszcze jedno slowo w lancuszku przeklenstw; nieliczni przechod-

nie, obserwujacy scene z oddalenia, ruszyli do swoich zajec. Iwga uslyszala albo sadzila, ze slyszy odlegly policyjny gwizdek. Popatrzyla na rozbita butelke w swojej dloni. Wygodny „tulipan” szczerzyl krzywe zeby odlamkow; Iwga rozejrzal sie w poszukiwaniu smietnika. Jakos wydalo jej sie bardzo wazne w tej chwili, by nie zasmiecac ulicy. Na szczescie kosz byl blisko, metalowa pokrywka uchylila sie poslusznie, a trzewia kubla z zadowoleniem polknely dar Iwgi.

„Jak chetnie beltasz sie w tym gownie”...

Po palcach splywaly czarne krople krwi. Jednak sie pociela.

* * *

Drzwi bramy byly zamkniete. Iwga dlugo stala przed nia, sluchajac, jak plynie rynsztokiem leniwa deszczowka.

Gdzie wychodza okna mieszkania numer cztery? Na plac Zwycieskiego Szturmu czy na podworze, gdzie mokna na deszczu dziecinne hustawki?

Jej zdecydowanie topnialo. Przekleta noc i przeklete chmury. Przeklety zamek w bramie, moze jeszcze za drzwiami urzeduje ochroniarz. Drzemie sobie, gapiac sie w maly telewizor, grzeje nogi przy elektrycznym kominku i zerka w strone mieszkania numer cztery...

Przebiegla z bramy do budki telefonicznej. Postala chwile wpatrzona w taniec kropel, splywajacych po szkle. Podniosla olowiana reke, wykrecila numer, ktorego nie musiala nawet zapisywac. Wyryl sie w jej pamieci.

Nikt nie podnosil sluchawki. Iwga zsunela sie po scianie, objela rekoma kolana i zmusila sie do nie myslenia.

* * *

Wczesnym rankiem brama otworzyla sie od wewnatrz. Staruszka z suczka, obie niezmiernie podobne do siebie, obie rasowe, zadbane i powazne, wyszly na rytualny spacerek.

Iwga odczekala, az staruszka starannie umiesci na lopatce psie odchody, przeniesie je przez cale podworko i uroczyscie wrzuci do specjalnego pojemnika. Iwga odczekala az para wykona kilka niespiesznych kolek po podworku, wejdzie na schody; przepusciwszy przodem suczke, leciwa dama zostawila drzwi otwarte. Zaczal sie nowy dzien.

W bramie pachnial deszcz. Ochroniarza nie bylo - zamiast niego w kacie stal miesisty fikus, ktory pewnie widzial i staruszke, gdy byla dziewczynka, i suczke - w szczeniecym wieku.

Iwgi buty zostawialy na stopniach mokre slady. Sufity w budynku byly tak wysokie, ze w katach nad schodami swobodnie czail sie polmrok; Iwga szla, przecierajac dlonia lakierowana porecz. Stopni bylo nadspodziewanie duzo - chociaz musiala wejsc tylko na pietro. Stanela przed wysokimi, obitymi czarna wykladzina, pancernymi drzwiami...

Cichnacy dzwiek dzwonka. Iwga oderwala palce od przycisku, zielonego, jak guzik na jej starym plaszczu.

Milczenie. Cisza. Potem na drugim pietrze szczeknal zamek i od razu rozjazgotal sie podniecony piesek.

Iwga odskoczyla od drzwi, wolno wsunela rece do kieszeni, podniosla glowe.

Staruszka stala na schodach, na jej twarzy nie bylo ani strachu, ani normalnej w takich razach podejrzliwosci. Po prostu bezmierna ciekawosc:

- A pana Starza chyba nie ma... Wyjechal przedwczoraj. Czy cos przekazac?

- Nie - Iwga odwrocila sie.

Staruszka chyba zdziwila sie jeszcze bardziej:

- Ale pani przeciez nie do Klawa? To znaczy - pana Starza?

Pewnie nalezalo cos powiedziec. Przez minute Iwga usilowala wydusic z siebie jakies slowo, potem odwrocila sie i ruszyla w dol. Zabrudzona dlon bezsilnie zjezdzala po zoltym lakierze poreczy.

* * *

Klaudiusz spal i snilo mu sie, ze jest ryba. Okragla jak kula i kompletnie siwa; podobalo mu sie, ze jest ryba, ale kiedy samolot zaczal schodzic do ladowania, sen urwal sie z nieprzyjemnym skokiem serca w piersi.

Dwie wiedzmy byly torturowane niepotrzebnie - naprawde nic nie wiedzialy. Trzecia wiedziala, ale nawet jemu nie udalo sie wyciagnac z niej jakichs uzytecznych wiadomosci. Piata dlugo milczala, ale w koncu udalo sie i opowiedziala wszystko...

Co prawda, raczej to tez nie bylo „wszystko”. Mawin jest zawodowcem... Mawin bedzie musial ciezko pracowac, ale to jest wlasnie praca, a nie goraczkowe gaszenie pozaru. Pozar, mozna sadzic, na jakis czas udalo sie zadeptac.

„Przeciez wszystko rozumiesz? Co sie dzieje? Powstrzymasz to, prawda?..”

A cholera wie...

Samolot nurkowal, wpadal w powietrzne dziury; zoladek Klaudiusza skakal do gardla, co za szczescie, ze prawie dobe nic nie jadl. Zreszta, nie ma co sie oszukiwac. Mdliloby go rowniez na twardym gruncie. Teraz bedzie go dlugo mdlilo, bardzo dlugo, cale zycie...

Trzeba bylo zmusic Mawina, pomyslal ze zloscia. To on jest tu kuratorem, wiedzmy tez, znaczy, jego... Niechby sie meczyl. Niechby deptal po grdyce wlasnej schludnosci i... i jeszcze czegos tam, bo teraz to „cos tam” w Klaudiuszu jest cale posiniaczone. Pokaleczone. Trzeba bylo Fedorze to podsunac, baba ma hart i okrucienstwo we krwi...

Usmiechnal sie zlosliwie. Mawin... nie wydobylby tej informacji. Przyjemnie jest miec swiadomosc zawodowej przewagi nad podwladnym. Jak w tym dowcipie o asenizatorach: „Ucz sie synu, bo jak nie, to przez cale zycie bedziesz klucze podawal...”

Samolot dotknal kolami betonu pasa. Klaudiusz z zalem odczul zamiane lotu na pospieszny bieg po betonie. Zaraz przyjdzie do domu, odlaczy telefon i znowu stanie sie ryba. We snie. Gdzie nie ma dreczonych przeczuc ani wiedzm, ani czary stadionu, ktory zawisa nad glowa, ogromny betonowy talerz, ludzka kasza, kasza, mieszanina...

Wstrzasnal nim dreszcz. Z takim wlasnie uczuciem wchodzil wczoraj do piwnicy. A dzis doszedl do tego jeszcze obrazek: tysiace ludzi w panice rzuca sie do wyjscia... Kobiety, dzieci, nastolatki, krwawa mieszanina w betonowym talerzu...

Samolot zatrzymal sie. Dosc, powiedzial sobie Klaudiusz. Zaraz wylaczymy te mysl...

Nabral pelna piers powietrza i wyobrazil sobie wszystko do ostatniej kreseczki. W szczegolach i kolorze - lacznie z czyimis zgniecionymi okularami pod siedziskiem. Potem wyobrazil sobie, jak po tym jaskrawym obrazku wyobrazni rozpelzaja sie szczeliny, jak po rozbitym szkle. I jak te odlamki z brzekiem opadaja. Odetchnal z ulga. Koniec.

Padalo.

- Jak tam w Odnicy, patronie? - zapytal na powitanie ochroniarz.

- Pelnia sezonu turystycznego - usmiechnal sie Klaudiusz. - Pachna magnolie, niech to licho... Bierz urlop, Sali, zone za szmaty i na plaze...

Ochroniarz rozesmial sie, otwierajac przed Klaudiuszem drzwi samochodu:

- Rozwiodlem sie, patronie.

- Tak? - zdziwil sie Klaudiusz. - I slusznie. Bo z powodu bab to tylko same klopoty. I niemal co druga - wiedzma..

Teraz rozesmiali sie obaj.

Dwie godziny temu Fedora odprowadzala Klaudiusza az pod schody do samolotu. Nie odzywala sie. Wlasciwie - wedlug etykiety - powinna go odprowadzic. Poniewaz kurator Mawin pelni sluzbe w dzien i w nocy, a wizyta Wielkiego Inkwizytora byla nie oficjalna, a robocza... Nawet brudnorobocza. Bardzo-bardzo brudna.

Fedora milczala, a on mial co innego na glowie. Marzyl o tym, by zostac sam. Oprzec sie o fotel i sprobowac wylizac rany. Odtworzyc przynajmniej pozory duchowej rownowagi...

- Trzymaj sie, Fedoro. Pracuj, dzieci pozdrow...

- Pozdrowie.

- Podoba im sie Odnica? W koncu morze blisko?

- Pewnie sie podoba.

- Do widzenia. Lece.

- Szczesliwej podrozy... Klawie.

Potem, wspominajac i analizujac, nie potrafil okreslic, z jakim wyrazem twarzy patrzyla na niego. Jak na kata? No nie, raczej nie, to z jego strony przesadna nieufnosc... Jak na bohatera?

Takie samo spojrzenie zapamietal kiedys w wykonaniu jej corki. Dziewczynka miala moze piec lat, mama wyjezdzala w delegacje - na dlugo, i dziewczynka patrzyla z rezygnacja i wyrzutem, to

Вы читаете Czas Wiedzm
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату